,
Obserwuj
Polska

Strażacy musieli wycinać jego kolano z karoserii. Teraz zadziwia świat. "Kim jest ten gość?"

10 min. czytania
30.09.2024 12:00

Kiedy przyjechała karetka, błagał ratowników: "Uśpijcie mnie, bo nie wytrzymam bólu". Powtarzali: "Spokojnie, nic się nie stało". Przytomność stracił dopiero w szpitalu. Obudził się już z zaszytym kikutem nogi. Dziś zadziwia świat, a ludzie pytają: "Kim jest ten gość?".

fot. Radosław Łogusz/ Agencja Wyborcza.pl

Leżał na asfalcie i próbował wstać, ale połowa ciała wydawała się bezwładna. Dotknął lewej ręki - była złamana w łokciu i nieruchoma. Szukał dłonią lewej nogi - bez skutku. Nic nie widział, bo podczas upadku kask zasłonił mu oczy. Gdy już go zdjął, zobaczył mnóstwo krwi. Noga była wyrwana na wysokości uda. Odszukał wzrokiem jej brakujący fragment. Kolano wbiło się w drzwi samochodu, w który uderzył motocyklem, i już tam zostało. Stopa wisiała na naskórku.

Doczołgał się na pobocze i ujrzał nad sobą przerażonych ludzi. Wybiegli z auta i w pośpiechu próbowali zatamować mu krwawienie. Kiedy przyjechała karetka, błagał ratowników: "Uśpijcie mnie, bo nie wytrzymam tego bólu". Odpowiedzieli, że nie mogą. Musieli zachować z nim kontakt. Powtarzali: "Spokojnie, nic się nie stało. Będzie dobrze". Przytomność stracił dopiero w szpitalu, gdy podano mu kroplówkę. Obudził się już z zaszytym kikutem nogi.

"Kim jest ten gość?"

Piętnaście lat później - 3 września tego roku - na Igrzyskach Paraolimpijskich w Paryżu odrzucił kule i uniósł ręce "na Jezusa", by zachęcić publiczność do bicia brawa. Stadion odpowiedział aplauzem. Łukasz Mamczarz cieszył się tą chwilą. Potem dobiegł na jednej nodze do poprzeczki zawieszonej na wysokości 1,77 metra i ją przeskoczył.

Do zdobycia medalu to nie wystarczyło - Mamczarz zajął siódme miejsce - ale i tak usłyszał o nim świat. Nagranie jego skoku stało się wiralem i dotarło do kilkudziesięciu milionów osób. Ludzie pod filmikiem pytali: "Kim jest ten gość?".

- Facetem bez nogi, który ciągle upada - odpowiada w rozmowie ze mną. - Upadłem wczoraj, upadłem dzisiaj i jutro pewnie też upadnę. To jest normalne. Setki i tysiące upadków jeszcze przede mną - dodaje Łukasz Mamczarz.

"To coś najgorszego". Ból rozrywa kolano, którego… nie ma

Przed 13 lipca 2009 roku był zwykłym chłopakiem po technikum mechanicznym, który pracował jako magazynier. Lubił grać w siatkówkę i oglądać z dziadkiem sport w telewizji. Zapamiętał, że w 2008 roku obaj śledzili zmagania lekkoatletów na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie. Łukasz powiedział wtedy: "Marzę, by wystąpić na takiej arenie". Dziadek westchnął tylko, że pomarzyć każdemu można, po czym poprawił się na wózku i stęknął z bólu.

Ból rozrywał mu kolano i stopę, których… nie miał już od lat. Chorował na miażdżycę i konieczne były amputacje. Najpierw jednej nogi, a pod koniec życia także drugiej. Bóle fantomowe wracały przy każdej zmianie pogody. Łukasz słuchał o nich, nie wiedząc jeszcze, że kiedyś sam wypowie zdanie: "To coś najgorszego. Czuję rwanie w palcach u stopy i w pięcie, których nie mam".

