"Robiliśmy obchód, kiedy zauważyłem, że na dnie leży dziecko". Praca ratownika to nie są "rurki z kremem"
Ireneusz Stańko, ratownik WOPR w Ośrodku Sportu i Rekreacji w Bytomiu: Egzamin na ratownika młodszego zdałem w 1983 roku. Później były kolejne szczeble. Ratownikiem na tym basenie jestem od 1986 roku. Lata minęły jak z bicza strzelił. Wydaje mi się, że to było wczoraj, a minęło już tyle czasu.
Tak, to był tzw. poniemiecki basen. Zabudowa była drewniana. Trzy niecki, nie licząc brodzika. Jeden, duży basen z wysepką. Ale wszystko idzie do przodu.
Na lepsze na pewno. Teraz mamy filtry, których kiedyś nie było. Mamy nowe zaplecze, zupełnie inaczej to wszystko wygląda. Zresztą sam może pan zobaczyć, jaką mamy czystą wodę w basenie.
Dosłownie! Kiedyś była całkiem inna chemia stosowana w basenie, teraz mamy nowoczesne preparaty.
O nie. Tego nie mogę powiedzieć, choć jestem doświadczonym ratownikiem. Jest takie powiedzenie: 'Dobry ratownik to suchy ratownik', czyli taki, który nie musi interweniować, bo wszystko jest w porządku. Przez te wszystkie lata nauczyłem się przewidywać, co może się złego zdarzyć i staram się te sytuacje wyprzedzać. Oczywiście, że czasem wskakuję do wody, ale dzieje się to raczej rzadko, bo jest bezpiecznie.
Raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc, różnie. Tego nie można wyliczyć.
Młodzież czasem jest trudna. Nie stosuje się do zasad panujących na terenie basenu. Poza tym nie wszyscy rodzice pilnują swoich pociech i wtedy ten obowiązek spada na nas, ratowników. Bo mama się zagada, gdzieś pójdzie i takie dwu-trzylatki same biegają po basenie.
I tak też bywa. Zdarzają się nawet przypadki, że ktoś celowo udaje tonącego. Są też oczywiście poważne sytuacje. Choćby ostatnio. Do basenu o głębokości 1,3 metra wszedł brat z siostrą. Brat nie mógł złapać brzegu i jeszcze za rączkę ciągnął swoją siostrę. Na szczęście nic się nie stało, bo w porę zareagowaliśmy.
Doświadczenie. Tyle lat patrzenia w wodę, na kąpiących się ludzi, robi swoje. Potrafię wychwycić szybko niepokojącą sytuację, która nie wynika z normalnego zachowania człowieka w wodzie.
Gwizdka nie powinno się używać na okrągło. Powód jest prosty: jeśli go słychać non stop, ludzie przestają na niego reagować. Gwizdek powinien być użyty w bardzo konkretnej sytuacji, kiedy nie ma innej możliwości. Wolę najpierw podejść i zwrócić uwagę osobiście.
Mamy obecnie jeden basen na całe miasto, więc ludzi - przy dobrej pogodzie - jest tu bardzo dużo. Bywa, że 1000-1500 osób dziennie. Przy takiej liczbie trzeba szczególnie uważać. Jakieś trzy lata temu, właśnie przy tak dużej frekwencji, w miejscu o głębokości 90 centymetrów - czyli najpłytszym w całej niecce - zauważyłem dziecko leżące już na dnie.
Robiliśmy z kolegą obchód dookoła basenu. Gdybym nie dostrzegł, że coś się dzieje złego, mogłoby dojść do tragedii. Wtedy nie byłem suchym ratownikiem. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Kiedy dziecko doszło do siebie, a ja trzymałem je na rękach już na brzegu, przyszła jego matka. Była zaskoczona, że do czegoś takiego doszło. Kompletny brak odpowiedzialności. Zdarzają się też przypadki padaczki na basenie, arytmie serca, zwłaszcza przy dużym upale.
Jak najbardziej! U nas jest zakaz picia alkoholu, ale nie mamy prawa zaglądać do każdej torby czy torebki ludzi wchodzących na basen. Jeśli ktoś chce się napić, robi to tak, żebyśmy tego nie widzieli. Na szczęście mamy tu ochronę i wsparcie w policji. Po tylu latach pracy na basenie człowiek jest też trochę psychologiem. Raz działa gwizdkiem, raz dobrym słowem, byle skutecznie zadziałało [śmiech].
Tak, oczywiście!
Trudno dziś o dobrego ratownika. Kiedyś karą był zakaz wyjścia na podwórko, dziś jest odwrotnie. Dzieci i młodzież wolą siedzieć w domu, a to przekłada się na ich sprawność fizyczną, a czasem też na zainteresowania.
No właśnie [śmiech].
Nie, takie sytuacje zdarzają się. Przez starszych ludzi jesteśmy szanowani. Wiedzą, że ta praca to nie są rurki z kremem. Czasem przychodzą i mówią: 'panie Irku, jestem po zawale czy po wylewie'. I wtedy wiem, że szczególnie muszę zwracać na tego kogoś uwagę. Oczywiście absolutnie nie dzieje się to kosztem innych kąpiących się.
Dla młodzieży z kolei jesteśmy strażnikami, którzy na nic nie pozwalają. Ale jak mam przymknąć oko na chłopaka, który robi salto na głębokości prawie półtora metra? Przecież to się aż prosi o wypadek. Dla takich młodych ludzi my, ratownicy, jesteśmy tymi złymi.
Alkohol i brawurę zostawmy w domu. Nie lekceważmy wody. I jeszcze trzecia - do rodziców - żeby bardziej pilnowali swoich pociech.