Ksiądz na kolędzie obrywa za szefa. "Jak jest okazja mu nawrzucać, to ludzie ją łapią"
- Jak wizytujemy blok z dwóch stron, czyli proboszcz bierze trzy klatki schodowe, a ja drugie tyle, to widać czarno na białym, kto ile zebrał. On przynosi do kancelarii np. jeden, dwa tys. zł, a ja ledwie 500 - wylicza Wojciech, z którym rozmawiam o tym, jak wygląda kolęda.
Podsumowujemy rok 2025 w tokfm.pl. Dlatego przypominamy nasze najlepsze artykuły z minionych dwunastu miesięcy. Oto jeden z nich. Pierwsza publikacja artykułu miała miejsce w styczniu 2025 roku.
- Pamiętasz, jak schowaliśmy się przed księdzem, gdy chodził po kolędzie? Zamykaliśmy się w ciemnym pokoju, a mama mu mówiła, że poszliśmy na korepetycje. Jechał po niej w naszym domu, a potem jeszcze na kazaniu: "Są matki, które nie umieją dzieciom pokazać, co jest ważniejsze: korepetycje czy wizyta duszpasterska!" - wspomina ze śmiechem 38-letnia Karina Kozłowska, a jej brat marszczy czoło.
- Chowałem się w ciemnym pokoju, bo tak chciałaś, a ja nie umiałem odmówić starszej siostrze - prostuje 33-latek. - Nie bałem się kolędy jak ty. Przeciwnie, byłem jej ciekawy - podkreśla.
Wojciech sam jest dziś księdzem i chodzi po kolędzie w jednej z krakowskich parafii. Wcześniej opowiedział mi o katastrofie Kościoła w Polsce, która dokonuje się na jego oczach. Wyznał, że na jego lekcje religii przychodzi mniej niż połowa uczniów, bo dla reszty "katolicyzm stał się obciachem". Bywa, że na ulicach słyszy docinki i drwiny nawiązujące do orgii na plebanii w Dąbrowie Górniczej. Nie oburza się tym, bo uważa, że Kościół sobie na to zapracował skandalami seksualnymi z udziałem duchownych i mieszaniem się do polityki.
Teraz wracam do Wojciecha i pytam, czy także na tzw. wizytach duszpasterskich odczuwa tę katastrofę. Potwierdził i powtórzył, że ją rozumie. A gdy czasem przestaje, to ma siostrę antyklerykałkę, która mu przypomina, dlaczego Kościół traci wiernych i autorytet. Poprosiłem, by razem o tym opowiedzieli.
Karina przyznaje, że w dzieciństwie bała się wizyt księdza po kolędzie. Nie bawi się w subtelności i porównuje to do "nalotu groźnego pomyleńca". - Proboszcz pieklił się i za wszystko nas opieprzał. Był na tyle bezczelny, że robił to przy naszej mamie. Bo zeszyt do religii nieuzupełniony, pierwsze piątki nieodbębnione, a na niedzielnej mszy nas nie widać. Od początku czułam, że z typami w sutannach jest coś nie tak. Chcą mieć nad wszystkimi władzę i każą nam żyć pod swoje dyktando - wspomina Karina.
- Akurat ja miałem zeszyt uzupełniony, a piątki "odbębnione". Gdy w niedzielę szedłem do kościoła, ty leciałaś do koleżanki, żeby tam przeczekać mszę. Chciałaś mnie sprowadzić na złą drogę, ale ci nie wyszło - żartuje Wojciech.
- Niestety, zostałeś księdzem - ubolewa jego siostra. - Ciekawe, czy dzieci chowają się przed tobą, gdy chodzisz po kolędzie - zastanawia się na głos.
- To już nie te czasy, że ktokolwiek boi się księdza. Jak jest okazja, by mu nawrzucać, to ludzie, w tym wierni, ją łapią. Najwięcej obrywa mi się za biskupa Marka. Ostatnio znów coś wypalił, porównał Tuska do Heroda i na kolędzie usłyszałem od pewnego pana: "Służyć pod takim szefem to chyba wstyd?". Zbyłem to żartem, ale gdybym mógł, chętnie bym odpowiedział: "Jędraszewski to nasza Golgota" - stwierdza mój rozmówca.
Wojciech najchętniej chodziłby po kolędzie tylko do wiernych, którzy wcześniej zadzwonili lub zgłosili się na plebanię, by zaprosić go do swoich domów. Takie rozwiązanie wprowadziło już wielu proboszczów.