Oprócz oglądania sportu z dziadkiem lubił też dłubać w samochodach. Czasem pomagał naprawiać autokar, którym jego ojciec jeździł na co dzień. Tak było też 13 lipca 2009 roku. - Przyjechaliśmy do warsztatu i grzebaliśmy w śrubkach. Pamiętam, że z boku stał ducati monster, piękny motocykl, o jakim zawsze marzyłem. Zacząłem się przy nim kręcić, co zauważył szef firmy przewozowej, w której pracował ojciec. Powiedział, że jeśli tak podoba mi się ta maszyna, to może mi ją sprzedać. Była warta jakieś 20 tys. zł, ale szef był gotów puścić mi ją za dychę. Pokręciłem głową i odpowiedziałem: "Nie mam tyle". A on, że mogę u niego odpracować. Skoro tak, żal było nie skorzystać. Szybko spisaliśmy umowę i motor był mój - wspomina.

Po pracy Łukasz wsiadł na monstera i wrócił do domu. Stamtąd zadzwonił do kolegi, który też miał motor. Pochwalił się nowym nabytkiem i umówił na przejażdżkę. - Najpierw pojechaliśmy nad jezioro, a potem ruszyliśmy taką nieruchliwą drogą, bo nie miałem jeszcze wyczutej tej maszyny. Niestety, to wyszło na jednym z zakrętów. Gdy w niego wchodziłem, nie złożyłem się odpowiednio i zniosło mnie na środek jezdni. Zdążyłem tylko pomyśleć: "Oby nikt nie jechał z naprzeciwka". Zaraz później zobaczyłem opla vectrę i już wiedziałem, że to się źle skończy. Usłyszałem wielkie "bum". Motor poleciał do przodu, a ja zacząłem turlać się po asfalcie. Na szczęście poza mną nic nikomu się nie stało - opisuje.

Gdy był już w szpitalu, starszy brat mu opowiadał, że strażacy po wypadku wycinali jego kolano z karoserii auta. Lekarze nie mieli szans, by zrekonstruować mu nogę.

W wieku 21 lat znów był jak niemowlę. Uczył się stawiać pierwsze kroki

Od początku wiedział, jakie życie czeka go bez nogi, bo przez lata obserwował swojego dziadka po amputacji. Ten dobrze sobie radził, raz jeżdżąc na wózku, a innym chodząc o kulach. - Gdy jako dzieciak na niego patrzyłem, nie miałem wrażenia, że życie bez nogi to jakaś wielka tragedia. Dziadek też nie robił dramatu. Zaakceptował siebie - opowiada Łukasz Mamczarz.

Przyznaje jednak, że sam potrzebował na to czasu. Po powrocie ze szpitala nieraz się poryczał. Zastanawiał się, z czego teraz będzie żył i w ogóle jak wyjdzie z mieszkania na czwartym piętrze w bloku bez windy. Czuł się też niemęsko. - Niektórzy, jak mają pryszcze na twarzy, to nie chcą wychodzić z domu. A ja nagle straciłem nogę i zdałem sobie sprawę, że już do końca życia będę wyglądał inaczej. Że już zawsze niektórzy będą na mnie dziwnie patrzyć. Że dzieci na ulicy będą wołać na mój widok: "Mama, robot idzie!" - opisuje.

Wkrótce dostał od NFZ pierwszą protezę, która miała mu ułatwić codzienne funkcjonowanie. Na początku tak jednak nie było. W wieku 21 lat był znów jak niemowlę, które uczy się stawiać pierwsze kroki. - Odruchowo szukałem ręką rodziców, by w razie upadku mnie złapali i nic mi się nie stało. Proteza to jest obce ciało i dopóki go w głowie nie oswoiłem, czułem ogromny lęk przed upadkiem. Np. gdy zobaczyłem schody. Bałem się, że spadnę i się połamię albo nawet zabiję - podkreśla.

Wkurzało go, że nic nie może zrobić samemu. Wcześniej lubił naprawiać samochody, a w protezie już po dokręceniu dwóch śrubek był zlany potem. - W protezie było mi niewygodnie i mnie bolało. Kiedyś przez pół dnia mogłem grzebać w aucie, a teraz po pięciu minutach wymiękałem - wspomina mój rozmówca.

