Ukraińcy z Polski odesłani na front? "Boję się, że Tusk się zgodzi"
Media w Kijowie mówią o ociepleniu stosunków z Polską po odsunięciu PiS od władzy. - Paradoksalnie to mogą być złe wieści dla mnie. Boję się, że Tusk zgodzi się na żądania Zełenskiego i odeśle Ukraińców na front - stwierdza w tokfm.pl Filip Bilyi, Ukrainiec mieszkający w Polsce.
Tamtego dnia Filip był akurat w Zakopanem, gdy zadzwonił do niego funkcjonariusz policji z Ukrainy. Powiedział: "Pana ojciec nie żyje". Filipa zamurowało. W pierwszej chwili nie dowierzał, a później zaczął się buntować. Pomyślał: "K...a, widziałem, że tak będzie! Sto razy mu mówiłem, żeby uciekał z Doniecka. Idiota!".
Później policjant przesłał mu zdjęcie zabitego mężczyzny, by Filip upewnił się, że to jego ojciec. - To był on, cały poharatany. Na jego twarzy zobaczyłem wbite odłamki szkła. Okazało się, że był akurat na klatce schodowej, gdy w blok uderzył rosyjski pocisk artyleryjski. Z tego, co się dowiedziałem, szedł wtedy pomóc komuś zabijać okna. Bo wielu ludzi uciekało z miasta i próbowało zabezpieczyć swoje mieszkania. Wszystkim chciał pomagać tylko nie sobie - mówi Filip Bilyi.
Dzień przed śmiercią jego ojciec zanotował w dzienniku: "Jest cicho i spokojnie… Gdyby nie wiedza, że ten 'spokojny grzmot' niesie ze sobą śmierć". W ostatni poranek swojego życia dodał tylko: "Znów źle śpię… Wypić kawę czy herbatę?". Na tym zapiski się kończą. Był 19 września 2022 roku.
Z Ukrainy do Polski
Filip nie ma polskiego obywatelstwa, choć urodził się w Gliwicach. Stało się to w 1991 roku, gdy jego rodzice przyjechali do Polski za pracą. Spędzili tu cztery lata, po czym wrócili z dzieckiem do Kijowa. Później się rozwiedli, ojciec wyjechał do rodzinnego Donbasu, a Filip z matką zostali w stolicy. Tam skończył szkoły i zaczął sprzedawać biżuterię przez media społecznościowe. Ale 70 proc. jego klientów było Rosjanami. Przestali u niego kupować w 2014 roku, gdy wybuchła wojna w Ukrainie. Stracił swój biznes i przestał zarabiać. Czuł się niespełniony i niepotrzebny. Ojciec zapytał Filipa, czy chciałby wrócić do Polski. - Nie miałem już nic do stracenia i postanowiłem zacząć tutaj od nowa - wspomina.
Poszedł na studia z filozofii. Jak mówi, zawsze o tym marzył. Dostał miejsce w akademiku, ale zamieszkał w nim z Polakami, a nie z Ukraińcami, którzy też tam byli. - Chciałem od razu wejść w środowisko miejscowych, by jak najszybciej poczuć się u siebie. Odciąłem się od Ukrainy. Pewnie też dlatego, że nie zdążyłem umocnić w sobie ukraińskiej tożsamości. U wielu ludzi z mojego pokolenia to zaczęło się dziać po wybuchu wojny w 2014 roku. A ja wtedy wyjechałem - tłumaczy.
Z Ukrainą łączyły go jednak wspomnienia i rodzina, która tam została. Gdy więc 24 lutego 2022 roku Władimir Putin ruszył z inwazją na Kijów, Filip od razu poczuł, że musi coś zrobić. Niewiele mógł pomóc rodzicom, którzy zostali w Ukrainie. Mógł za to pomóc Polakom zrozumieć, co dzieje się tuż za ich granicą, by wsparli uciekających Ukraińców. Wszedł więc na swój kanał "Filozofia Tak Bardzo" i zaczął tłumaczyć na język polski doniesienia z wojny. Z początku jego widzowie byli nieco zdziwieni, bo wcześniej opowiadał tam o Heiddegerze, a tu nagle usłyszeli o pociskach spadających na Kijów. Ale w kolejnych dniach przywykli. Od razu po przebudzeniu włączał stream i prowadził go przez 10 godzin. Aż nie padł ze zmęczenia.
Ukraińcy w strachu. Łapanki na front
Z transmisji nie zrezygnował do dzisiaj, choć zainteresowanie wojną spadło. Teraz tłumaczy na polski lęki Ukraińców. Te dotyczą chociażby możliwego powrotu do władzy Donalda Trumpa, który sugerował, że w zamian za pokój mógłby pozwolić Rosji na zagarnięcie części ziem Ukrainy. - Dla niej taki "pokój" oznacza powtórkę z Buczy, czyli masowe groby, trupy na ulicach i zgwałcone kobiety. W dodatku Trump torpeduje porozumienie w Kongresie, na mocy którego Amerykanie mieliby przekazać Ukrainie 60 mld dolarów na wojskowy sprzęt i amunicję. A tej już brakuje na froncie. Pojawiła się nawet wypowiedź szefa ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeby, że Ukraińcy będą się bronić łopatami - mówi Filip Bilyi.