- Nie czarujmy się, w dużym mieście, jakim jest Kraków, coraz mniej osób otwiera nam drzwi. Wiadomo, niektórzy podczas wizyty duszpasterskiej są w pracy, ale wielu po prostu odeszło od Kościoła i ma już dość kolędy. Dlatego coraz częściej całujemy klamki. Nie ma w tym nic komfortowego. Ani dla mnie, ani dla ministrantów, którzy pukają do mieszkań. Czasem ktoś trzaśnie im drzwiami przed nosem, a niekiedy jeszcze fuknie, że klechy nie wpuści. Raz chłopak usłyszał: "Uważaj na tego księdza, bo cię jeszcze zmolestuje". Po co się na to narażać i drażnić ludzi, którzy czują złość na Kościół? - pyta wikary.
Jednak jego przełożony traktuje takie zachowania jak atak na Kościół i przejaw rosnących prześladowań wobec księży, za które odpowiedzialni są lewacy, media i rząd. Proboszcz stosuje taktykę "ani kroku w tył", dlatego nie godzi się na kolędę tylko dla chętnych.
- Mówi, że mamy konfrontować się z tymi obelgami. Pozwalać ludziom, żeby dawali świadectwo o sobie. Czasem go ponosi i dodaje, że mamy być jak pierwsi chrześcijanie, których poganie prześladowali. Dla mnie to głupota. Po pierwsze: nie czuję się prześladowany, a po drugie: pierwsi chrześcijanie nie mieli żadnej władzy, a dzisiaj Kościół ją ma. Dalej większą, niż powinien, co ludzi już denerwuje. Jestem zwolennikiem Kościoła bez władzy, odchudzonego, czyli niemasowego. Tylko dla chętnych, a przez to bardziej prawdziwego - tłumaczy Wojciech.
Słuchając swojego brata, Karina się krzywi. Jak żartobliwie mówi, znów czuje ten dyskomfort, który do niej wraca, gdy nie udaje jej się wypierać faktu, że jej brat jest księdzem.
- Na ogół to po prostu fajny gość, ale gdy widzę go w sutannie albo kiedy zaczyna mówić o Kościele, to jest fajnoksiędzem. A takich nie znoszę. Mamią ludzi, że Kościół może być jeszcze dobry, odrodzić się i już nikogo nie krzywdzić. A moim zdaniem to trup, którego nie ma co reanimować, bo to wskrzeszanie zła. Przez wieki krzywdził ludzi i robi to dalej. Ciągle wychodzą na jaw historie molestowania dzieci przez księży. Nie tylko sprzed lat, ale nowe. Jest tego tyle, że już nie da się ściemniać: "To tylko pojedyncze przypadki, a nie cały Kościół" - mówi.
- Może się zdziwicie, ale czasem słyszę to też podczas wizyt duszpasterskich - wtrąca Wojciech. - Niektórzy chodzą na msze, przyjmują księdza po kolędzie i nawet przygotowują mu kopertę, bo zawsze to robili. A są już za starzy, żeby zaczynać w swoim życiu rewolucję, czyli odchodzić z Kościoła. Ale przyznają z zakłopotaniem, że rozumieją swoje dzieci i wnuki, które myślą jak Karina - opowiada.
Jak dodaje, ci rodzice i dziadkowie są w rozkroku: Bóg jest dla nich dalej pocieszeniem, a jednocześnie czują niechęć do jego Kościoła. - Moim zdaniem wszystko dlatego, że jest masowy. Dalej zasysa niewierzących i dewiantów, też wśród księży, żeby rosnąć, pompować sobie statystyki i władzę, zbierać koperty. Ale to się zmieni, bo musi - ocenia ksiądz.
Wojciech wspomniał o kopertach, więc go pytam, czy je przyjmuje, gdy chodzi po kolędzie. Mówi, że tego wymaga od niego proboszcz i jest z tego rozliczany. - Nic nie da się ukryć. Bo jak wizytujemy blok z dwóch stron, czyli proboszcz bierze trzy klatki schodowe, a ja drugie tyle, to widać czarno na białym, kto ile zebrał. On przynosi do kancelarii np. jeden, dwa tys. zł, a ja ledwie 500 - wylicza.
Wikary dostaje wtedy reprymendy. Proboszcz mu przypomina, że nie zbierają na siebie, tylko głównie na kościół. Bo większość ofiar idzie na remont i ogrzewanie świątyni, część do kurii, a dopiero reszta dla duchownych. - Powtarza, że zbliżają się trudne czasy, bo Tusk chce nas "opiłować", zabrać Fundusz Kościelny. Gdy wtedy tacy beztroscy księża jak ja zostaną proboszczami, to parafie splajtują i będą w nich pizzerie. Odpowiadam, że to rozumiem, ale jak biedna staruszka wkłada stówę do koperty, to nikt mnie nie przekona, żeby ją wziąć - twierdzi.
- Uboga emerytka daje aż tyle? - upewniam się.
