"Wszystko po prostu gnije i śmierdzi". Żuławy pod wodą, rolnicy załamani
- Rolnicy na polach mają wciąż po 20-30 centymetrów wody;
- "Wszystko po prostu gnije i śmierdzi. Są dżdżownice, myszy i szczury, które mieszkają w polach. Nie wszystkie się uratowały i też leżą martwe w wodzie" - mówią nasi rozmówcy;
- Rolnicy uważają, że zostali zostawieni sami sobie i oczekują pomocy od państwa.
Nawałnice i ulewy przeszły przez Polskę pod koniec lipca. Na Żuławach woda wypełniła rowy melioracyjne i rozlała się na pola, do tej pory sytuacja nie wróciła do normy. - Wygląda to masakrycznie. Woda stoi cały czas. Tam, gdzie mam pszenicę, ciągle jest jeszcze 20 centymetrów wody - rozkłada ręce Andrzej Sobociński, rolnik spod Nowego Dworu Gdańskiego.
ZOBACZ WIDEO:
- Za chwilę to wszystko zacznie gnić. Pszenica, która się przewróci, nie będzie nadawała się do zbioru. Jest groza. Wczoraj sprawdziłem kukurydzę, a tam wciąż 30 centymetrów wody. Już się zaczynają pierwsze żółknięcia liści - dodaje.
Pleśń i zgnilizna
Pan Andrzej nie jest jedynym rolnikiem w tak dramatycznej sytuacji. - Woda wyszła na mój polder z dwóch stron, na całej długości, zostałem zalany po całości - mówi z rozgoryczeniem Adam Wójcik z żuławskiego Orłowa.
- Chodziłem po polach z miarką, udokumentowałem to na filmach, miałem wodę od 15 centymetrów do pół metra - podkreśla. Na zalanych uprawach marnieje mu rzepak, który stoi w wodzie i zwyczajnie zaczyna pleśnieć. - Takiego towaru nikt nie przyjmie do skupu - martwi się rolnik.
- Jak się chodzi po polu, wszystko po prostu gnije i śmierdzi. Są dżdżownice, myszy i szczury, które mieszkają w polach. Nie wszystkie się uratowały i też leżą martwe w wodzie - opisuje dalej. Jak to się skończy - nie wiadomo. Pan Adam obawia się, że nawet jeśli teraz wydawać się może, iż część zbiorów da się uratować, to finalnie pojawią się toksyny, które zniszczą i te resztki.
Nie dbamy o 'spichlerz Polski'?
Teoretycznie znajdujące się poniżej poziomu morza uprawy na Żuławach powinien ochronić system kanałów melioracyjnych i pomp, które w razie potrzeby usuwały nadmiar wody. W praktyce system okazał się niewystarczający. Rolnicy wytykają, że nie wszystko zadziałało jak należy.
- Na polderze Orłowo największa pompa od roku jest w remoncie. Druga jednostka nie odpaliła. Trzecia, malutka, nie daje rady - gorzko stwierdza Sobociński. - Pomaga straż pożarna, ale to są pompy małej wydajności - dodaje.
I przekonuje jasno, że "rolnicy zostali zostawieni sami sobie". - Bardzo spóźniona była reakcja Wód Polskich, jak również samorządu, starostwa i wojewody. Dopiero dzisiaj [wtorek] przybyły do nas trzy potężne pompy ze Słubic, które były wykorzystywane na Odrze - wyjaśnia. Jest szansa, że ten sprzęt poradzi sobie z nadmiarem wody w ciągu doby albo dwóch. - Gdyby od razu była taka reakcja, to skutki byłyby dużo mniejsze. Żuławy to "spichlerz Polski" i dziwi mnie to, że o ten spichlerz nikt nie dba - nadmienia nasz rozmówca.
Niektórzy stracili wszystko. Gdzie straty są największe?
Na razie trudno precyzyjnie oszacować, ile gospodarstw i w jakiej skali poniosło straty. Woda w różnym stopniu zalała pięć żuławskich powiatów: elbląski, nowodworski, malborski, sztumski i gdański. Tam, gdzie woda ustąpiła szybciej, można będzie coś uratować. Ale tam, gdzie nadal stoi, należy spodziewać się najgorszego.
- Trzeba to wszystko ocenić bardzo rzetelnie i będą to szacowały komisje. Obawiam się, że skala strat na Żuławach będzie się kształtować od 30 do nawet 100 procent - podsumowuje Andrzej Sobociński.
Kluczowa będzie pogoda
Rolnicy z Żuław czekają teraz na słońce, które osuszy zboża. Tam, gdzie woda ustąpi lub zostanie wypompowana, natychmiast ruszą ratować, co się da.
Wyzysk cudzoziemców w Polsce. 'Pani Basia zabierała im dokumenty, by nie uciekli'
- Niby od czwartku zapowiadają wysokie temperatury, ale najpierw trzeba ściągnąć wodę - zaciska usta rolnik. Zapowiada, że traktory i kombajny wyjadą w pole tak szybko, jak będzie to możliwe, bo "żeby utrzymać płynność finansową w gospodarstwach, to trzeba zbierać i sprzedawać".
Miał być rekordowo dobry rok
Rolnicy oczekują pomocy od państwa. Nie ukrywają, że ci, którzy ucierpieli najbardziej, nie będą sobie w stanie sami poradzić. Nie liczą już na ogłoszenie stanu klęski żywiołowej, ale na wsparcie finansowe.
- To nie są małe pieniądze, bo my w tym roku na polach mieliśmy bić rekordy. Tak pięknie wszystko wyglądało: od ozimin - poprzez rzepaki, zboża, kukurydze i buraki - kręci głową nasz rozmówca. - Ten widok aż cieszył, ale po tym deszczu nawalnym już się nawet nie chce jeździć na te pola. Straty mogą być nieodwracalne - podsumowuje gorzko.