,
Obserwuj
Śląskie

Presja, stres i ratowanie życia. "Miałam złamane żebro, bo nie przewidziałam ruchu pacjenta"

Bogdan Widawka
6 min. czytania
22.04.2023 09:30
- Zdarza się, że pacjenci porównują nasze działania do tego, co widzą w "medycznych" serialach w telewizji. Wśród ludzi w średnim i starszym wieku słyszymy nieraz: "a bo w filmie 'Na sygnale'..." i tak dalej - mówi nam Joanna Turak, ratownik medyczny w Wojewódzkim Pogotowiu Ratunkowym w Katowicach.
|
|
fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl / Agencja Wyborcza.pl

Joanna Turak, ratownik medyczny w Wojewódzkim Pogotowiu Ratunkowym w Katowicach: Przede wszystkim pomoc ludziom, którzy są bezradni, w stanie zagrożenia zdrowia czy życia. To są ludzie, którzy nie wiedzą, co dalej robić, gdzie pójść. Ich rodziny też nie wiedzą, więc my jesteśmy na pierwszym polu, żeby iść do przodu albo się zatrzymać, bo czasami - niestety - musimy odstąpić od czynności [ratunkowych].

Bogdan Widawka: Szczerze? Nie wyobrażam sobie pracy w tak trudnych warunkach, w jakich pani pracuje, bez powołania. Może to duże słowo, może nie. W każdym razie na pewno trzeba mieć przekonanie do tego, co się robi. Codziennie spotyka się pani z bólem, cierpieniem, rozpaczą. Co panią napędza?

Szczerze mówiąc - nie. Dlatego, że niejednokrotnie inna jest treść wezwania, a co innego zastajemy na miejscu. Może jakoś ukierunkowuję się na sposób działania lekowego. Przypominam sobie procedury, ale nie staram się nastawiać psychicznie na przyszłą sytuację.

Zespół ratownictwa medycznego powinien być postrzegany podobnie jak strażacy jadący do pożaru. Na widok pędzącej na sygnale karetki odczuwamy coś w rodzaju wsparcia dla was, przynajmniej ja tak mam. W obu przypadkach chodzi przecież o ratowanie. Jednak strażacy nie spotykają się podczas swojej akcji z agresją czy niezadowoleniem w takiej skali jak wy.

To się zgadza. Wynika to chyba z tego, że strażacy jeżdżą do bardzo dużych zdarzeń - takich spektakularnych, widocznych. My natomiast jesteśmy z boku. Jesteśmy na moment, w konkretnej sytuacji, kiedy mamy pacjenta, któremu mamy pomóc. Nie możemy czekać do końca zdarzenia. Musimy się ewakuować z tym pacjentem i wtedy nas już nie widać.

A jeśli chodzi o strażaków i to, że są aplauzowani - my też nazywamy ich "hydrantami" albo "herosami", w zależności od sytuacji. Ale oczywiście współpraca jest bardzo ważna i świetnie nam się z nimi współpracuje.

Mimo ochrony prawnej ciągle zdarzają się - i to często - ataki ze strony pacjenta na ratownika medycznego.

Pacjent jest w stanie zagrożenia zdrowotnego, psychicznego czy w stanie zagrożenia życia. Rzadko zdarza się, żeby racjonalnie myślał przy bólu, przy braku tlenu, przy poczuciu lęku i jakiegoś niebezpieczeństwa. Trudno jednoznacznie powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Trzeba dodać do tego całą otoczkę - dlaczego pacjent w taki sposób reaguje, czy jest rodzina, która go nakręca. A może lęk, który mu towarzyszy i to on napędza go w naszą stronę? Nie ma racjonalnej odpowiedzi, dlaczego tak jest, ale przyznaję - zdarza się to bardzo często.

Jakie są najczęstsze formy agresji wobec zespołu ratownictwa medycznego w katowickich karetkach pogotowia?

Przede wszystkim agresja słowna, obrażanie. Zdarza się też, że pacjent potrafi uszczypnąć, ugryźć, kopnąć, podstawić nogę. Chyba chce w ten sposób zaznaczyć swoją obecność. Pokazać - "to mnie macie pomóc, mnie ratować". Czasem zdarza się, że odmawia takiej pomocy i wtedy też próbuje nas zaatakować. Ale nie skupiajmy się wyłącznie na agresji pacjenta wobec nas, bo rodzina, bliscy, znajomi, też potrafią być bardzo agresywni. Wydaje mi się, że są nawet gorsi niż pacjenci.

Na co najbardziej, oprócz stresu, narażone są ekipy katowickiego pogotowia?

Na pewno jesteśmy narażeni na choroby psychiczne, depresyjne. W jakiś sposób możemy być narażeni także na odreagowanie w alkoholu. A fizycznie, to w zależności od formy ataku. Wielu z nas zna zasady samoobrony i możemy wykonać uniki przed ciosem, ale nie wszystkie sytuacje można przewidzieć, zwłaszcza te w afekcie. Ja miałam złamane żebro i palec u nogi, bo nie przewidziałam ruchu pacjenta, a on nie pamiętał potem, że to zrobił. To była głośna sprawa związana z dopalaczami w 2015 roku.

