,
Obserwuj
Polska

Ten błąd może zemścić się w razie wybuchu wojny. "Trzeba to szczerze powiedzieć społeczeństwu"

7 min. czytania
17.02.2025 12:00

Wojsko Polskie puchnie w oczach, ale wygląda to dobrze tylko na papierze. Gdyby Rosja rozpętała w Polsce wojnę, nasza armia musiałaby zmobilizować dziesiątki tysięcy rezerwistów. A z nimi jest problem. - Wielu dobiega sześćdziesiątki. Niektórzy nie są już sprawni. Uczyli się obsługi broni, której już nie ma w armii - mówi w tokfm.pl dr Michał Piekarski. Czy więc rozwiązaniem jest powrót do obowiązkowej służby wojskowej?

fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl
  • Wojsko Polskie liczy już ponad 200 tys. czynnych żołnierzy. Liczba robi wrażenie, ale nie na Rosji, bo ma wielokrotnie większą armię;
  • W razie wybuchu wojny ważną rolę powinny więc odegrać rezerwy, bo to one mają zwiększyć potencjał polskich sił zbrojnych;
  • "Do czego jest potrzebna rezerwa, pokazuje np. pierwsza faza inwazji Putina na Ukrainę. Kiedy rosyjscy wojskowi wtargnęli do Kijowa, jego mieszkańcy pobierali broń z ciężarówek i ruszali do walki. Wielu z nich umiało ją obsługiwać, bo zostało wcześniej przeszkolonych" - mówi w tokfm.pl dr Michał Piekarski;
  • Tej ukraińskiej lekcji jeszcze nie odrobiliśmy. "Nie wiem, dlaczego, ale lepiej zmierzyć się z tym wyzwaniem, zanim wojna zajrzy nam w oczy" - dodaje ekspert ds. bezpieczeństwa.

Polscy politycy prężą muskuły, nazywając nasze wojsko trzecią armią NATO. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz chwali się, że mamy już ponad 200 tys. czynnych żołnierzy, a jego poprzednik Mariusz Błaszczak dodaje, że to zasługa rządu PiS. Kandydat tej partii na prezydenta Karol Nawrocki idzie jeszcze dalej i chce 300-tysięcznej armii.

Wojsko puchnie więc w oczach, ale - zdaniem dr. Michała Piekarskiego - wygląda to dobrze tylko na papierze. Według eksperta ds. bezpieczeństwa problemem są rezerwy armii, a więc żołnierze, którzy zostali przeszkoleni i przeszli do cywila. To oni w razie wybuchu wojny mieliby zwiększyć potencjał polskich sił zbrojnych, które stanęłyby naprzeciw wojsk Rosji. A te liczą ok. 1,1 mln żołnierzy.

- Do czego jest potrzebna rezerwa, pokazuje np. pierwsza faza inwazji Putina na Ukrainę. Kiedy rosyjscy wojskowi wtargnęli do Kijowa, jego mieszkańcy pobierali broń z ciężarówek i ruszali do walki. Wielu z nich umiało ją obsługiwać, bo zostało wcześniej przeszkolonych. Zresztą ta rezerwa przydaje się do dziś, ponieważ uzupełnia straty poniesione przez Ukrainę na froncie - tłumaczy naukowiec z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jak dodaje, gdyby Rosja ruszyła ze zmasowanym atakiem na Polskę, nasze wojsko musiałoby zmobilizować dziesiątki tysięcy rezerwistów. Byliby potrzebni m.in. do osłaniania tyłów własnej armii, ochrony infrastruktury krytycznej i zwalczania dywersji wroga.

"Wojny wygrywają rezerwy". Rosjanie od dawna o nie dbają

Analitycy wojskowi mówią wręcz, że konflikty zbrojne wygrywa rezerwa. - Ona jest ogromnie ważna, bo długą wojnę zaczynają żołnierze zawodowi, a kończą cywile - podkreślał Konrad Muzyka w tokfm.pl i przytaczał dane wskazujące, jak Rosja dba o rozwój tej części swojej armii. - Ci żołnierze odbywają roczne szkolenie i wracają do swojego życia. W 2020 roku wciągnięto w ten sposób do wojska 254 tys. osób, a w 2024 roku już 283 tys. Zakładam, że ich liczba będzie rosła. To ważne, bo gdyby Rosja chciała ogłosić mobilizację na wojnę z NATO, to mogłaby bardzo szybko wciągnąć do służby setki tysięcy żołnierzy. Nie bagatelizujmy tego - stwierdził mój rozmówca.