Usłyszał: Skacz na tygryska. Zrobił wielkie oczy. "Przecież się zabiję!"

Gdy rany na kikucie się zagoiły, Łukasz trafił na oddział rehabilitacji. W jej trakcie usłyszał od swojej lekarki: "Znam trenera lekkiej atletyki, który chętnie się tobą zajmie, bo jesteś wysportowany. Mógłbyś biegać i skakać". - Zrobiłem wielkie oczy i zapytałem: "Ale jak pani sobie to wyobraża? Jak można cokolwiek robić na jednej nodze?". Upierała się, że mogę wszystko, bylebym pozwolił przekazać swój numer temu facetowi. Dla świętego spokoju się zgodziłem i od razu o tym zapomniałem - mówi.

Po tygodniu zadzwonił do niego Zbigniew Lewkowicz, który przedstawił się jako trener kadry narodowej paralekkoatletów. Umówił się z Łukaszem na spotkanie. - Gdy już do mnie przyjechał, powiedział, że trenuje biegi, rzuty i skoki wzwyż. Ale w moim przypadku biegi odpadały, bo nie miałem sportowej protezy, a nie mogłem jej kupić, bo to koszt kilkudziesięciu tysięcy złotych. O rzutach też musiałem zapomnieć, bo przed wypadkiem wszystko robiłem lewą ręką, a teraz miałem ją złamaną w łokciu. Stwierdził: "To będziesz skakał na jednej nodze". Pomyślałem, że zwariował. A on pokazał mi filmik, na którym jego zawodnik to robił. Lewkowicz zaprosił mnie na trening - wspomina.

Dwa miesiące po wypadku Łukasz wszedł na halę sportową i zobaczył, jak szkoleniowiec ustawia dla niego poprzeczkę na wysokości 1,2 metra. A potem mówi: "Skacz". - Niby widzę na podłodze kawałek materaca, ale myślę: „Przecież się zabiję!". Zresztą niby co i jak miałbym zrobić, żeby skoczyć? Usłyszałem: "Po prostu zrób rozbieg, przed poprzeczką odepchnij się od ziemi jedną nogą. Z całych sił, ile fabryka dała" - opowiada.

Łukasz westchnął, ale zrobił, co trener mu kazał. Skoczył przodem, na tzw. tygryska i nie strącił poprzeczki. Szkoleniowiec krzyknął: "Rewelacja!" i zaproponował profesjonalne treningi, a także obozy szkoleniowe. - Zgodziłem się, bo akurat nie miałem w życiu nic lepszego do roboty. Tak zacząłem przygodę, która trwa już 15 lat - uśmiecha się mój rozmówca.

Pół roku po utracie nogi Mamczarz został wicemistrzem Polski, a po kolejnych siedmiu miesiącach zdobył brązowy medal na paraolimpiadzie w Londynie. Na igrzyskach wystąpił jeszcze trzy razy - w Rio de Janeiro (2016: czwarte miejsce), Tokio (2021: czwarte miejsce) i ostatnio w Paryżu (2024: siódme miejsce). Kilkakrotnie był też mistrzem Europy.

"Kluczowy jest ten ułamek sekundy". Jeśli to przegapisz, lecisz w dół

Na jednym ze zgrupowań sportowych nauczył się od innych chodzić na protezie, dzięki czemu mógł odrzucić kule. Gdy pierwszy raz odniósł do kuchni tacę z brudnymi naczyniami, uznał, że może już samodzielnie funkcjonować. Było to pół roku po wypadku na motocyklu.

