"My się takich flirtów z nowoczesnością wcale nie boimy". Zespół "Śląsk" jak Słoneczna Republika
Zbigniew Cierniak, dyrektor Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk" im. Stanisława Hadyny: Trudna odpowiedź. Na pewno pasja jest punktem wyjścia. Trzeba pamiętać o tym, że tu pracuje ponad 300 osób! Jestem w tym zespole od ponad 30 lat i od początku doskonale wiedziałem, że potencjał jest ogromny. Żona jest trzecim pokoleniem w zespole, więc opowieści - od dziadka, który już nie żyje, przez teściów, którzy również tu pracowali - na pewno dały mi pewien ogląd na to, czym jest zespół "Śląsk".
Miałem 15 lat, kiedy poznaliśmy się z moją małżonką. Wchodziłem w ten zespół z zupełnie innej strony. Kiedy zobaczyłem siedzibę i wszystko, co tu się dzieje - a była to końcówka lat '80 - wiedziałem, że trzeba z siebie dać maksa i zarazić pasją wszystkich, którzy mają możliwość wpływać pozytywnie na rozwój tej instytucji.
Jeśli chodzi o modernizację siedziby - to był wieloletni proces. Znalezienie środków nie było łatwe, ale akurat pojawiły się programy europejskie, udało się zaaplikować, szczęśliwie wygrywając te środki. Do tego doszedł wkład własny Urzędu Marszałkowskiego - naszego organizatora prowadzącego. W efekcie trwająca blisko 10 lat rewitalizacja zakończyła się sukcesem. Cieszę się z efektu, który widać, bo do zespołu przyjeżdża rocznie - na wydarzenia warsztatowe, kulturalne i czysto turystyczne - około 300 tysięcy osób.
1 lipca minęło 70 lat od powstania zespołu. Siedzimy w pańskim gabinecie, dookoła wielka historia. Jak pan to odczuwa na co dzień?
Spora część mojego życia jest tą historią. Jestem tu bowiem od ponad 30 lat. Przede wszystkim trzeba jednak pamiętać o założycielu zespołu. Profesor Stanisław Hadyna to była wyjątkowa postać, wyjątkowy człowiek i artysta. Niesamowity wizjoner, który - dopraszając do współpracy profesor Elwirę Kamińską - stworzył fantastyczne warunki do tego, żeby - po pierwsze - ten zespół zaistniał w sposób najlepszy z możliwych, a po drugie - żeby można go było rozwijać.
I to był początek, który dał asumpt do tego, że zespół rozwija się w najlepszym kierunku. Oczywiście miał różne okresy. Początek lat '50 to był bardzo trudny czas dla wszystkich, ale warto podkreślić, że Hadyna sam podjął się tego wyzwania, nikt mu niczego nie narzucił. Lata '70 i '80 również były trudne, ale czy wszyscy mieli wtedy łatwo?
Z kolei w latach '90 Polska wchodziła w totalną ekonomizację. Ceny zmieniały się z miesiąca na miesiąc w sposób drastyczny i kultura była na końcowym etapie potrzeb społeczeństwa. Każdy myślał o bieżącym życiu, a nie o tym, żeby uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych. To był czas, kiedy profesor Hadyna wrócił po 20 latach niebytu w zespole, z którego został wyrzucony przez ówczesne władze - w latach '70. Kolejny trudny moment to 1999 rok, kiedy przy reformach administracyjnych z 49 województw zrobiło się 16, a my zmieniliśmy właściciela i wtedy zmarł też profesor Hadyna.
To był bardzo trudny moment, ale poradziliśmy sobie i przy różnych perturbacjach ten zespół zawsze był wizytówką regionu i kraju. To była pierwsza instytucja, która poleciała z koncertami do USA w 1959 roku, więc ta - czasem trudna - historia stanowiła także doskonałe tło do nowych pomysłów i działań. Dziś możemy je realizować z dużym rozmysłem, ale i rozmachem, pełną swobodą, co czynimy z sukcesem, czego dowodem są nagrody.
Nawet dobry aktor nie jest w stanie przykleić uśmiechu do twarzy na tak długo, a wy uśmiechacie się cały czas. Podczas koncertów czy rozmów z mediami. Nawet panie z obsługi technicznej - przed budynkiem czy w recepcji - ciągle się uśmiechają. Czy to oznacza, że klimat w zespole jest tak rodzinny, serdeczny?
