,
Obserwuj
Polska

"Proszę nie prowadzić sprawy mojej śmierci". Oto listy Polaków "zza" grobu

10 min. czytania
05.02.2025 12:00

Gdy adresaci czytają te listy, nadawcy zwykle już nie żyją. Polki i Polacy piszą je na skrawkach papieru, paragonach ze sklepów, a nawet na rachunkach za wodę. Zostawiają po sobie historie, w których nic nie jest takim, jakim się wydaje. Jak je zrozumieć? O tym w tokfm.pl mówi dr Halszka Witkowska.

fot. Piotr Kamionka/REPORTER/EastNews
  • Autorami tych pożegnań są zazwyczaj mężczyźni, bo to oni głównie odbierają sobie życie. Z najnowszych danych Komendy Głównej Policji wynika, że każdego dnia w Polsce robi to średnio 13 osób, z których aż 11 to faceci;
  • Te listy zostawiają także dzieci. Kiedyś jeden z chłopców napisał go w zeszycie do biologii;
  • "Nie możemy zmusić człowieka do życia, ale mamy obowiązek pomóc mu na tyle, by był w stanie dalej żyć" - mówi w tokfm.pl dr Halszka Witkowska.

Te listy zmieniają życie tysięcy Polaków. Gdy odbiorcy je czytają, nadawcy zwykle już nie żyją. Adresowane są do żon i mężów, rodziców oraz dzieci, ale czasem też do obcych, np. policji lub prokuratury: "Proszę nie prowadzić sprawy mojej śmierci. Nikt mnie nie zamordował. Odszedłem na własnych zasadach". Niektórym bardzo zależy, żeby list nie został odczytany przez osoby postronne. Dlatego piszą je szyfrem, który może złamać tylko adresat.

Coraz częściej wysyłają je poprzez komunikatory, w mailach i SMS-ach. A gdy robią to ręcznie, to rzadko na wykwintnej papeterii. Zazwyczaj piszą na kartkach, które w pośpiechu wyrywają z zeszytów i kalendarzy. Albo na przypadkowo znalezionych skrawkach papieru, paragonach ze sklepów, a nawet na rachunkach za wodę. Niekiedy zapełniają je słowami do ostatniego wolnego miejsca, bo tak wiele chcą opowiedzieć na koniec. Piszą nieczytelnie, z błędami ortograficznymi i gramatycznymi. Urywają zdania i wątki. Niechcący plamią papier krwią.

- Oczywiście, zdarzają się piękne listy. Czytałam np. taki, który pewien mężczyzna ułożył z wierszy. Ale to rzadkość. Zazwyczaj piszą spontanicznie, nawet na ścianach. W pośpiechu i w ogromnych emocjach. Dlatego czasem trudno je rozczytać i zrozumieć - mówi suicydolog dr Halszka Witkowska.

Zostawiają je emeryci, ludzie w średnim wieku, młodzi, a nawet dzieci. Dr Witkowska zapamiętała list, który uczeń napisał na lekcji biologii w zeszycie. Ten chłopiec też już nie żyje.

Autorami tych pożegnań są zazwyczaj mężczyźni, bo to oni głównie odbierają sobie życie. Z najnowszych danych Komendy Głównej Policji wynika, że każdego dnia w Polsce robi to średnio 13 osób, z których aż 11 to faceci. Popełniają samobójstwa 5 razy częściej niż kobiety. - Nie ma jednak wielkich różnic między "męskimi" i "kobiecymi" listami. Stereotypowo "męski" pragmatyzm znajduję też w listach np. matek, żon i córek. Piszą: "Do trumny ubierzcie mnie w czarną sukienkę, która wisi w szafie przy oknie", "Podaję PIN do mojej karty", "Rachunki za gaz są opłacone do maja" - przytacza moja rozmówczyni.