- Teraz jeżdżę po zakładach ortopedycznych i protetycznych, by rozmawiać z pacjentami i przekazać im to, czego nauczono mnie na zgrupowaniu. Dziewięćdziesiąt procent z tych pacjentów miało wypadek na drodze, a reszta to osoby chore na miażdżycę i cukrzycę. Mają blokady w głowach i boją się chodzić na protezach. Wielu z nich rezygnuje, po czym wraca do wózków i kul. Albo kładą się na łóżkach i dają sobie spokój z samodzielnością. Niekiedy chowają do szaf protezy, które kosztowały nawet po kilkaset tysięcy złotych. Tak silny jest lęk przed tym obcym ciałem, który też kiedyś odczuwałem. Uczę ich, jak oswoić się z tą nowością. Jak zaakceptować obtarcia i ból, które pozostaną z nami całe życie. I upadki, których tysiące są przed nami - tłumaczy.

Łukasz najczęściej upada na schodach, gdy wychodzi z mieszkania. Nauczył się to robić tak, by zmniejszyć ryzyko, że zrobi sobie krzywdę. - Kluczowy jest ten ułamek sekundy, gdy zaczynam lecieć w dół. Muszę wtedy błyskawicznie podeprzeć się na prawej nodze i złapać poręczy. U mnie to już jest automat. Ale to trzeba wyćwiczyć, bo na początku po prostu lecisz w dół - opisuje.

Czasem jednak coś niesie w rękach i nie ma jak się ratować przed upadkiem. Za każdym razem musi wstać i iść dalej. - Przecież nie położę się na środku korytarza. Ważne, by w głowie ułożyć to sobie tak: upadek nie świadczy o tym, że do niczego się nie nadaję. To normalne - podkreśla.

W samoakceptacji pomógł mu sport. Na swoich pierwszych igrzyskach w 2012 roku zobaczył i usłyszał kilkadziesiąt tysięcy osób, które mu kibicowały na stadionie. Na ulicach Londynu ludzie podchodzili i robili sobie z nim zdjęcia. - Zobaczyłem, że świat jest na mnie otwarty i ja też muszę być taki na siebie - mówi.

Gdy to odkrył, zupełnie inaczej zaczął odczytywać codzienne sytuacje, z których wcześniej wychodził poharatany. - Kiedy dziecko podchodziło do mnie na ulicy, matka od razu je zabierała. Dla mnie to był dowód, że uchodzę za trędowatego. Myślałem: "Rodzice boją się, że ich synowie czy córki mnie dotkną i zarażą się moją niepełnosprawnością". A te kobiety po prostu miały obawy, że dzieci zrobią mi krzywdę. Dziś to już wiem i w takich sytuacjach się uśmiecham - stwierdza mój rozmówca.

Medalista olimpijski roznosił ulotki. W stroju kadry narodowej

W 2009 roku ZUS przyznał Łukaszowi rentę w wysokości 570 zł, ale szybko mu ją odebrał, uznając go za zdolnego do pracy. Mamcarz śmieje się, że w ten sposób go uzdrowiono. Zatrudnił się więc w firmie ochroniarskiej, gdzie roznosił ulotki reklamowe. Zarabiał 700 zł netto.

- Szefowa wiedziała, że jestem reprezentantem Polski na różnych mistrzostwach, dlatego kazała mi zakładać do roboty strój naszej kadry narodowej. Musiałem się zgodzić, żeby nie stracić zatrudnienia. Wsiadałem do busa, a ten rozwoził mnie i innych pracowników po różnych miejscowościach. Obskakiwaliśmy sklepy i zostawialiśmy tam ulotki. Na mój widok ludzie dopytywali, o co chodzi z tym strojem. Mówiłem, że jestem sportowcem, a dorabiam na roznoszeniu ulotek. Brali je ode mnie i leciałem dalej - wspomina.

Wkrótce wydrukował swoje reklamy i zostawiał je za szybami samochodów. Było na nich napisane, że za 50 zł wymieni olej w autach i wypoleruje lampy. Chwyciło. Ludzie zaczęli dzwonić, a potem podjeżdżać do garażu, który Łukasz wypożyczył od teścia.

- Oprócz tego, wysłałem do różnych firm setki maili z CV, ale nikt nie był mną zainteresowany. Pisałem też do potencjalnych sponsorów z prośbą o wsparcie mnie w przygotowaniach do zawodów. Raz odpowiedziała znana firma obuwnicza, która pogratulowała mi osiągnięć. Ale w następnym zdaniu wyjaśniła, że jestem za mało popularny w mediach społecznościowych, by mogli nawiązać ze mną współpracę. Miałem za mało lajków na Instagramie, a te są ważniejsze niż medal olimpijski - wzdycha.

