,
Obserwuj
Polska

Tutaj policji "w zasadzie już nie ma". "To jest nie do uniknięcia"

7 min. czytania
04.12.2024 12:00

Policja wabi młodych Polaków do służby nawet 6 tys. zł netto pensji na start. Mimo to media alarmują o katastrofie kadrowej w tej formacji. - A dziwi się pan? Młodzi ludzie nie mają po co zatrudniać się w policji - mówi w tokfm.pl insp. Bogusław Żurek, emerytowany naczelnik małopolskiej drogówki.

fot. Piotr Molecki/EastNews

Sprawdzam, czym policja próbuje wabić młodych Polaków i Polki do służby. Na jej stronach internetowych jest mowa o "stabilnej i ciekawej pracy". Do tego "trzynastka", "coroczna dopłata do wypoczynku" i nagrody jubileuszowe. Formacja kusi też rekrutów uprawnieniami emerytalnymi po 25 latach zatrudnienia. Są jeszcze desperacko brzmiące uwagi o "regularnie wypłacanym wynagrodzeniu" i "dofinansowaniu do zakupu okularów korekcyjnych".

Media jednak alarmują o "zapaści", "katastrofie" i "największym kryzysie kadrowym w historii" policji. Powołują się na dane NSZZ Policjantów, z których wynika, że w październiku liczba wakatów w policji wyniosła 13,7 tys. na 96 tys. miejsc pracy. Największa dziura kadrowa jest w Komendzie Stołecznej Policji, gdzie liczba nieobsadzonych miejsc sięga prawie 2,5 tys., co stanowi ok. 25 proc. całej obsady.

- A dziwi się pan? - pyta insp. Bogusław Żurek, były naczelnik małopolskiej drogówki. - Młodzi ludzie nie mają po co zatrudniać się w policji. Weźmy moją dawną działkę, czyli pracę w drogówce. Zawsze była trochę lepiej postrzegana niż robota w prewencji czy - jak mówią, choć nie lubię tego określenia - jako "krawężnik". Ale i tak to prestiż żaden, a zarobki niezbyt wysokie - podkreśla były policjant.

Jednak z tymi ostatnimi nie jest tak źle, bo - jak czytam na stronach formacji - pensja zasadnicza kursanta wynosi od 5 do 6 tys. zł netto, a policjanta od 5,4 do 6,9 tys. zł na rękę. To okolice średniej krajowej. Gdzie więc jest ten haczyk, który rozpruwa dziurę kadrową w polskiej policji?

Co może wyciągnąć policję z "zapaści"? Czarny scenariusz dla społeczeństwa

Według insp. Żurka jest tylko jeden scenariusz przypływu młodych do pracy w policji. Niestety, czarny dla społeczeństwa. - Dopóki bezrobocie w Polsce mocno nie wzrośnie, nie ma szans, żeby zapełnić te wakaty - stwierdza.

Bo - jak dodaje - dopóki młodzi mogą przebierać w ofertach pracy, mało prawdopodobne, by kusiły ich zarobki w policji. - Gdy bezrobocie sięgało kilkunastu procent, to na jedno miejsce w policji było 15 chętnych. Nikt nie pytał o pensje, bo liczyło się samo zatrudnienie i jego stabilność. Teraz młody zwraca uwagę nie tylko na zarobki, ale też na warunki pracy. A te np. w drogówce są trudne. Robota w świątek, piątek, na mrozie i w upale. Pan pewnie nie będzie pracował w Wigilię, a taki policjant pożegna się z żoną stojącą nad karpiem i pójdzie na służbę. Jeszcze będzie szczęśliwy, że dostał dyżur tylko tego dnia, bo innemu wlepią go też np. w pierwszy dzień świąt - podkreśla.

Zamiast rozmów z bliskimi przy wigilijnym stole będzie miał więc utarczki na mrozie ze spieszącymi się kierowcami. Niekiedy spięcia przechodzą w awantury, podczas których policjanci są wyzywani. Ludzie czasem to nawet nagrywają i wrzucają na YouTube. - To jest ciągła konfrontacja kierowców z policjantami. Wszystko to przez lata się kumuluje w głowach funkcjonariuszy i prowadzi do frustracji - mówi.

- Dlaczego powiedział pan, że prestiż roboty w policji jest żaden? - dopytuję.

- Wróciło to, co było w latach 80. Wtedy na milicjantów wołano "pachołki komuny" i zadawanie się z nimi było obciachem. Z kolei za rządów PiS policjanci uchodzili za "pachołki Kaczyńskiego" i łatka obciachowości wróciła. Smutno mi się robiło, gdy na to patrzyłem. Wizerunek tej formacji trzeba będzie odbudowywać latami - ocenia mój rozmówca.