Zdecydowanie! Jesteśmy instytucją, która - po pierwsze - jest mobilna. Dużo czasu spędzamy ze sobą. Wspólna jazda na koncerty, wspólne mieszkanie w hotelu, wspólne posiłki czy próby tu na miejscu. Nie przez przypadek profesor Hadyna powiedział kiedyś, że jest to Słoneczna Republika. Mówi się, że jesteśmy jedną wielką rodziną. I tak jest! Ludzie, spędzając ze sobą tyle czasu, stają się dla siebie bliscy.
Oczywiście zdarzają się też problemy. Mamy różne zdania, czasem zdarzają się jakieś niesnaski - jak to w rodzinie bywa. Natomiast wielkim plusem jest to, że jesteśmy blisko siebie. Że nie jesteśmy skupieni na tabletach i telefonach komórkowych, tylko rozmawiamy ze sobą, co nie jest - jak się okazuje - łatwe w dzisiejszym świecie. Tu, w naszym zespole, jest na szczęście inaczej. Myślę, że zachowaliśmy parametry konserwatywnego podejścia do życia społecznego. Życie na scenie poniekąd wymusza, żeby ludzie ze sobą rozmawiali. I to jest fajne, bo zachowujemy normalność.
Ilu członków zespołu - przez tych 70 lat istnienia "Śląska" - znalazło tu swoje drugie połówki?
To są dziesiątki, jeśli nie setki par. Kiedy ludzie mają wspólną pasję, łatwiej znaleźć mianownik do innych ważnych tematów życiowych. Fajnie, że jest tu dużo małżeństw, par, rodzą się kolejne pokolenia wychowane w szczególnej atmosferze zawodowego zespołu pieśni i tańca. Tu trochę inaczej wygląda wychowanie dzieci niż na zwykłym placu zabaw gdzieś na blokowiskach czy gdziekolwiek indziej. Tu każde dziecko żyje pracą zespołu, wśród artystów ma swoje ciocie i wujków. To jest niesamowity klimat, który trudno odtworzyć w jakimkolwiek innym miejscu.
Wspomniał pan o nagrodach. Proszę się zatem pochwalić i wymienić te, które są panu najbliższe. O wszystkich nie porozmawiamy, bo nie starczy czasu [śmiech].
Bez wątpienia trzy Fryderyki, które dostaliśmy w ostatnim czasie są wyjątkowe. To nagrody branżowe, przyznawane przez członków Akademii Fonograficznej - ponad 1500 osób oddaje swój głos. Trzy Fryderyki to ogromne wyróżnienie, które pokazuje, że jesteśmy instytucją nowoczesną, pożądaną i docenianą.
Żadna inna instytucja kultury w Polsce nie ma takiego dorobku w tych kategoriach, w których "Śląsk" zdobył ostatnio statuetki. Projekt, który został zrealizowany wspólnie z Miuoshem - "Pieśni współczesne" - był czymś absolutnie wyjątkowym. Gdziekolwiek w kraju występowaliśmy z tym repertuarem, byliśmy przyjmowani owacyjnie. W każdej sali koncertowej czekał na nas komplet widzów.
Nie inaczej było na Męskim Graniu - niesamowite doświadczenie kontaktu z wielotysięczną publicznością. A to nie koniec. Projekt "Pieśni współczesne" będzie kontynuowany. W planach jest kolejna płyta, czyli część druga, którą równie mocno wyeksponujemy na rynku.
Ludzie dobrze przyjmują flirt muzyki nowoczesnej z folklorem?
My zawsze będziemy rozpoznawalni jako instytucja, która propaguje i pokazuje folklor. Jednak zespół "Śląsk" ma kilkanaście różnego rodzaju form w swoim repertuarze, także luźno inspirowanych folklorem, jak np. spektakle baletowe "Exodus", "Folk solution", "Soft power". Są zupełnie inne niż taniec ludowy, ale kultura ludowa była ich natchnieniem. To zawsze jest naszym motywem przewodnim. Dlatego my się takich flirtów nie boimy. Oczywiście z głową dobieramy sobie artystów do wspólnych działań, którzy mają na rynku coś do powiedzenia. Zawsze dobieramy wartościowych ludzi, mających dobry pomysł na współpracę z Zespołem "Śląsk", szanujących i rozumiejących naszą twórczość. To się znakomicie udało w przypadku "Pieśni współczesnych".
