Dzieci szukają hazoka, a frelki w Śmiergust boją się wychodzić z domu, czyli Wielkanoc po śląsku
Anna Kulczyk: Trochę świętego spokoju i odpoczynku (śmiech).
Bogdan Widawka: Co chciałaby pani dostać od hazoka?
Na Górnym Śląsku raczej nie trzeba tłumaczyć, kim jest hazok, ale tym, którzy nie są Ślązakami, wyjaśnijmy, że hazok to zajączek, który przynosi wielkanocne prezenty. Czy hazok ma jakieś swoje specjalne miejsca, gdzie te podarki chowa?
Z reguły hazok zostawia prezenty w ogródku, a jeśli ktoś takowego nie ma, to być może znajdzie prezent w parku lub w lesie, podczas świątecznego spaceru.
Zanim jednak nastąpią te miłe chwile, to mamy cały okres wielkanocny, który na Górnym Śląsku, jak i w całej Polsce, rozpoczyna się od środy popielcowej.
Zgadza się, inaczej zachowujemy się już od Wielkiego Postu, właśnie od środy popielcowej, choć dawniej na Górnym Śląsku podchodzono do niego poważniej. Post był naprawdę postem. Nie wolno było się przejadać, śląskie gospodynie dbały o to i pilnowały wszystkich domowników.
Wraz z rozpoczęciem tego okresu wygotowywano i szorowano wszystkie garnki, żeby nie pozostał w nich nawet ślad tłuszczu. Rezygnowano z mięsa, z nabiału czy z mleka, a wyjątki dotyczyły tylko dzieci. Wszyscy dorośli domownicy jedli skromne, same postne potrawy. Kulminacją Wielkiego Postu był Wielki Tydzień, gdzie od czwartku przeżywamy okres męki i śmierci Chrystusa.
Dokładnie wiem, na czym polega ten dość surowy post, o którym pani mówi. Właśnie odchudzam się i każdego dnia przeżywam katusze (śmiech). W Wielkim Tygodniu najbardziej zaciskamy pasa w Wielki Piątek?
Tak, w tym dniu obowiązuje post ścisły. Mamy w Kościele katolickim tylko dwa takie dni. Pierwszy to wspomniana środa popielcowa, a drugi to właśnie Wielki Piątek. Można w ciągu dnia zjeść tylko trzy posiłki, w tym jeden do syta. Na Górnym Śląsku podchodzono do tego bardzo serio. Ale z Wielkim Piątkiem wiążą się też inne zwyczaje, bardzo ciekawe, na przykład obmywanie się w wodzie, w jakimś strumyku albo rzece, gdzie woda płynęła z zachodu na wschód. Trzeba było wstać wcześnie rano, w milczeniu pójść nad taki strumyk, tam pomodlić się twarzą na wschód, a potem obmyć. Kiedy woda na ciele wyschła, modlono się jeszcze raz i dopiero wtedy można było wrócić do domu.
Wierzono, że taka woda ma właściwości zdrowotne i że człowiek, który się tak obmyje, będzie zdrowy przez cały rok. Po powrocie do domu trzeba było wypić kieliszek tatarczówki, czyli nalewki z tataraku.
Na rozgrzewkę?
Nie była zbyt dobra w smaku, ale chodziło o to, żeby sprawić sobie jeszcze jedną przykrość na pamiątkę męki Chrystusa. A jeśli ktoś chorował na żołądek, należało zjeść pięć kawałków chrzanu na pamiątkę pięciu ran Chrystusa.
Mówi pani o zwyczajach, które bardzo trudno byłoby mi dziś zastosować. Czy zauważyła pani kultywowanie śląskich zwyczajów wielkanocnych w swoim otoczeniu?
Tak, na przykład niedawno widziałam, że w Niedzielę Palmową wiele osób miało tradycyjne, śląskie palmy. Owszem była grupa osób, która przyszła z palmami z suszonych kwiatów, ale sporo osób miało jednak palmy z żywych roślin. Żywe, rodzące się do życia rośliny miały symbolizować zwycięstwo życia nad śmiercią.
A w Wielki Piątek, oprócz ścisłego postu dotyczącego jedzenia, pewnie obowiązywał też post od przyjemności. Dziś powiedziałbym: zero telefonu...
(śmiech) Trudno byłoby to dziś zastosować, w końcu korzystamy z niego nie tylko dla przyjemności. Pamiętam jednak z dzieciństwa, że w tym dniu nie oglądaliśmy telewizji, radio było wyłączone, żeby w ciszy przeżyć ten dzień. Nie wolno było głośno mówić, o śmiechu nie wspominając, dlatego Wielki Piątek był traktowany jako najsmutniejszy dzień w roku.