Policjant na autostradzie. "Różnica siedmiu sekund może kosztować życie"

Co jeszcze musiałbym znieść w policji za tę mniej więcej średnią krajową? - pytam byłego naczelnika z Komendy Wojewódzkiej w Krakowie.

- Proszę sobie wyobrazić, że przyjeżdża pan jako policjant na miejsce wypadku i widzi martwą rodzinę z dziećmi. Do tego ich ciała są rozczłonkowane. Już nie mówię o tym, jak to wygląda w wydziale zabójstw, w którym przepracowałem 15 lat. Tam "praca z trupem" to normalność. Wielu zakłada, że funkcjonariusz to twardziel, na którym widok rozkładających się zwłok nie robi wrażenia. Ale to przecież niemożliwe - podkreśla.

Mój rozmówca uświadamiał też młodym funkcjonariuszom, że sami mogą zginąć w robocie, bo ta nawet w drogówce bywa niebezpieczna. - Jak kierowałem ich do pracy na autostradzie, zaczynałem od robienia im tzw. testu odwagi. Policjant miał stanąć blisko krawędzi jezdni, by poczuć na twarzy pęd powietrza, gdy przejeżdżał np. TIR. Chodziło o to, żeby oswoił się z zagrożeniem i potem nie zrobił jakiejś głupoty przy wysiadaniu z radiowozu, przez co mógłby zginąć. Bo człowiek poza samochodem na jezdni autostrady zwykle przeżywa najwyżej kilkanaście sekund. Dlatego policjant musi też nauczyć się oceniać malejącą odległość od pędzącego auta. Wydaje się, że dojedzie dopiero za dziesięć sekund, a zrobi to w trzy. Ta różnica może kosztować życie - tłumaczy insp. Bogusław Żurek.

Tutaj policji w zasadzie już nie ma. "To jest nie do uniknięcia"

Były naczelnik drogówki ocenia, że nawet gdyby nagle przed komendami ustawiły się kolejki chętnych do pracy w policji, to i tak wakatów nie uda się zapełnić przez lata. - Bo nie mamy tylu szkół policyjnych ani wykładowców, żeby "przerobili" tych chętnych w funkcjonariuszy i zapełnili kilkanaście tysięcy wolnych stanowisk - tłumaczy.

Jego zdaniem, na razie nie ma więc widoków na wyjście z zapaści kadrowej, w jakiej znalazła się policja. A jej skutki insp. Żurek widzi gołym okiem na drogach. - Liczba kolizji przecież nie spada, więc drogówka musi się na nich skupić. Siłą rzeczy, na zwykłych drogach widać mniej funkcjonariuszy z alkomatami i radarami, a na autostradach patroli w zasadzie już nie ma. To jest nie do uniknięcia - stwierdza.

Jak dodaje, nie chce nawet myśleć, co dzieje się w dochodzeniówce, w której pracował przez 15 lat, zanim przeszedł do drogówki. - Zawsze się dziwiłem, jak pracujący tam policjant może mieć 80-100 spraw do prowadzenia. Po prostu tego nie da się przerobić inaczej niż na zasadzie: wszczynam dochodzenie i zaraz je umarzam. Tylko na tyle starcza czasu - opisuje mój rozmówca.

Łapówki w policji? "To ubiło pokusy ich przyjmowania"

Do kierownictwa małopolskiej drogówki został przeniesiony, żeby - jak mówi - zrobić w niej porządek. - Był bałagan, duże zaległości w rozpatrywanych sprawach, skargi prokuratorów na przewlekłość prowadzonych postępowań. Były też problemy z nieuczciwymi funkcjonariuszami - przyznaje insp. Bogusław Żurek.

- Brali łapówki od kierowców? - dopytuję.

- Nikogo nie złapano za rękę, ale były podejrzenia. Wtedy zaczynały "wchodzić" wideorejestratory do radiowozów, więc wydałem polecenie, by policjanci włączali je od razu, gdy zaczynają służbę, a wyłączali dopiero, kiedy ją kończą. Wszystko miało być nagrywane, zarówno dźwięk i wizja. To ubiło pokusy przyjmowania łapówek. Dziś kamery są też na mundurach. To już de facto załatwia sprawę z łapówkami - ocenia.

- Nagrywanie można wyłączyć i zgłosić awarię sprzętu - wtrącam.

- Można, ale to jest jak z kasjerem w Biedronce. Gdy raz ma ubytek w kasie, to można mu uwierzyć, że się pomylił. Drugi raz? No, chłop ma pecha. Ale gdy to powtarza się trzeci i czwarty raz, to po prostu się go zwalnia - stwierdza były naczelnik drogówki.