Najdłuższe listy liczą po kilkadziesiąt stron, a najkrótsze jedno słowo: "Przepraszam". Właśnie ten wyraz wybierają najczęściej, gdy żegnają się z bliskimi. Mają wielkie poczucie winy, bo zostawiają matki, mężów, córki i wnuków. Notują: "Wiem, że będziecie cierpieć i bardzo Was za to przepraszam, ale nie mogłem inaczej". Często proszą o wybaczenie i dodają: "Nie obwiniajcie się za to, co za chwilę zrobię". Jednak najwięcej w tych pożegnaniach jest miłości: "Bardzo was kocham, nie mogłam inaczej".

Wysyłają ostatnie listy przed śmiercią. "Jeszcze w to wierzą"

Halszka Witkowska przeanalizowała setki listów pożegnalnych, które trafiły do archiwów prokuratur w całej Polsce i które dostaje od rodzin zmarłych. Nazywa je unikalnymi dokumentami, bo zostawia je tylko - według różnych badań - od 12 do 30 proc. samobójców.

- Piszą je ludzie, którzy jeszcze wierzą w relacje z bliskimi i w to, że po raz ostatni mogą do nich dotrzeć. Większość osób, które odbierają sobie życie, już nie ma tej wiary i rezygnuje. Tym bardziej, że ułożenie takiego listu to duże wyzwanie. Bo jakie słowa po sobie zostawić? Jak wytłumaczyć swoje decyzje? Jak przeprosić? Myślę, że to ogromna trudność, zwłaszcza dla osób w kryzysie psychicznym - tłumaczy ekspertka Krajowego Programu Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym.

Listy analizuje naukowo, by przeniknąć do emocjonalnych światów nadawców i ich zrozumieć. Dzięki temu może potem uwrażliwiać innych na ból osób w kryzysie samobójczym. Uczyć, jak w porę go zauważyć i jak zareagować. M.in. dzięki właśnie takiej pracy ekspertów udało się w ostatniej dekadzie zmniejszyć liczbę samobójstw w Polsce o 21. proc. W 2014 roku było ich prawie 6,2 tys., a w ubiegłym 4,8 tys.

Planują przyszłość "zza grobu". "Kochanie, znajdź sobie kogoś"

Rezygnują z życia, ale w listach pożegnalnych planują przyszłość. Czasem tylko tę najbliższą, kiedy proszą o skromny pogrzeb i prostą trumnę, żeby nie narażać rodziny na koszty. Albo gdy piszą o pieniądzach jak ten 14-letni chłopiec, któremu w momencie śmierci zostało jedynie 20 zł: "Dajcie je mojemu bratu, żeby kupił sobie żółwia wodnego. Zawsze o nim marzył".

Inni jednak sięgają dalej w przyszłość: "Kochanie, znajdź sobie kogoś, kto będzie lepszym mężem niż ja. Nie rozpaczaj za mną, bo ze mną nie miałaś przyszłości".

- W takich sytuacjach bliscy nie tylko bez końca zadają sobie pytanie: "Dlaczego odebrał sobie życie?" i obwinią się za jego śmierć. Ale jeszcze czują złość na zmarłego. Żona ma pretensje do męża, bo nie dość, że ją zostawił, nic nie wspominając o swoich problemach, to jeszcze "zza grobu" planuje jej przyszłość z innym. Bez pytania o jej zdanie. Ona chce wykrzyczeć: "Chciałam żyć tylko z tobą!" - opisuje dr Halszka Witkowska.

Sąsiedzi i internauci często nazywają takich samobójców egoistami i tchórzami. Dostaje się też ich żonom. Moja rozmówczyni przytacza historię kobiety, której mąż odebrał sobie życie dwa miesiące po ślubie. Przeżyła podwójną tragedię: cierpiała z powodu straty ukochanego, a w dodatku padła ofiarą ostracyzmu. - Na jej temat ludzie snuli wiele domysłów: a to, że musiała go zdradzać, a to, że ma dziecko z innym. Samobójstwa prowokują łatwe oceny, które nie dość, że są mylne, to jeszcze bardzo krzywdzące. Więc wróćmy do tego planowania przyszłości bliskim przez samobójców: moim zdaniem nie wynika z egoizmu, ale z troski o tych, którzy zostają - podkreśla.

