Z Rudnika nad Sanem do New Delhi. Centrum Wikliniarstwa na światowej liście UNESCO
W Rudniku nad Sanem wiklina nie jest dodatkiem do krajobrazu. To element, który definiuje miasto. Widoczny w przestrzeni publicznej, w pracowniach rzemieślników i w projektach, o których słyszy się daleko poza Podkarpaciem. Centrum Wikliniarstwa znajdzie się na światowej liście UNESCO, a oficjalne ogłoszenie wpisu nastąpi podczas konferencji w New Delhi w przyszłym tygodniu.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Skąd wzięła się w Rudniku tradycja wikliniarstwa?
- Gdzie na świecie była prezentowana rudnicka wiklina?
- Kiedy powstało Centrum Wikliniarstwa?
Wszystko zaczęło się od Ferdynanda Hompescha, austriackiego hrabiego, który w połowie XIX wieku przejął dobra rudnicko-kopeckie po swoich rodzicach. - Był postacią nietuzinkową. Organizował polowania dla magnaterii, ścigał się konno z pociągiem, przepływał przez San siedząc w siodle. Uwielbiał zakłady, ryzyko i teatr życia - opowiada Anna Straub, dyrektorka Miejskiego Ośrodka Kultury i Centrum Wikliniarstwa w Rudniku nad Sanem.
Jednocześnie miał oko do tego, czego inni nie dostrzegali. Wśród biedy i wikliny, po którą nikt wcześniej nie sięgał, umiał zobaczyć możliwość rozwoju. - Wysłał kilku zdolnych chłopców z Rudnika i Kopek do Szkoły Koszykarskiej w Wiedniu, gdzie trafili pod skrzydła najlepszych mistrzów. Wrócili jako fachowcy i zaczęli uczyć innych mieszkańców. Wkrótce wiklina stała się podstawą lokalnej gospodarki - opowiada dyrektorka.
W 1878 roku hrabia Ferdynand założył w Rudniku Szkołę Koszykarską. Od tego momentu ruszył system produkcji oparty na uprawie wikliny, pracy nakładczej i sprzedaży gotowych wyrobów. Szybko dało się zauważyć skutki tej przemiany. Ludzie mieli pracę. Mieli pieniądze. Mieli powód, by zostać w mieście. Wdzięczność trzeba było jakoś wyrazić. - Na rynku stoi pomnik Hompescha. Przetrwał wszystko: wojny, zmiany systemów, mody, historie. Jest wciąż tam, jak przypomnienie o człowieku, który odmienił to miejsce - dodaje moja rozmówczyni.
Gdy wiklina staje się sztuką
Dziś, sto pięćdziesiąt lat później, wiklina wciąż wyznacza rytm miasta. W pracowniach i warsztatach, w dłoniach ludzi, którzy z surowych, elastycznych witek potrafią wypleść rzeczy, o których dawnym wiedeńskim mistrzom nawet się nie śniło. - Rudnickie wyroby to nie tylko przedmioty użytkowe. To także forma sztuki, która potrafi zaskoczyć skalą i rozmachem - tłumaczy Anna Straub.
Ta sztuka znalazła swoje miejsce także daleko poza Podkarpaciem. Jednym z największych dokonań miejscowych plecionkarzy była elewacja polskiego pawilonu na Expo 2005 w Japonii, zaprojektowana przez Krzysztofa Ingardena. - To była konstrukcja, którą trudno było porównać z czymkolwiek innym. Elewacja wypleciona z białej wikliny oblewała cały budynek, zamieniając go w formę lekką, organiczną, bardzo charakterystyczną. Pawilon przyciągał uwagę z daleka - wspomina dyrektorka.
Rudnicka wiklina pojawiła się też w Abu Dhabi. - Fasada jednego z tamtejszych budynków została wykonana przez kilkunastu najlepszych rudnickich plecionkarzy. Do dziś robi wrażenie, bo pokazuje, jak plastyczny i wytrzymały może być ten surowiec - dodaje.
Ale siła tego rzemiosła nie tkwi wyłącznie w wielkich światowych realizacjach. - Każdego roku plenery wikliniarskie zmieniają krajobraz miasta. Tegoroczny, międzynarodowy plener z początku czerwca, pozostawił po sobie rzeźby i instalacje tworzone przez artystów, których wyobraźnia poprowadziła w bardzo różne strony - mówi Anna Straub.
Wyjątkowość rudnickiej wikliny to także wiklinowa moda. - To nie są stylizacje oglądane tylko na manekinach. Prezentują ją prawdziwe modelki: dziewczęta ze szkół podstawowych oraz przedszkolaki. Najnowsze wiklinowe kreacje można było zobaczyć podczas naszej dużej imprezy gospodarczo-kulturalnej „Wiklina 2025” - podkreśla moja rozmówczyni.
A kto przejeżdża przez Rudnik nad Sanem, dostrzega coś jeszcze: wiklinę, która nieodłącznie towarzyszy lokalnym uroczystościom i świętom. - Boże Narodzenie, Wielkanoc, Boże Ciało, wszystkie te momenty mają u nas swoją wiklinową oprawę. Są anioły, dekoracje, ołtarze. To pokazuje, że wiklina u nas jest cały czas obecna - dodaje dyrektorka.
Wyplecione historie
Tradycja przekazywania zawodu z pokolenia na pokolenie w Rudniku wciąż trwa, choć droga do mistrzostwa nie jest prosta. - To praca ciężka, siedząca. Wiklina musi być cały czas wilgotna, namoczona. Bolą plecy, bolą ręce. Ale jeśli ktoś chce uczyć się od najmłodszych lat, od rodziców czy dziadków, to ta wiedza jest do wzięcia - zapewnia Anna Straub.