Na froncie brakuje też ludzi, dlatego ukraińska armia wciela kolejnych rekrutów. Filip pokazuje mi filmik z łapanki na ulicach Charkowa. Widzę młodego mężczyznę siłą ciągniętego przez trzech wojskowych do furgonetki. Krzyczy, opiera się, ale to nic nie daje. Drzwi zatrzaskują się za nim i samochód odjeżdża.
- Ze strachu przed łapankami niektórzy boją się wychodzić z domu. Gdy już muszą, to przemkną do sklepu i od razu wracają. Ale niekiedy wojskowi i tak ich łapią na ulicach. Inni wpadają, gdy jadą do pracy. Jest filmik z Odessy, na którym widać, jak wojskowi zatrzymują busik z ludźmi i zaczynają ich wyprowadzać. Jakaś kobieta krzyczy, żeby sami szli na wojnę, a nie łapali innych. Ta przymusowa mobilizacja jest teraz ogromnym zmartwieniem dla Ukraińców - opisuje.
Zaraz jednak zastrzega, że nie dla wszystkich. - Mówi się, że służby poborowe nie tykają mężczyzn z Kijowa, tylko z okolicznych obwodów. Dlaczego nie z Kijowa? Pewnie chodzi o to, że tam mieszka wielu ludzi, którzy dużo zarabiają i siłą rzeczy płacą spore podatki. A na wojnę potrzeba pieniędzy - stwierdza Filip Bilyi.
Rozumie wojsko, gdy mówi: "Od dwóch lat jesteśmy na froncie, wielu z nas zginęło i sami dłużej nie wytrzymamy". Ale uważa, że politycy "strasznie namieszali". - Mniej mobilizowali do armii, gdy Ukraina odnosiła sukcesy w swojej kontrofensywie i gdy było o wiele więcej chętnych do pójścia w kamasze. A teraz, jak sytuacja na froncie się załamała i ludzie nie chcą iść na śmierć, to armia rusza z mobilizacją na całego - dziwi się.
Sam też się tego boi, choć od lat mieszka w Polsce. Wszystko za sprawą polityki Wołodymyra Zełenskiego, który otwarcie mówi, że Ukraińcy w wieku poborowym muszą wrócić do kraju. - Powinni być w Ukrainie i pomagać państwu, niekoniecznie walcząc, ale np. pracując i płacąc podatki - podkreśla prezydent.
- Nie jest jasne, czy mówi tylko o tych, którzy wyjechali z Ukrainy po 24 lutego 2022 roku, czy też o takich jak ja, którzy zrobili to wcześniej. Bo niekiedy oddziela jednych od drugich, a innym razem opowiada o ściąganiu wszystkich. Czasem twierdzi, że nie każdy musi iść na wojnę, bo wystarczy, że niektórzy będą w Ukrainie płacili podatki. Ale potem otoczenie prezydenta dodaje, że chodzi o mobilizację wojskową. Naprawdę ciężko to zrozumieć - wzdycha Filip.
Argument o podatkach też budzi w nim opór. Tacy jak on wyjechali z Ukrainy, bo tam im się nie wiodło i nie mieli z czego płacić składek na państwo. - Jak już ułożyli sobie życie w innym kraju, to ludzie prezydenta nagle wołają: "Wracajcie, będzie fajnie!". Już nie mówię o tych, którzy uciekli przed wojną. Ktoś stracił dom w Mariupolu, komuś zabito rodzinę… A teraz słyszą: "Wiemy, że nie macie w Ukrainie mieszkania ani pracy, ale dawajcie, będzie super!" - opisuje mój rozmówca.
Co zrobi Tusk? "Boję się"
Filipa niepokoją też wypowiedzi polityków z krajów, do których wyemigrowali Ukraińcy. Przykładowo - minister spraw wewnętrznych Estonii stwierdził, że jego rząd jest zainteresowany podpisaniem z Kijowem umowy o repatriacji mężczyzn podlegających mobilizacji wojskowej. - Jeśli Ukraina tego potrzebuje, Estonii uda się znaleźć i odesłać te osoby do kraju. W zasadzie wiemy, gdzie przebywają - powiedział Lauri Laanemets.