Bo, jak tłumaczy, ludzie w kryzysie samobójczym zazwyczaj mierzą się z ogromnym bólem psychicznym. Wcale nie chcą umrzeć, tylko nie są już w stanie żyć. Czują się bezwartościowi, bezradni i bez nadziei na przyszłość. Ich spojrzenie na własne życie jest mocno zdeformowane. Uważają, że do niczego się nie nadają, wszystko zepsuli i już niczego nie mogą naprawić. Co więcej, są pewni, że mogą być już tylko ciężarem dla innych. Widzą jedno rozwiązanie: odejść tak, by zminimalizować straty, zostawić po sobie jak najmniej problemów. Stąd ta troska o tani pogrzeb i to, by żona znalazła sobie innego.

Napisała pożegnanie do pięcioletniego syna. "O jakim egoizmie mówią ludzie?"

"Kochany synku, beze mnie będzie ci lepiej, bo byłam beznadziejną matką. Bardzo cię kocham, będę cię pilnować z zaświatów" - napisała matka do pięcioletniego syna. Na tym liście pożegnalnym narysowała serca i uśmiechy.

- Możemy się tylko domyślać, co musiała czuć, że tak rozstała się z dzieckiem. W jak ogromnym musiała być kryzysie! Jak bardzo cierpiała, skoro naprawdę uwierzyła, że bez niej synkowi będzie łatwiej - wzdycha dr Witkowska.

Jak dodaje, człowiek w takim kryzysie często nie jest już w stanie poprosić o pomoc. Uważa, że na nią nie zasługuje, a poza tym jego problemy wydają mu się nie do rozwiązania. - W takim stanie nie ma już wyboru. Trudno byłoby powiedzieć, że z własnej woli odbiera sobie życie. Ten ból jest tak wielki i nie do wytrzymania, że nie ma wolnej woli. Więc o jakim egoizmie mówią ludzie, gdy piętnują samobójców i zarzucają im, że nie chcieli się ratować? To jakby krytykować osobę, której palą się stopy, że nie chce pobiec w maratonie - tłumaczy suicydolog.

Na rozmowach o pracę chcą wypaść jak najgorzej. To może być alarmujące

Listy pożegnalne zamieniają się niekiedy w bilans życia. Zwłaszcza pod piórem seniorów, którzy odczuwają tak wielki ból fizyczny i psychiczny, że nie są już w stanie doczekać naturalnej śmierci. Piszą do bliskich, co przeżyli i porządkują swoje wspomnienia. Problem w tym, że ich widzenie jest zniekształcone przez ból.

Wszystko więc uznają za swoją porażkę: "Na studiach mi się szło. Trzy razy zmieniałem kierunek, ale i tak okazało się, że do niczego się nie nadaję", "Potem w pracy też byłem nikim", "W naszym związku ciągle cię rozczarowywałem". Tylko czasem dodają np.: "Jedynym światłem w moim życiu byłaś ty", "Byłeś dla mnie najwspanialszą osobą".

Niektórzy podejmują decyzję o samobójstwie, a później długo szukają dla niej potwierdzenia. Np. chodzą na rozmowy kwalifikacyjne i tak je prowadzą, by nie dostać pracy. Celowo pokazują się w złym świetle. Przeklinają albo udają, że nie umieją obsługiwać Excela. - Inni prowokują kłótnie w związkach i doprowadzają do ich zerwania. W ten sposób udowadniają sobie, że do niczego się nie nadają i muszą odejść. To silniejsze od nich - podkreśla dr Halszka Witkowska.