Policja pompuje statystyki? "Poszybowały, a to było ich efektem"

Pytam swojego rozmówcę o to, co - oprócz obowiązku włączania wideorejestratorów w radiowozach - zostało po nim w policji i na drogach. - Kilka rzeczy najpierw wprowadziłem w Małopolsce, a potem stały się obligiem w całym kraju. Gdy w 1996 roku objąłem dowodzenie w tutejszej drogówce, zobaczyłem, że w każdej notatce z kolizji policjant pisał: "Według oświadczenia uczestników zdarzenia byli trzeźwi". Nie badało się ich alkotestem ani tym bardziej nie brało na krew, tylko wierzyło się im na słowo. Złapałem się za głowę, bo przecież na tej podstawie były wypłacane ubezpieczenia. Dopiero gdy doszło do wypadku i ktoś miał obrażenia, policjant sprawdzał, czy kierowcy pili - wspomina insp. Bogusław Żurek.

Wydał więc polecenie, by badać uczestników kolizji, a potem wszystkich, którzy przechodzą kontrole drogowe. - W końcu też pojawiły się urządzenia alcoblow i zarządziłem kontrole przesiewowe. Takie na zasadzie: dmuchnij i jedź, jeśli jesteś trzeźwy - opowiada.

Jak dodaje, wykrywalność kierowców pod wpływem alkoholu skoczyła o kilkadziesiąt procent. Dociekam więc, czy było to osławione pompowanie statystyk, które często zarzuca się policji.

- To jest bzdura, którą ciągle słyszę, a z niczym takim się nie spotkałem. Prawda, ustalałem tzw. normy naczelnika, które mieli wyrobić moi podwładni. Ale to nie było na zasadzie: złap mi dzisiaj dwudziestu pijanych kierowców, tylko: masz wykonać określoną liczbę kontroli trzeźwości na drodze. Szef musi wydawać zadania i rozliczać ludzi z ich wykonania - mówi.

- Ale czy te statystyki bywają też narzędziem propagandowym policji? - drążę.

- Profilaktycznym. Tak było z tzw. trzeźwymi porankami, gdy kazałem podczas kontroli drogowych badać kierowców alkomatami. Okazało, że przez całe lata przelatywały nam setki, a nawet tysiące kierowców będących pod wpływem alkoholu. Ktoś wieczorem wypił kilka setek wódki, potem poszedł spać, rano wziął kąpiel i myślał, że jest trzeźwy, więc wsiadał za kółko. A potem dmuchał i był zaskoczony, że wyszło mu pół promila. Nie był świadomy, że ma spóźnione reakcje na drodze i jest niebezpieczny. Dopiero jak wprowadziliśmy te częste kontrole, to świadomość kierowców się zwiększyła. A jeśli nawet nie ona, to strach przed policją powstrzymał część ludzi przed wsiadaniem za kółko w takim stanie. Statystyki wykrywalności poszybowały, a ich efektem było zwiększone bezpieczeństwo na drogach - twierdzi były policjant.

Pięciocyfrowa emerytura policjanta. "Wiodę życie niemieckiego emeryta"

Wracam jeszcze do tego, co mogłoby skusić młodych do pracy w policji. Pytam swojego rozmówcę, czy perspektywa przejścia na emeryturę po 25 latach służby może ich przekonać do założenia munduru.

- Proszę sobie przypomnieć, czy myślał pan o emeryturze, gdy wchodził w dorosłość. W tym wieku to nie jest argument za wyborem pracy. Zresztą emerytury w policji zależą od wysokości zarobków, a te od stopnia służbowego i miejsca pracy. Inaczej zarabia sierżant w komisariacie powiatowym, a inaczej inspektor w komendzie wojewódzkiej. Nie wszyscy będą mieli wysokie emerytury - stwierdza insp. Bogusław Żurek.

- Pan był inspektorem, czyli strzelam, że ma pan pięciocyfrową emeryturę - mówię.

- Mam i wystarcza mi na dobre życie. Ale pracowałem 32 lata, więc jak na policjanta to bardzo długo. Teraz odpoczywam i zwiedzam świat. Dużo jeżdżę za granicę, nawet trzy-cztery razy w roku. Czy wiodę życie niemieckiego emeryta? Można tak powiedzieć. Tydzień temu byłem w Marsa Alam w Egipcie i w tamtejszym hotelu spotkałem wielu Niemców w moim wieku. Życzę młodym policjantom, żeby mieli tak na starość - podsumowuje mój rozmówca.

Źródło: TOK FM