Czy można zatem powiedzieć, że praca w katowickiej karetce pogotowia to zawód wysokiego ryzyka?

Tak, można tak powiedzieć.

Porozmawiajmy może o czymś przyjemniejszym. Czy zdarzyło się pani usłyszeć od pacjenta albo od jego bliskich słowa podziękowania?

Jasne! Te sytuacje są dość częste. Tu ukłon w stronę naszego dyrektora, że takie informacje dziękczynne od pacjentów do nas docierają. Zdarza się, że mamy kontakt z rodziną pacjenta, którego zawozimy do szpitala, rozmawiamy z nimi i słyszymy od nich: "dziękuję" albo "dzięki pani wiem, że jest dobrze zaopiekowany". Zdarzają się kartki od pacjentów, w których wyrażają wręcz uznanie dla nas, że chcieliby, żeby było więcej takich sytuacji, że to pogotowie wcale nie jest takie złe, jak się mówi.

Odreagowanie, relaks w waszym przypadku ma zupełnie inną wagę. Zwłaszcza po dyżurze, podczas którego nie udało się uratować pacjenta albo po kilku wyjazdach z agresją w tle. Jak sobie radzicie ze stresem?

Można powiedzieć tak: jest nieudana akcja i akcja. I zarówno po jednej, jak i drugiej trzeba ze sobą rozmawiać. Mam przyjemność pracować na małej stacji i wszyscy - po zakończonym dyżurze - potrafimy usiąść i wymienić się opiniami. Co można było zrobić, a czego się nie dało. I to jest pierwszy sposób na odreagowanie.

Drugi sposób to wygadanie się najbliższej osobie. Trzeba mówić wprost: "wiesz, coś dziś zmaściłam" albo "świetnie się czuję, bo kiedy widziałam te oczy i usłyszałam 'dziękuję', to naprawdę wiele dla mnie znaczyło". Nawet po agresji można sobie potem popłakać przy najbliższej osobie. A kolejnym sposobem, przynajmniej w moim przypadku, są ćwiczenia. Mogę się wyżyć fizycznie i nawet jeśli podczas ćwiczeń jeszcze analizuję sobie pewne rzeczy, to później zamykam temat, nie ma go.

Czy zdarzyło się pani rozpłakać po dyżurze?

I to nie jeden raz. Płacz jest w tym przypadku oczyszczający.

Czy są wspomnienia, które szczególnie zapadły pani w pamięci?

Jest ich tak dużo... Ostatni to poród dzieciątka na cmentarzu. To było 31 października i śmialiśmy się, że dziewczynka wybrała sobie termin w Halloween. To były bardzo pozytywne emocje, które zostaną ze mną do końca życia. Ten pierwszy płacz dziecka i radość wszystkich, że się udało. To było nie do opisania.

Drugie wspomnienie nie należy do przyjemnych. To było w czasach, kiedy zaczynałam pracę w pogotowiu. Wezwanie do wypadku, potrącenie na jezdni mamy i małego dziecka. Mama swoim ciałem osłoniła córeczkę, przyjęła na siebie cały impet uderzenia samochodu. Dziecko wpadło w krzaki, ale nic mu się nie stało, natomiast matki nie udało się uratować. Pamiętam, że to był moment, kiedy zaczęłam się zastanawiać: po co ja tak naprawdę jestem w pogotowiu i czy dam radę to wszystko udźwignąć.

Jak pani ocenia świadomość społeczeństwa na Górnym Śląsku, jeśli chodzi o znajomość udzielania pierwszej pomocy czy zachowania się podczas trudnych sytuacji?

Niestety zdarza się często, że pacjenci porównują nasze działania do tego, co widzą w "medycznych" serialach w telewizji. Wśród ludzi w średnim i starszym wieku słyszymy nieraz: "a bo w filmie 'Na sygnale'..." i tak dalej. Jest natomiast bardzo duża świadomość wśród ludzi młodych. Wiedzą, co należy zrobić, zanim przyjedziemy i to się chwali. Widać, że pierwsza pomoc przedmedyczna w szkołach coraz lepiej funkcjonuje, że nie ma nagonki na nas, na pogotowie, na ratowników medycznych, tylko młodzi sami potrafią działać.

Co dwie minuty wyjeżdża ambulans

Województwo śląskie jest podzielone na trzy rejony operacyjne: rejon dyspozytorni Częstochowa, Bielsko-Biała i Gliwice. W Wojewódzkim Pogotowiu Ratunkowym w Katowicach jeździ 80 zespołów ratownictwa medycznego, czyli tych zespołów, które są uruchamiane przez numer alarmowy 112 czy 999. W sumie ambulansów jest 115.

Czas dojazdu zespołu ratownictwa medycznego w mieście powyżej 10 tysięcy mieszkańców nie może przekraczać 8 minut, a w mniejszych miastach 15 minut. W rzeczywistości jednak często te czasy są dużo krótsze niż przewiduje ustawa. Zespół ratownictwa medycznego od chwili przyjęcia zgłoszenia ma 60 sekund na wyruszenie do wezwania.

W ubiegłym roku karetki Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach wyjeżdżały prawie 215 tysięcy razy. To oznacza, że ambulans wyjeżdżał mniej więcej co 2,5 minuty.