Rudniccy wikliniarze pracują szybko, pewnie, z niezwykłą lekkością. - Jeśli wyplata nasza pani Henia, koszyk średniej wielkości powstaje bardzo szybko. W czasie pokazu, który trwa od trzydziestu do czterdziestu pięciu minut, jest gotowy - mówi dyrektorka. Kiedy jednak ktoś pierwszy raz siada do wikliny, tempo jest zupełnie inne. - Wtedy zaczynamy od prostych form. Zamiast koszyka - kwiaty z wikliny - wyjaśnia.
Do Rudnika przyciąga nie tylko tradycja, lecz także atmosfera miejsca, w którym plecenie jest częścią codzienności. - Mamy przykłady ludzi, którzy rzucili wszystko i przyjechali tu z innych stron Polski. Nauczyli się wyplatać i zostali - opowiada Anna Straub.
Napływowi rzemieślnicy pojawiali się tu już wcześniej, zwłaszcza w czasach, gdy działał duży zakład Wikplast. - Wtedy wszystko odbywało się na zasadzie pracy chałupniczej, ale była możliwość zakupu ziemi i osiedlenia się w Rudniku. Dla wielu osób bliskość zakładu oznaczała pewną pracę i nowe życie - wspomina dyrektorka. I podkreśla, że takich ludzi, którzy przyjechali, nauczyli się wikliniarstwa i zostali na stałe, jest naprawdę sporo.
Centrum świata z wikliny
Centrum Wikliniarstwa działa w Rudniku nad Sanem od 2007 roku, choć historia miejsca, które dziś mieści tę instytucję, zaczyna się dużo wcześniej. - To zabytkowy budynek z 1890 roku, wzniesiony jako szkoła powszechna, później ludowa. Funkcjonowały tu różne placówki oświatowo-wychowawcze aż do 1998 roku - opowiada Anna Straub.
Po wyprowadzce ostatniej szkoły, obiekt zaczął niszczeć. - Władze gminy zdobyły wsparcie na projekt i podjęto decyzję o adaptacji budynku. Wniosek został bardzo wysoko oceniony i tak powstało Centrum Wikliniarstwa - dodaje Straub. Powód był oczywisty: Rudnik dosłownie tonął w wiklinowych wyrobach. - Było tu mnóstwo przedmiotów z wikliny, z każdym rokiem coraz więcej. Brakowało jednego miejsca, w którym można byłoby je zebrać i pokazać - tłumaczy moja rozmówczyni. Symboliczna okazała się też lokalizacja. - Siedziba Centrum stoi dokładnie tam, gdzie były pierwsze dworskie zabudowania - zaznacza.
W środku tętni życie. Są warsztaty, pokazy wyplatania, lekcje dla szkół, ale też wernisaże i prezentacje artystów. - Pokazujemy wyroby użytkowe i artystyczne, mamy galerię malarstwa, w której wystawiają twórcy profesjonalni i amatorzy. Organizujemy również czasowe wystawy z innych muzeów i galerii - wylicza dyrektorka. Budynek mieści również salę konferencyjną i bibliotekę wyspecjalizowaną w literaturze poświęconej wikliniarstwu. - To cenny księgozbiór, często ze starymi publikacjami bez wznowień, więc dbamy o to, by były dostępne dla zainteresowanych - dodaje.
Miejsce, gdzie wszystko da się wypleść
Dziś Rudnik nad Sanem działa jednocześnie w dwóch wymiarach: lokalnym i globalnym. Plecionkarstwo od 2018 roku figuruje na Krajowej Liście Niematerialnego Dziedzictwa, a Centrum stara się o wpis na Światową Listę UNESCO. Opinia ekspertów jest pozytywna. Oficjalne ogłoszenie wpisu nastąpi podczas konferencji w New Delhi w przyszłym tygodniu.
Jednocześnie w mieście trwa przekonanie, że z wikliny da się wypleść dosłownie wszystko. - Myślę, że naprawdę wszystko. Można opleść motocykl, można zrobić garaż dla syrenki, można stworzyć wiklinową falę, labirynt, huśtawkę, ważki, tańczące Eurydyki. Naprawdę wszystko - mówi dyrektorka. Za tymi słowami kryją się konkretne historie. - Garaż dla syrenki był częścią jednego z plenerów. Motocykl obudowany wikliną pojawił się w reklamie telefonii komórkowej - wspomina Anna Straub.
Wiklina zmienia też przestrzeń miasta. - Na rynku stoi ogromny smok, rozmiar XXL. Brakowało nam mniejszego dla dzieci, więc pan Marcin Jakubowski wyplótł małego smoczka, który teraz stoi na dziedzińcu. Mamy sowę, mamy bobra trzymającego drewno, a ostatnio na plantach pojawiła się wiklinowa łania - wymienia moja rozmówczyni.
Coraz częściej jednak to, co powstaje w Rudniku, trafia daleko poza jego granice. - Niejednokrotnie dostajemy maile albo telefony od projektantów, którzy szukają kontaktu z rudnickimi twórcami. Chcą umieszczać wiklinowe produkty w restauracjach, hotelach czy w nowo powstających obiektach - mówi dyrektorka. A potem pada zdanie, które najlepiej oddaje klimat tego miejsca. - Zapraszamy do nas. Rudnik nad Sanem to jedyne miejsce, gdzie naprawdę rosną gruszki na wierzbie. Wiklinowe, ręcznie wykonane i absolutnie wyjątkowe - dodaje z uśmiechem Anna Straub.
Źródło: TOK FM