Gdy zdobył brąz w 2012 roku, dostał roczne stypendium sportowe (2,5 tys. zł co miesiąc) i specjalną nagrodę (15 tys. zł). Kupił za to protezę, nowe łóżko, telewizor i volvo s80 z 1999 roku. Jeździ nim do dziś. - Teraz akurat zdechło mi pod domem. Więc jak tylko skończymy rozmawiać, biorę klucze, zdejmuję protezę i lecę z nim robić - zapowiada.

Jak dodaje, po igrzyskach w Paryżu dostał stypendium w wysokości 2,3 tys. zł brutto, ale tylko do 31 grudnia tego roku. - Na szczęście pracuję w marketingu i jakoś sobie radzę. Starcza na życie, ale nie na to, żeby wyprowadzić się z bloku bez windy, w którym mieszkam na czwartym piętrze. Wynajmuję to lokum okazyjnie, bo należy do wujka mojej partnerki - stwierdza mój rozmówca.

O dziwo, stało się "coś magicznego". "Nie dziw się, że mogę latać"

Łukasz Mamczarz mówi, że nie ma pojęcia, dlaczego nagranie jego występu w Paryżu stało się wiralem. - To był jeden z tysiąca skoków, które oddałem w życiu. Nic nadzwyczajnego - wzrusza ramionami.

Wspomina, że po przylocie na igrzyska dopadły go bóle fantomowe. Nocami nie mógł spać, choć łykał środki przeciwbólowe. Do tego odezwała się przepuklina i problemy ze ścięgnem Achillesa. - Wiedziałem, że nie wygram, dlatego nie czuję niedosytu po zajęciu siódmego miejsca. Mogłem być co najwyżej szósty. Ten, który zajął to miejsce, skoczył tyle, co ja (1,77 m), ale nie zrzucił poprzeczki przy pierwszej próbie. Aby myśleć o pierwszej piątce, musiałbym skoczyć 1,85 metra. Czyli zrobić życiowy rekord, mając przepuklinę kręgosłupa i stan zapalny w Achillesie. Musiałby zdarzyć się cud - ocenia.

Przed skokiem podchodził do wszystkich swoich rywali i mówił, że z nimi wygra. Pewnie wiedzieli, że to blef. Niektórzy z nich skakali na dwóch nogach, a inni na protezach. Mieli więc oczywistą przewagę nad Mamczarzem. - Przepisy są tak skonstruowane, że wrzucają zawodników z różnymi rodzajami niepełnosprawności do jednego wora. To niesprawiedliwe, ale nic nie poradzę. Pisałem w tej sprawie do Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego. Nie dostałem odpowiedzi - rozkłada ręce.

- Dlaczego nie założysz protezy jak oni? - dopytuję.

- Bo mnie nie stać na takie, jakie mają moi rywale. Amerykanin, który wygrał w Paryżu, na stadion przyniósł trzy protezy, by móc je dobierać do temperatury i miękkości nawierzchni. Każdą z nich można przyrównać do profesjonalnej kolarzówki, podczas gdy ja mam zwykły rower składak. Niby moja proteza jest sportowa, ale bardziej do zwykłego biegania po lesie niż do startu na igrzyskach olimpijskich. Ktoś powie: proteza to proteza. Ale to są dwie różne bajki - wzdycha.

Jak dodaje, w Paryżu nie liczył na cud. Miał jednak nadzieję, że stanie się "coś magicznego", co zobaczą jego żona i siedmioletnia córka. - O dziwo, to się stało. Chodzi o reakcję publiczności na stadionie i na całym świecie. Marcin Gortat napisał mi, że jestem super gościem. To wszystko dodaje mi skrzydeł. Nie dziw się, że potem mogę latać - podsumowuje mój rozmówca.

Źródło: TOK FM