Mój rozmówca martwi się, że również rząd Donalda Tuska "sprzeda" migrantów z Ukrainy. Media w Kijowie mówią o ociepleniu stosunków z Polską po odsunięciu PiS od władzy. - Piszą o drugiej szansie w relacjach obu krajów. Paradoksalnie to mogą być złe wieści dla nas, którzy żyjemy w Polsce. Boję się, że Tusk zgodzi się na żądania Zełenskiego - obawia się mój rozmówca
Filip zapamiętał fragment wywiadu dla portalu Sestry.eu, którego udzielił Paweł Kowal, przewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych i pełnomocnik polskiego rządu ds. odbudowy Ukrainy:
Musimy wprowadzić mechanizmy, które zapewnią, że młodzi Ukraińcy, którzy mogą i chcą walczyć, wrócili do Ukrainy. I moim zdaniem na tym powinny skupić się działania krajów, w których przebywa wielu Ukraińców. Innymi słowy, musimy upewnić się, że kiedy ludzie otrzymują pozwolenia na pracę, przedłużają swój pobyt, są sprawdzani, czy mogą zostać zmobilizowani w Ukrainie.
- Niby mówi o Ukraińcach, którzy chcą walczyć, ale też o sprawdzaniu, czy ludzie, którzy przedłużają swój pobyt w Polsce, nie podlegają mobilizacji w Ukrainie. Nie wiem, czy ona mnie dotyczy. Nie wiem, kim jestem dla Ukrainy. Od 10 lat żyję w Polsce i tutaj siebie odnalazłem. Tutaj mam przyjaciół, tutaj piszę doktorat i tutaj chciałbym zostać na stałe. Marzę o polskim obywatelstwie, ale utknąłem w urzędowych formalnościach. Nie mam pojęcia, jak potraktuje mnie ukraiński konsulat, gdy będę musiał przedłużyć paszport. Zapyta mnie o książeczkę wojskową? Jeśli będę musiał wrócić do Ukrainy, to już stamtąd nie wyjadę - niepokoi się Filip.
Zapytałem polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, czy zamierza odsyłać do Ukrainy jej obywateli, którzy podlegają tam mobilizacji wojskowej. Biuro rzecznika MSZ odpowiedziało enigmatycznie, że resort rozważa, w jaki sposób Polska może "wesprzeć" w tej sprawie stronę ukraińską. "Uważamy, że optymalnym rozwiązaniem byłoby uregulowanie tych kwestii na szczeblu europejskim" - dodało ministerstwo.
"A później wszyscy zapłaczemy"
Siergiej Bilyi (wspomniany na początku ojciec Filipa) prowadził dzienniki przez trzy lata. Po jego śmierci dotarły one do chłopaka. To sześć grubych zeszytów, z czego dwa dotyczą wojny. - Ojciec opisywał, jak pomagał ludziom w Wuhłedarze, przyfrontowym mieście w Doniecku. Wielu z nich uciekało przed wojną, a on nie chciał. Bał się, że straci mieszkanie i cały dobytek. Zastanawiał się w dzienniku, co będzie, jak Rosjanie wejdą do miasta. Wyobrażał sobie, że jeden z nich siada naprzeciwko niego i zadaje mu pytania. A ojciec go zagaduje, że czyta Dostojewskiego i lubi rosyjską kulturę. Był oczywiście za wolną Ukrainą, ale może liczył, że dogada się z okupantem - myśli na głos Filip.
W ostatnim tygodniu jego ojciec dużo pisał o śmierci. Filipa uderzyło, że niby czuć w tych zapiskach dużą niepewność, a jednocześnie jakiś spokój. - Zastanawiał się, dlaczego nie łapie go strach. Biegał po tym umierającym mieście i pomagał innym. To był dla niego taki survival. Codziennie musiał czuć emocje, szukać jedzenia, opisywać swoje doświadczenia. Adrenalina utrzymywała go przy życiu. Dziwiłem się, że wojna aż tak go zassała. Gdy do niego dzwoniłem i prosiłem, by uciekał, to odpowiadał, że to miasto go przyciąga. Do dziś to dla mnie zagadka - przyznaje.
Filip zabiegał u ukraińskich służb, by wydostały ciało jego ojca z Wuhłedaru. - Powiedzieli, że nie ma szans, bo to przyfrontowe miasto. Że pogrzebią go na podwórku albo na placu zabaw. Usłyszałem: "Tam będziesz miał ojca". Ale ostatecznie udało się przetransportować ciało do Kijowa. Tam je skremowano, a teraz prochy czekają na pochówek. Ojciec ma spocząć razem z rodzicami w Doniecku - mówi.
Po śmierci ojca Filip analizował ostatnie z nim rozmowy i czytał wpisy z dziennika. Płakał, ale nie ma poczucia, że wylał już wszystkie łzy z powodu swojej straty. - Dopóki wojna się nie skończy, nie jestem w stanie przepracować w sobie tej śmierci. Na płakanie przyjdzie jeszcze czas. To wszystko jest bardzo dziwne, ale myślę, że tak ma wielu Ukraińców, którzy stracili bliskich. Zaciskają zęby i czekają na koniec wojny. A później wszyscy zapłaczemy - podsumowuje Filip Bilyi.
Źródło: TOK FM