W tym dniu także na krańcach pól zatykano krzyżyki sporządzone z palm poświęconych w Niedzielę Palmową. Ale trzeba było to robić tylko w tzw. pustych godzinach, czyli wtedy, kiedy Chrystus został zdjęty z krzyża. Tych krzyżyków nie wolno było wieźć, na przykład rowerem czy końmi. Trzeba było je zanieść na pole, ponieważ Chrystus niósł swój krzyż na Kalwarię.
Po Wielkim Piątku jest Wielka Sobota i święcenie pokarmów, które znajdą się następnego dnia na świątecznym stole.
Tak, przy czym kiedyś w niemieckiej części Górnego Śląska ten zwyczaj raczej nie był tak bardzo znany. Natomiast w części polskiej był kultywowany. W śląskich koszyczkach były między innymi jajka, wędzonka, kiełbasa, chleb, ciasta, masło, chrzan czy sól. Dziś w koszyczkach można czasem znaleźć przeróżne rzeczy, nawet jajka czekoladowe, co oczywiście nie ma nic wspólnego z tradycją.
I wreszcie najważniejszy dzień świąt, czyli Niedziela Wielkanocna.
Zaczynała się od rezurekcji bardzo wcześnie rano. Później wszyscy z radością zasiadali do wielkanocnego śniadania. Na stole były poświęcone dzień wcześniej potrawy i wszystko to, czego przez 40 dni sobie odmawiano.
Podczas śniadania dzielono się jajkiem, tak jak dziś?
Ten zwyczaj znany był gównie na Opolszczyźnie, jajko dzielił gospodarz, głowa rodziny. Dziś robi to głównie gospodyni.
Jakie potrawy świąteczne były charakterystyczne dla Górnego Śląska?
Na pewno baby wielkanocne. Zawsze wszystkim smakowały. Były słodkie i smaczne. Również szołdra, czyli białe ciasto, w którym zapiekana była wędzona kiełbasa lub boczek. Każdy z domowników dostawał swoją szołdrę. Największa była przeznaczona dla gospodarza, a najładniejsze szołdry dostawały dziewczęta, które dzieliły się ze swoimi wybrankami. Pierwszy dzień świąt wielkanocnych spędzany był głównie w gronie rodzinnym, za to bardziej swobodnym i wesołym dniem był poniedziałek.
Ten dzień to przecież wielkie lanie wody! Na Górnym Śląsku Śmigus-Dyngus to Śmiergust.
Kiedyś na Górnym Śląsku chłopcy oblewali dziewczęta, zwłaszcza te, które im się podobały…
I frelka była fest rado, bo karlus, kery wyloł na niom pora kibli wody, tyj frelce pszajoł…*
Gynał, tak było (śmiech). Powiem więcej, za dyshonor uważano sytuację, kiedy któraś z dziewczyn była w tym dniu sucha.
Dziś w miastach Górnego Śląska ten zwyczaj czasem zmienia się w pościgi całych grup z wiadrami za kobietami. Niezbyt przyjemna sytuacja i niebezpieczna.
Rzeczywiście, to dramat. Prawdę mówiąc, nie cieszyłabym się, gdyby ktoś wylał na mnie wiadro wody w środku miasta, kiedy jestem odświętnie ubrana. Ale jeśli ktoś chciałby mnie troszkę tylko pokropić wodą czy nawet perfumami, jak to również w ostatnich latach bywa, to dlaczego nie... (śmiech).
Trzeba jeszcze powiedzieć o tradycyjnym, śląskim pozdrowieniu w czasie świąt wielkanocnych...
Są dwa. Chrystus zmartwychwstał! I odpowiadamy: Prawdziwie zmartwychwstał. A drugie to: Wesołego Alleluja!
Czy są takie zwyczaje wielkanocne na Górnym Śląsku, które zalicza pani do wyjątkowych?
Jest ich wiele, między innymi wyjątkowym śląskim zwyczajem było połykanie baziek z palmy poświęconej w Niedzielę Palmową. Baźki miały chronić od chorób gardła czy żołądka przed zbyt obfitym jedzeniem wielkanocnym.
Co w okresie wielkanocnym jest dla pani szczególnie miłe?
Jedna z najprzyjemniejszych chwil to czas, kiedy wracam do domu z liturgii Wielkiej Soboty i wiem, że okres 40 dni postu właśnie się skończył, i mogę sobie pozwolić na coś więcej niż do tej pory. No a potem radosne świętowanie przez dwa dni. Ta świadomość jest bardzo przyjemna.
Czego pani życzyć oprócz spokoju i odpoczynku, o którym powiedziała pani na początku naszej rozmowy?
Pozytywnych myśli, uśmiechu i żebym w maju przebiegła maraton w Pradze.
Tego pani życzę.
* Panna była zadowolona, bo kawaler, który wylał na nią kilka wiader wody, kochał ją/lubił.