Na przykład na Męskie Granie przychodzi 40 tysięcy ludzi na koncert. Zespół "Śląsk" wychodzi na scenę i na "dzień dobry" dostaje brawa. Są okrzyki jak na koncercie rockowym - to o czymś świadczy. Ludzie cenią nasz zespół. Zresztą, każda dobrze wykonana muzyka znajdzie uznanie bez względu na to, czy ktoś jest wyznawcą konkretnego stylu. Doceni na pewno jakość. Tak właśnie podchodzę do muzyki, a przecież nie interesuję się każdym jej gatunkiem. Jeśli wybiorę się na koncert zespołu, który po raz pierwszy w moich uszach zaistniał, jak np. zespół Rammstein na Stadionie Śląskim, doceniam jego klasę, choć ich muzyka nie jest z mojej bajki.
I myślę, że w przypadku "Śląska" jest podobnie. Jeśli ludzie są osłuchani, opatrzeni, a tacy przecież przychodzą na koncerty, to doceniają kunszt. Ciekawostką jest to, jak Amerykanie niesamowicie reagują na nasz zespół. Występowaliśmy na przykład w tamtejszych parkach rozrywki, gdzie przyjeżdżali ludzie z całych Stanów i nie byli to Amerykanie polskiego pochodzenia. Byli zachwyceni, sale pełne, po tysiąc osób, trzy razy dziennie. To samo było w Japonii - od Sapporo po Fukuokę, sale po 4 tysiące osób i wszystkie zapełnione. Są zachwyceni tym, że jest coś tak oryginalnego, czego nie można zobaczyć w innych miejscach na świecie.
Jacy ludzie przychodzą na koncerty "Śląska"?
W wieku od zera do 100 lat. Weźmy Off Festiwal - to przecież miejsce, gdzie gra się zupełnie inną muzykę, a zagraliśmy tam koncert i owacje dostaliśmy nieprawdopodobne. Oglądało nas 7-8 tysięcy osób. Podobnie Męskie Granie. A to bardzo różna widownia - od najmłodszego do seniora. Istotne jest to, że my - prowadząc tu, w Koszęcinie, różnego rodzaju zajęcia - dajemy sygnał, że jesteśmy dla wszystkich, którzy interesują się polską kulturą, a jeżeli nie, to próbujemy to zainteresowanie wyrobić.
Zajęcia artystyczne, które prowadzimy - od dzieci, przez młodzież, a skończywszy na seniorach - to przedsięwzięcia, które warto zobaczyć. Ja jestem zachwycony seniorami, którzy przyjeżdżają do nas, mają niesamowity "power". Często są to emerytowani lekarze, prawnicy. Mają ogromny zapał, dużą wiedzę na różne tematy, duże doświadczenie życiowe i widać, że oni chcą się realizować, mając nawet 80 lat. Szukają takiego zajęcia, które wypełni im czas.
Dzieciaki przyjeżdżają z rodzicami, babciami i dziadkami. Wielokrotnie też zdarzało się, że osoby, które przyjeżdżały na warsztaty 10 lat temu, później zdawały do zespołu, niektórzy z sukcesem. Zobaczyły, że jest to fajne miejsce, dobre dla rozwoju i odnalezienia się na kolejne lata życia.
Jak się trafia do Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk"?
Nie stawiamy jakichś większych barier, jeśli chodzi o dostępność w kontekście przesłuchań. Nie stawiamy też ograniczeń co do wykształcenia muzycznego. Kandydatka czy kandydat nie musi być absolwentem szkoły baletowej czy wokalnej. Staramy się wyłapywać talenty. Mamy fantastycznych pedagogów, którzy dbają o to, żeby te diamenciki oszlifować. Inaczej jest z muzykami - tu konieczne jest wykształcenie muzyczne z dyplomem lub na chwilę przed ukończeniem studiów.
A w jakim stopniu korzystacie z nowoczesnych technologii, żeby dotrzeć do słuchacza, widza?
Oczywiście działamy w tych wszystkich płaszczyznach [internetowych]. Facebook, Instagram i wszelkie inne działania - z naszą stroną internetową włącznie - nie są nam obce. Rozwijamy je bardzo mocno.
Najtrudniejszy moment, którego pan nie zapomni?
Na pewno 1999 rok, kiedy zmarł profesor Stanisław Hadyna. Dla wielu niesamowite przeżycie. Byli tacy, którzy mówili, że nie ma "Śląska" bez Hadyny i nie ma Hadyny bez "Śląska". Były to dość niebezpieczne teorie, które dawały dużo niepokoju.