- Ludzie ofiarują od 50 do 100 zł. Paradoksalnie, biedne staruszki często czują, że powinny dać więcej. Nawet jeśli później muszą czegoś sobie odmówić - przyznaje.
- A proboszczowi i pana duchownym kolegom oczy się świecą do tych stów? - dociekam.
- Spuśćmy na to światło zasłonę milczenia. Ale też nie lećmy w stereotyp, że to zawsze wynika z pazerności. Czasem naprawdę z troski proboszczów o kościoły, które są pod ich opieką - podkreśla wikary z Krakowa.
Aż 58 proc. Polek i Polaków chce tej zimy przyjąć księdza po kolędzie - wynika z sondażu Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna, który w grudniu został zrobiony dla Wirtualnej Polski. Choć na oko ks. Wojciecha takich chętnych z roku na rok ubywa, to paradoksalnie wciąż jest ich za dużo.
- Nadal wielu ludzi przyjmuje księdza z grzeczności albo rozpędu, bo to już ich tradycja. W zdecydowanej mniejszości są ci, którzy potrzebują porozmawiać o swojej wierze. Ale nawet na nich nie mam czasu podczas kolędy, bo muszę pędzić i zostaje mi kilka-kilkanaście minut na dom. Jak u kogoś się zasiedzę, to do ostatnich mieszkań docieram dopiero po godz. 21. A to zwłaszcza dla emerytów jest przegięciem. Proszę nie zrozumieć mnie źle: jestem wdzięczny każdemu, kto mnie ugości, ale jeśli to ma być pusty obyczaj, w którym nie ma pytań ani chęci rozmowy, to się mija z celem. To pozostałość po masowym Kościele w Polsce, który odchodzi w przeszłość - mówi.
Zastrzega jednak, że nie tylko rozmowy o wierze są dla niego ważne podczas kolędowania. Ceni sobie też coś, co nazywa "politykowaniem". - To te pogawędki, które zaczynają się np. tak: "A po co biskupi i księża chodzą na udry z tym rządem? Jeśli dzieciaki nie chcą chodzić na religię, to trzeba ją wyprowadzić do salek katechetycznych, a nie awanturować się i zniechęcać tym pozostałych wiernych". Zgadzam się z tym, bo to moja wizja Kościoła "odchudzonego" i prawdziwego. Czasem ludzie zadają takie krytyczne pytania, żeby przechylić się na którąś stronę. Jeśli usłyszą od księdza, że to atak na wiarę, to mogą już wypaść z Kościoła. Moim celem jest rzucenie im liny, by w nim zostali. Oczywiście, jeśli tego potrzebują - opisuje mój rozmówca.
Karina wzdycha, że jej brat znów "leci fajnoksiędzem", więc utrudniam mu sprawę. Pytam, czy "na kolędzie" ludzie go pytają, dlaczego Kościół torpeduje prawa do aborcji, pigułek "dzień po" i związków partnerskich. Nie tylko wierzących, ale wszystkich.
- Nie pytają, bo to oczywiste, że tutaj Kościół nie może się cofnąć i musi głośno się temu wszystkiemu sprzeciwiać - odpowiada, a Karina gwałtownie kiwa głową, jakby chciała wykrzyczeć: "A nie mówiłam?". - Ale ostatecznie to politycy decydują, co stanie się polskim prawem. Im trzeba zadawać takie pytania, nie Kościołowi. Duchownych można rozliczać z radykalizmu, gdy sugerują, że kobiety po aborcji są morderczyniami. To straszne, ale niestety się zdarza. A przecież mamy piętnować grzech, nie grzesznika - dodaje Wojciech.
Przyznaje, że radykalizm słyszy też czasem podczas kolędowania. Wierni mają mu wtedy mówić: "Antychryści z rządu i lewacy z mediów chcą zrobić zamach na życie i wartości chrześcijańskie". - To trudniejsze rozmowy niż te z krytykami Kościoła. Gdy tonuję nastroje, słyszę, że jestem zbyt miękki na te czasy. Nie zgadzam się. Robię swoje dla garstki chętnych i naprawdę wierzących. Za jakiś czas to do nich ograniczy się Kościół - zakłada ksiądz.
Gdy Wojciech to mówi, Karina wyrywa się do puenty. - Słucham i mocno się z tym nie zgadzam, ale trochę jestem dumna z brata. Wściekam się na niego i go przytulam. Ale nie zamulajmy sprawy: Kościół to przegryw i niech już zejdzie ze sceny. Księdza po kolędzie nigdy nie przyjmę - podsumowuje moja rozmówczyni.
Chcesz zgłosić temat, opowiedzieć swoją historię? Napisz do autora: konrad.oprzedek@tok.fm