Wojna w Ukrainie pokazała, że Putin w bezwzględny sposób korzysta z przewagi ilościowej swoich żołnierzy. Całymi latami rzuca ich tysiące do tzw. szturmów mięsnych, by zamęczyć przeciwnika i zużywać jego możliwości bojowe.

- Rosjanie mają wysoko zawieszony próg bólu, czyli nie liczą się z masowymi stratami swoich wojskowych. Zwłaszcza tych słabo wyszkolonych i uzbrojonych, których mogą mnóstwo wysłać na front. Oczywiście w konflikcie z NATO musieliby wejść też na wyższy poziom, jakościowy, bo Sojusz dysponuje lepszą bronią. Nie zmienia to jednak faktu, że w pełnoskalowym ataku np. na Polskę Putin dalej wykorzystywałby przewagę ilościową. Mógłby ruszyć na nas armią dwóch prędkości, czyli oddziałami dobrze wyszkolonymi i tymi "mięsnymi" - stwierdza dr Piekarski.

Wojsko wzywa sześćdziesięciolatków z rezerwy. "Fikcja"

Dlatego tak ważne w polskim wojsku są rezerwy. MON nie ujawnia, ile ich mamy. Wiemy jednak, że w ubiegłym roku nasza armia wezwała ich 200 tys. na ćwiczenia wojskowe. To szeregowi przed 55. rokiem życia, a także podoficerowie i oficerowie, którzy nie ukończyli 63 lat.

- Przede wszystkim są to osoby, które objęła jeszcze obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa. A przypomnijmy, ostatni taki pobór był w 2008 roku. Czyli najmłodsi rezerwiści z obowiązkowego zaciągu mają dziś 35 lat, ale wielu z nich dobiega sześćdziesiątki. Niektórzy nie są już sprawni fizycznie i mają problemy ze zdrowiem - mówi dr Michał Piekarski.

Jak dodaje ekspert, część rezerwistów przeszła szkolenie jeszcze w latach 80. i 90, a więc w zupełnie innym wojsku, niż mamy teraz. - Niektórzy uczyli się obsługi broni, której już jej nie ma w armii, bo wycofano ją jako przestarzałą. Na papierze są rezerwistami, mają nawet jakąś specjalizację wojskową, ale to fikcja. Gdy wojsko ich wzywa na ćwiczenia, to daje im mundur i miejsce w koszarach do spania. Sprawdza, czy w ogóle stawią się w jednostce i w jakim stopniu są sprawni fizycznie. W zasadzie niewiele więcej mona zrobić. Tak naprawdę nie ma programu aktualizacji szkolenia rezerwistów - tłumaczy wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego.

Barwnie opisywał to w  rozmowie ze mną dziennikarz Jan Wróbel, który w ubiegłym roku też został wezwany na ćwiczenia wojskowe jako kapral podchorąży rezerwy. - W upalny dzień usłyszeliśmy od podoficera: "Teraz pomaszerujemy w szyku ok. 500 metrów. Czy wszyscy są w stanie to zrobić?". Gdybym podniósł rękę, by przyznać, że jest mi gorąco, słabo i wolałbym zostać w cieniu, po prostu by mi na to pozwolił. Bo tam bardzo dbano, byśmy wyjechali z ćwiczeń w stanie nie gorszym od tego, w jakim przyjechaliśmy. Nie zliczę, ile razy tam usłyszałem: "Teraz przerwa, proszę napić się wody". Podobnie było z ostrzeżeniami dotyczącymi kleszczy: "Proszę uważać na kleszcze" - opowiadał.

Jak dodał, teoretycznie na tym szkoleniu miał sobie przypomnieć umiejętności wojskowe, które zdobył w szkole podchorążych pod koniec lat 80. Problem jednak w tym, że ono było fikcją. Założył więc, że to odświeżanie umiejętności polegało "nie tyle na obsłudze broni, co na odnalezieniu się w wielkiej machinie, jaką jest armia". - Chodzi głównie o to, by wysłuchiwać rozkazów i dawać się zarządzać dowódcom - stwierdził gospodarz Poranka TOK FM.

Rezerwiści podczas wojny. "Pospolite ruszenie bez ładu"

Dr Piekarski zwraca jednak uwagę, że z tym zarządzaniem rezerwistami mógłby być poważny problem, gdyby wybuchła wojna. Bo po zawieszeniu obowiązkowego poboru ich szeregi zaczęli zasilać żołnierze z różnego rodzaju formacji i o różnym poziomie wyszkolenia.