Chłopiec napisał list w zeszycie na lekcji. Wkrótce potem już nie żył

Wróćmy do chłopca, który w zeszycie do biologii napisał pożegnalny list. Gdy nauczycielka prowadziła lekcję, już nie słuchał. Poczuł, że musi wytłumaczyć, dlaczego postanowił odebrać sobie życie. Wyznał, że ostateczną decyzję podjął, gdy w autobusie złapał go kanar. Wiedział, że lada moment do jego domu przyjdzie wezwanie do zapłaty za jazdę bez biletu. A wtedy wyjdzie na jaw, że tego dnia wagarował.

- Ktoś dorosły może powiedzieć, że to błahy powód samobójstwa. Ja bym raczej pytała: "Co jeszcze musiało dziać się w życiu tego dziecka, że tak postanowiło?", "Jak bardzo musiało być samotne w tych przeżyciach?", "Jak mocno musiało się bać i czego?". Zdarza się, że za "błahymi" przyczynami samobójstw dzieci kryją trudności, których nie udźwignęłoby pięciu dorosłych. Czasem jest to okrutna przemoc domowa, a niekiedy seksualna. Zresztą nawet jeśli w danej historii niczego takiego nie ma, to pamiętajmy, że dzieci nie mają narzędzi do rozwiązywania nawet z pozoru błahych problemów. Te często rosną do ogromnych rozmiarów, gdy maluchy są zostawione same sobie - zwraca uwagę moja rozmówczyni.

Rodzice dowiadują się o śmierci dziecka i czują chwilową ulgę. "Jestem potworem?!"

Dwóch przyjaciół od lat kibicuje na meczach piłki nożnej. Pierwszy jest zawsze smutny, a drugi radosny. Pewnego dnia jeden z nich już nie pojawia się na trybunach. Nie chodzi o tego przygnębionego. Życie odebrał sobie wesołek.

- To spot społeczny, który mówi o samobójstwach mężczyzn. Często maskują swoje kryzysy psychiczne na tyle skutecznie, że ich rodziny ani znajomi nie mają o nich pojęcia. Taka śmierć spada jak grom z jasnego nieba. Trochę jak wypadek samochodowy, ale też nie do końca, bo gdy na drodze ginie nasz bliski, możemy obwiniać np. pijanego kierowcę, który to spowodował. A tutaj nasza złość musiałaby być wycelowana w męża, ojca czy syna, który odebrał sobie życie. Więc kumulujemy ją w sobie - tłumaczy dr Halszka Witkowska.

Część samobójstw nie jest zaskoczeniem dla rodzin. Ich bliscy od lat leczyli się na depresję, ale terapie nie przynosiły efektów i już kilka razy próbowali skończyć ze sobą. - W takich sytuacjach rodzice latami martwią się o syna i żyją w stresie. Za każdym razem, gdy nie mogą się do niego dodzwonić albo nie otwiera im drzwi mieszkania, wpadają w panikę. Kiedy już dowiadują się, że ich dziecko nie żyje, przestają się bać i czują... chwilową ulgę. To trudna dla nich emocja. Zadręczają się pytaniami: "Jak mogę tak czuć? Mój ukochany syn zmarł, a ja mam ulgę! To znaczy, że jestem potworem?!" - opisuje ekspertka.

Wołają o ratunek, a Facebook zamyka usta. "Straszne"

Część listów pożegnalnych to wołanie o pomoc. Nadawcy publikują je na forach i w mediach społecznościowych z nadzieją, że ktoś je przeczyta i ich powstrzyma. - To pokazuje, jak internet zmienia zjawisko samobójstw. Kiedyś taki list znajdowano już przy ciele osoby, która odebrała sobie życie. Teraz możemy natknąć się na taką wiadomość, zanim dojdzie do tragedii. Możemy powiadomić policję i w ten sposób powstrzymać tę śmierć - mówi suicydolog.

Zaraz jednak dodaje, że taką interwencję czasem uniemożliwiają media społecznościowe. Blokują posty, w których pada słowo "samobójstwo". W dodatku czasowo blokują konto nadawcom listów. - Więc proszę sobie wyobrazić ich sytuację: są w kryzysie samobójczym i wołają o pomoc, bo sami już nie są w stanie rozwiązać swoich problemów. Liczy się czas. Natomiast np. Facebook zamyka im usta na 48 godzin. Straszne, prawda? - pyta retorycznie moja rozmówczyni.