W działalności zespołu na pewno ten moment był kluczowy dla funkcjonowania instytucji. To był bardzo trudny czas również z uwagi na wspomnianą reformę administracyjną. Zbiegło się wtedy wiele nieciekawych elementów, które nie dawały stabilizacji w działaniach, ale siłami wszystkich pracowników i artystów udało się ten trudny czas przetrzymać i pójść dalej.
Druga trudna sytuacja to trąba powietrzna, która w sierpniu 2008 roku uderzyła w nasz autokar i obróciła go o 360 stopni. Mieliśmy wtedy dużo szczęścia. Nikt nie zginął, choć było wielu rannych. To była naprawdę groźna sytuacja.
Mrówki biegały mi po plecach, kiedy oglądałem w internecie zapis z kamery z wnętrza waszego autokaru podczas uderzenia tego tajfunu. Ale wróćmy do przyjemnych chwil, również zabawnych. Zdradzi pan coś?
Takich sytuacji było mnóstwo! Zwłaszcza wtedy, kiedy wchodziło się na scenę. Pamiętajmy, że czasem mamy ledwie trzy minutki na przebranie się…
A stroje ludowe są dość skomplikowane…
Zgadza się. Oczywiście więcej problemów ze zmianą kostiumów mają panie, ale dziwne sytuacje przytrafiały się chyba każdemu. Ktoś założył nie te spodnie, co trzeba. Ktoś inny zapomniał kapelusza. To drobiazgi, ale do naszej pracy podchodzimy profesjonalnie. A zatem - kiedy to się dzieje, nikomu nie jest do śmiechu, ale z perspektywy czasu śmiejemy się z tego.
Czy jest jakiś utwór zespołu "Śląsk", który jest panu szczególnie bliski?
Nie będę oryginalny - na pewno "Helokanie". To, jak profesor Hadyna potrafił malować te utwory, komponując muzykę czy pisząc teksty, to coś niesamowitego. Podkreślam często, że prof. Hadyna był wizjonerem przy niesamowitym wyczuciu. Umiał te barwy przez muzykę pokazać. Zatem "Helokanie" są tym utworem, który zawsze wzbudza we mnie dreszczyk. Dość powiedzieć, że David Bowie zapożyczył "Helokanie" w utworze "Warsaw" i - będąc chwilę w Polsce - kupił płytę zespołu "Śląsk". Pewnie przez przypadek, ktoś mu ją polecił w sklepie i na tej bazie stworzył swoją wersję tego utworu.
Wróćmy jeszcze do składu zespołu. Występują w nim same Ślązoki? [śmiech]
Ale skąd! Mamy ludzi z całej Polski, Europy i świata. Są Czeszki, Francuzi czy Brazylijczyk, który jest doskonałym tancerzem.
Godo?
Nie, ale fantastycznie mówi po polsku [śmiech]. To, że ludzie w zespole są z różnych stron świata, to dodatkowy, kolorowy element. Niewątpliwie wartość dodana. Ale trochę ludzi ze Śląska jest w zespole, na przykład osoby pracujące na zapleczu są z powiatu lublinieckiego.
Ale dyrektor zespołu "Śląsk" jest Ślązakiem z krwi i kości.
Tak, jestem zabrzaninem urodzonym w Zbrosławicach. W lipcu, kiedy się urodziłem, porodówka w Zabrzu była w remoncie, więc wywieźli moją mamę do Zbrosławic.
Powiedział pan, że mocno stąpa po ziemi. Nie będę więc pytał o marzenia, a o cele.
Cel jest bardzo prosty: non stop promować zespół, promować kulturę śląską i iść do przodu, utrzymując wysoki poziom instytucji. Żeby taki poziom utrzymać, niewątpliwie istotnym elementem są finanse. Nie możemy narzekać na brak środków, bo byłby to z mojej strony grzech, ale życzyłbym sobie, żeby przez kolejne lata była taka stabilizacja finansowa, jaka jest w tej chwili. To pozwala myśleć o rozwoju, o tym, żeby dać z siebie jak najwięcej.
Chciałbym też, żeby zespół w dalszym ciągu podtrzymywał tradycję, ale też szedł drogą nowych rozwiązań. Trzeba mieć dużo odwagi i być przygotowanym na krytykę tych, którzy odbierają nasze różnego rodzaju działania artystyczne. Do tej pory nam się to udawało. Życzyłbym sobie, żeby za 20-30 lat ten zespół był co najmniej w takiej formie, jak w tej chwili.