,
Obserwuj
Śląskie

"Są turyści i są cepry. Niektórzy traktują schronisko górskie jak stację benzynową"

Bogdan Widawka
4 min. czytania
30.04.2023 08:00
- Jest wiele osób, które przyjeżdżają do schroniska tylko po to, żeby sobie zrobić tanią imprezę. Zdarza się, że musimy wzywać policję - mówi Janusz Szeja, wieloletni gospodarz najstarszego schroniska PTTK w Beskidach. Opowiada nam nie tylko o zachowaniach gości, ale zdradza też, czy dalej w schronisku prosi się o wrzątek albo śpi "na glebie".
|
|
fot. MARTA BŁAŻEJOWSKA

Janusz Szeja, wieloletni gospodarz schroniska PTTK na Szyndzielni, były ratownik GOPR: Oj, podejrzewam, że wiele ciekawych historii. Schronisko zostało wybudowane przez niemiecką organizację turystyczną Beskidenverein w 1897 roku. Z opowieści starych turystów, którzy chodzili tu w okresie przedwojennym i międzywojennym, wynika, że było to jedno z najnowocześniejszych schronisk w Beskidach. Jako pierwsze miało wodociąg, instalację elektryczną, oświetlenie, centralę telefoniczną, więc było połączenie z miastem, plus stację pogodową na wieży schroniska.

Niezłą historią są też losy gospodarzy tego schroniska…

Owszem [śmiech]. Chodząc po górach, poznałem tu swoją żonę, która - jak się okazało - była córką ówczesnego kierownika schroniska na Szyndzielni, a wcześniej był on kierownikiem schroniska na Przysłopie pod Baranią Górą. Kiedy teściowie przechodzili na emeryturę, zaproponowali mnie i mojej żonie poprowadzenie tego schroniska.

No i prowadzę je od 2000 roku. W zasadzie w tej chwili schronisko prowadzą już moi synowie - Radosław i Grzegorz z żonami, więc to już trzecie pokolenie, które zaczyna pracę na Szyndzielni. Ta praca to służba, służba turyście.

Jak na przestrzeni dekad zmieniały się potrzeby czy też zwyczaje turystów, którzy tu przychodzili. Kiedyś turyści na wstępie prosili o wrzątek. Teraz już chyba nie słyszy pan takich próśb?

Nie słyszę, bo my - jako schronisko - w dalszym ciągu dajemy wrzątek za darmo [śmiech]. Nawet kiedy kuchnia i bufet są zamknięte, to jest specjalne miejsce z czajnikiem, gdzie turyści, którzy tu nocują, jak i ci, którzy tylko na chwilę zachodzą, mogą sobie przygotować gorącą herbatę czy kawę.

Czy na przestrzeni lat obserwował pan zmiany upodobań kulinarnych turystów? Kiedyś, w moich czasach, w góry jeździło się z konserwami czy dżemem, dziś w schroniskach są bufety i kuchnie. Można zjeść nie tylko śniadanie, ale też pełny obiad i kolację.

Są różne typy schronisk. Nasze jest dość nietypowe, bo blisko miasta i można tu wjechać kolejką. To powoduje, że przybywa tu 80 procent turystów czy raczej gości, którzy traktują Szyndzielnię jako przedłużenie parku miejskiego.

Ludzie, którzy wjeżdżają tu kolejką, przychodzą do nas na sobotni czy niedzielny obiad, a potem schodzą pieszo do miasta. Albo odwrotnie. Natomiast typowych turystów "plecakowych" jest niewielu. Powód? Albo wychodzą wcześnie rano na wędrówkę, a Szyndzielnia jest tylko pierwszym, wczesnym etapem ich trasy, albo kończą trasę u nas i jak najszybciej chcą znaleźć się na dole, żeby dotrzeć do domu.

Oprócz prośby o wrzątek, kiedyś popularne było nocowanie "na glebie". Kiedy brakowało miejsc noclegowych w schronisku, a robiło się coraz ciemniej lub warunki pogodowe były złe, gospodarz schroniska pozwalał turystom spać w jadalni, na podłodze. Czy dziś zdarzają się takie przypadki?

Jest wielu turystów, zwłaszcza w okresie noworocznym, świątecznym czy podczas długich weekendów, którzy chcą z tego skorzystać, wręcz uzurpują sobie prawo do tego, żeby mogli spać "na glebie".

Każdy gospodarz jest człowiekiem, jeśli warunki pogodowe są bardzo złe, niebezpieczne, to tego noclegu "na glebie" się udziela. Ale są to absolutnie wyjątkowe i uzasadnione sytuacje. Przepisy mówią, że w schronisku może przebywać tylko tyle osób, ile jest miejsc noclegowych.

Ale nawet w przeszłości to nie było tak, że spanie "na glebie" turystom się zwyczajnie należało. Zanim weszliśmy do strefy Schengen, obowiązywał zakaz poruszania się po zmroku w strefach nadgranicznych. Takimi enklawami, gdzie turyści mogli przebywać, były właśnie wyłącznie schroniska górskie i poczekalnie kolejowe.

Pamiętam czasy, kiedy na godzinę przed zmierzchem kierownik schroniska informował wszystkich, że jest najwyższa pora, aby zameldować się w schronisku [wtedy był obowiązek meldunkowy - przyp.] albo schodzić w dół i wracać do domu.

Od lat obserwuje pan zachowania turystów. Widzi pan zmiany na lepsze czy gorsze?

Są turyści i są cepry [śmiech]. Turyści, którzy dobre cechy mają we krwi, bo na przykład wędrowali po górach od dziecka z rodzicami, mają wszczepioną kulturę bycia. Natomiast jest wiele takich osób, które przyjeżdżają do schroniska tylko po to, żeby sobie zrobić tanią imprezę. Nadużywanie alkoholu, zabawy, głośna muzyka kolidują z regulaminem schroniska. Zdarza się, że jesteśmy zmuszeni wzywać policję.

Od czego zależą w schroniskach górskich dobre lub słabe sezony? Mam na myśli frekwencję.

Moda na turystykę i aktywny sposób spędzania czasu powoduje, że nie ma już takich sezonów jak "martwy" czy "pełny". Zdarza się, że rowerzyści czy biegacze pojawiają się w naszym schronisku nawet o 2 w nocy i są bardzo zdziwieni, że kuchnia jest zamknięta, a bufet nieczynny od dobrych paru godzin. Traktują schronisko jak stację benzynową czynną całodobowo. Nie zdają sobie sprawy, że personel schroniska też musi wypocząć.

Złota rada dla turystów, którzy jeszcze tu nie byli, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z górami?

Trudne pytanie. W dobie GPS-ów, telefonów komórkowych, internetu nikt nie ma problemu, żeby znaleźć adres, jakiś kontakt ze schroniskiem i zorientować się, czy są wolne miejsca, czy można przyjść. Ale oczywiście każdy turysta jest u nas mile widziany, nawet ten niezapowiedziany.