- Od 2010 roku był zaciąg do Narodowych Sił Rezerwowych, ale później je zlikwidowano. W kolejnych latach rezerwistami stawali się też żołnierze zawodowi, którzy przechodzili w stan spoczynku. Do tej puli dołączali również ochotnicy z dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej i Wojsk Obrony Terytorialnej, którzy odmeldowywali się do cywila. W efekcie mamy bardzo nieuporządkowaną i rozproszoną rezerwę, która pochodzi z różnych systemów szkoleń. A to podstawowy błąd. Bo trudno byłoby ją kierować do konkretnych zadań i liczyć, że będzie dobrze współdziała z czynną armią podczas wojny. To mogłoby być raczej takie pospolite ruszenie bez ładu bojowego - podkreśla.

Według eksperta dowodzenie tym "pospolitym ruszeniem" byłoby utrudnione również dlatego, że w ostatnich latach odeszło ze służby wielu oficerów i podoficerów. - W uproszczeniu można powiedzieć, że pierwsi dowodzą, a drudzy szkolą. Gdy ich ubywa, robi się kłopot. Zwłaszcza w sytuacji, gdyby wojna zajrzała nam w oczy. Musielibyśmy wezwać rezerwę, czyli - jak już wspomnieliśmy - wielu ludzi w dojrzałym wieku, a więc z dużym doświadczeniem życiowym. Szkoliliby ich m.in. bardzo młodzi podoficerowie, którzy dopiero co ukończyli Legię Akademicką. Mam poważne wątpliwości, czy to dobrze by działało - stwierdza mój rozmówca.

Tej ukraińskiej lekcji nie odrobiło Wojsko Polskie. "Byłby ogromny bałagan"

Skoro jakość rezerw w polskiej armii pozostawia wiele do życzenia, to oznacza, że gdyby wybuchła wojna, wielu Polaków trzeba byłoby szkolić od podstaw. Dlatego niektórzy eksperci wojskowi uważają, że należy to zrobić wcześniej w ramach obowiązkowej służby wojskowej. - Teoretycznie można ją odwiesić w ciągu godziny. Nie potrzeba do tego nawet zgody parlamentu. Wystarczy wniosek rządu i jeden podpis prezydenta - zauważa dr Michał Piekarski.

Ma jednak nadzieję, że przymusowy zaciąg do armii nie wróci, bo wywołałoby chaos. W jego ocenie polskie wojsko nie jest na to przygotowane, mimo ryzyka agresji ze strony Władimira Putina. - Powrót do obowiązkowej zasadniczej służby to ostateczność na wypadek wybuchu wojny w Polsce. Póki co przyniósłby więcej szkód niż pożytku. Oznaczałby, że powołujemy dziesiątki tysięcy ludzi do wojska. Trzeba byłoby ich gdzieś skoszarować, a nie mamy do tego odpowiedniej infrastruktury. Byłby też problem z kadrą szkoleniową. Moim zdaniem skończyłoby się to ogromnym bałaganem. Śmiem twierdzić, że wywołałoby nawet kryzys w armii - podkreśla mój rozmówca.

Jak dodaje, lepiej zacząć od uporządkowania rezerw i zadbać o system szkoleniowy. - Trzeba też jasno i szczerze powiedzieć społeczeństwu: "Słuchajcie, tutaj będą będą tworzone rezerwowe pododdziały logistyczne, tutaj medyczne, tutaj operatorów dronów itd.". W ten sposób łatwiej zarządzać ludźmi i sensownie ćwiczyć ich umiejętności. Jeśli ktoś od 20 lat obsługuje koparkę, to należy go przygotować do służby w wojskach inżynieryjnych, a nie w piechocie. Teraz ten podział kompetencji kuleje. Wojsko rzadziej robi taki przegląd swoich potrzeb i patrzy się na to, jakie rezerwista ma umiejętności - mówi.

- Ale skoro widać, że rezerwy odegrały dużo rolę w Ukrainie, to dlaczego tej lekcji jeszcze nie odrobiliśmy? - pytam.

- Nie wiem, ale rzeczywiście to wyzwanie dopiero przed nami. Lepiej zmierzyć się z nim, zanim wojna zajrzy nam w oczy - podsumowuje dr Michał Piekarski.

Źródło: TOK FM