Te listy zmieniły jej życie. Przyznaje jednak: Bywa ciężko

Te listy zmieniają życie adresatów. Często rodziny odkrywają w nich tajemnice swoich bliskich. Ktoś długo cierpiał psychicznie, ale nie dał tego po sobie poznać. Inny z roku na rok wpadał w coraz większą spiralę zadłużenia. Bywa, że dopiero w takim liście syn jedna się z ojcem. Nie odzywali się do siebie latami, a teraz ojciec czyta: "Tato, nie mam do ciebie żalu za to, co zrobiłeś w przeszłości. Muszę odejść, ale nie obwiniaj się za to. Bardzo cię kocham. Po prostu nie mogłem już wytrzymać z bólem, który odczuwałem każdego dnia".

Takie pożegnania zmieniły też życie dr Halszki Witkowskiej. To właśnie od ich lektury zaczęło się jej zainteresowanie tematem samobójstw i pochłonęło ją bez reszty. Teraz m.in. koordynuje  największy w Polsce serwis dla osób w kryzysie samobójczym - Życie Warte Jest Rozmowy - gdzie anonimowo można zgłosić się po pomoc i dostać ją bezpłatnie.

- Czytanie tych listów jest obciążające, zwłaszcza gdy ich autorami są dzieci. Są takie dni, kiedy po prostu jest mi ciężko. Ale potem wzmacnia mnie świadomość, że mogę pomagać osobom w kryzysie. Uwrażliwiać rodziny na problemy ich bliskich, żeby szybciej i skuteczniej reagowały. Bo choć nie możemy zmusić człowieka do życia, to mamy obowiązek pomóc mu na tyle, by był w stanie dalej żyć - przekonuje ekspertka Krajowego Programu Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym.

Kryzys psychiczny. Na te zmiany zwracaj uwagę

Jak to robić? Przede wszystkim nie bagatelizować powtarzających się zwrotów: "Jestem do niczego", "Mam już wszystkiego dosyć", "Nie widzę w niczym sensu". Albo słów dzieci: "Nie chcę chodzić do szkoły, bo czuję się jak śmieć", "Nikomu nie jestem potrzebny". - Nie bądźmy na to głusi, nie machajmy ręką, nie krytykujmy. Zacznijmy rozmawiać o tym, co naszego bliskiego dręczy i dlaczego nie ma siły pójść na lekcje czy do pracy - mówi dr Witkowska.

Jak dodaje, powinniśmy też zwracać uwagę nie tylko na słowa, ale też na zmiany w zachowaniu. Ktoś nagle zamyka się w domu i odcina od znajomych. Inny z wesołego gaduły zmienił się w smutnego milczka. Kolejny zapada na bezsenność i stale chodzi z podkrążonymi oczami, a następny jest całymi dniami senny. Dziecko może niespodziewanie stać się agresywne i krzykliwe. To zmiany, które powinny wzbudzić czujność otoczenia.

- Do tego dochodzą objawy somatyczne cierpienia psychicznego. Dziecko boli brzuch lub głowa, a lekarz rodzinny rozkłada na to ręce, bo nie znajduje medycznej przyczyny. Osobom w kryzysie trudno się też skupić i mają problemy z zapamiętywaniem. Tego nie możemy zbywać wzruszeniem ramion - podsumowuje moja rozmówczyni.

Jeśli jesteś w kryzysie lub wiesz o tym, że ktoś w kryzysie może potrzebować pomocy, skorzystaj ze wsparcia specjalistów:

  • Linia wsparcia dla dorosłych, działająca przez 7 dni w tygodniu, 24/dobę - 800 70 22 22;
  • Linia wsparcia dla dzieci i młodzieży, działająca przez 7 dni w tygodniu, 24/dobę - 116 111.

Źródło: TOK FM