,
Obserwuj
Polska

Więzień uniósł szpikulec na wysokość jej oczu. "Zastanawiałam się, czy dostanę w oko, czy w tętnicę szyjną"

10 min. czytania
10.07.2023 12:00

Najbardziej bała się, gdy więzień wszedł do jej pokoju i wyciągnął z rękawa szpikulec. Stanął naprzeciwko niej i uniósł zaostrzony pręt na wysokość jej oczu. - Niektórzy mówią, że życie w takich chwilach przebiega przed oczami. Ja widziałam twarze swoich dzieci - mówi w rozmowie z tokfm.pl Danuta Augustyniak, była wicedyrektorka Aresztu Śledczego Warszawa-Białołęka.

fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Do jej więzienia trafiali najbardziej krwawi zabójcy i mafiosi. Były też gangusy z grupy mokotowskiej i cyngle z "Wołomina". Kiedyś zapytała jednego z nich: "Jak mogłeś brać spluwę do ręki i tak po prostu strzelać człowiekowi prosto w twarz? Co w ogóle wtedy czułeś?". - Taki mój zawód – odpowiedział chłodno i wzruszył ramionami.

Później z zadziwieniem patrzyła, jak morderca wychodzi z tego chłodu. Trwało to zaledwie kilka chwil, gdy słuchał byłego więźnia Auschwitz. Henryk Duszek opowiadał osadzonym, jak w wieku 9 lat stał się numerem w największym obozie zagłady. Myślał, że dym wylatuje z komina krematorium, bo wypieka się tam chleb. - W krematorium paliło się bez przerwy. Dzień i noc – mówił. I dodał: "Zapomnieć się nie da. Nie ma mowy. To cały czas we mnie tkwi".

- Patrzę na tego cyngla, a on ma łzy w oczach. Wydawało się, że taki bandzior jest wyzuty ze wszelkich uczuć. A tu słuchając o dziecku z Auschwitz i mordowaniu tam ludzi, nagle pękł. Niezależnie od tego, że sam przecież zabijał. Pomyślałam, że jednak nie wiem, co takimi ludźmi kieruje. Człowiek to jest wielka zagadka – stwierdza Danuta Augustyniak, która ponad 30 lat pracowała w Służbie Więziennej i była zastępczynią dyrektora Aresztu Śledczego Warszawa-Białołęka.

Najczęściej pękali, gdy myśleli o dzieciach. Kiedyś jeden z nich się poryczał, gdy wyznał wiceszefowej więzienia, jak bardzo tęskni za córką. Chciał odzyskać z nią kontakt, który dawno temu stracił. Całymi latami pisał do niej listy, ale nie odpowiadała.

Ochrona dzieci jest głównym punktem niepisanego kodeksu moralnego osadzonych. Dlatego najgorzej za kratami mają zabójcy dzieci i pedofile. - W ten kodeks jest też wpisana ochrona matek, do których więźniowie mają szczególny szacunek. Za skrzywdzenie ich i maluchów grozi samosąd: pobicie, gwałt, a nawet śmierć – tłumaczy moja rozmówczyni.

Ojczym Kamila z Częstochowy pod specjalną ochroną

Na te samosądy niekiedy liczą ludzie pozostający na wolności. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, gdy poznają kolejną historię dziecka zakatowanego na śmierć. Choć na co dzień kryminaliści budzą w nich odrazę, to w takich sytuacjach nagle stają się ich sprzymierzeńcami, którzy mają wymierzyć "sprawiedliwość".

Tak było w maju, gdy Polska dowiedziała się o śmierci 8-letniego Kamila z Częstochowy. Był przez ojczyma bity, polewany wrzątkiem, rzucany na rozgrzany piec i przypalany papierosami. Choć oprawca dziecka szybko trafił do aresztu, to pod jego adresem w internecie posypały się życzenia śmierci. Twórca popularnego na Facebooku profilu, który podaje się za funkcjonariusza Służby Więziennej, napisał: "Przypilnujemy go, by nikomu krzywdy już nie zrobił". Ludzie odpowiedzieli ponad tysiącem komentarzy typu:

  • "Życzę tym razem Służbie Więziennej, aby była głucha i ślepa i by krzywda stała się oprawcy!";
  • "Miejmy nadzieje, że trafi na klawisza, który jest człowiekiem i przymknie oko…";
  • "Wypuśćcie go na korytarz, otwórzcie cele… Społeczeństwo nie będzie miało wam tego za złe. Po co gnoja pilnować? Nie zasługuje na bezstresowe życie. Nie zasługuje na życie".

Danuta Augustyniak nie wierzy, by ojczymowi Kamila cokolwiek stało się za kratami. - W takich sytuacjach osadzony jest szczególnie chroniony przez funkcjonariuszy Służby Więziennej. Izolują go w jednoosobowej celi albo dobierają mu skazanego za podobne przestępstwo. Względnie kogoś, kto jest sprawdzony i wiadomo, że nie zdecyduje się na samosąd. Taki ojczym Kamila oddzielnie wychodzi na spacerniak, by nie doszło tam do eskalacji przemocy. Funkcjonariusze mają go chronić przed innymi osadzonymi, niezależnie od tego, co sami czują. Wielu z nich jest przecież ojcami. Ale więzienie nie może być miejscem, w którym dokonuje się zemsty. Tam przestępcy odbywają karę, którą tylko sąd może wymierzyć – podkreśla była zastępczyni dyrektora aresztu na Białołęce.

Przyznaje jednak, że choć funkcjonariusze starają się zachować wszystkie środki bezpieczeństwa, to niekiedy nie udaje im się upilnować osadzonych. Wtedy dochodzi do pobić, zabójstw i gwałtów. Te ostatnie służą w więzieniach do m.in. "upodlenia frajera".

"Zadałam sobie pytanie, czy z zemstą będzie mi łatwiej żyć"

Raz sama dała się ponieść żądzy zemsty. Miała wtedy 22 lata i była w traumie po śmierci swojego dziecka. Zmarło zaledwie dwa dni po urodzeniu. Gdy chwilę później wróciła do pracy, od razu usłyszała od dowódcy: "Danusia, znajdź coś na kuchni, bo przywieźli osadzoną, która siedziała 3 dni na dołku i jest jeszcze niezaprowiantowana". Augustyniak była wtedy tzw. żywnościowcem, czyli zaopatrywała więzienie w jedzenie i układała jadłospisy.

- Jasne, zaraz coś się znajdzie. A za co ją do nas przywieźli? - zapytała szefa.

- Zagłodziła swoje dziecko – odpowiedział.

Poczuła, jak wzbierają w niej emocje. Jeszcze kilka dni wcześniej z całych sił walczyła o życie swojego dziecka, a tu nagle słyszy o "panience, która zamiast nakarmić niemowlę, wolała pić".

- A niech, k..wa, zdycha! - wybuchła.

Gdy już ochłonęła, zdała sobie sprawę, że albo przestanie patrzeć na więźniów przez pryzmat ich zbrodni, albo musi zmienić pracę. Wybrała to pierwsze, choć – jak przyznaje – było to trudne. - Później, gdy zostałam dyrektorką, miałam dostęp do akt wszystkich osadzonych. Ale jeśli nie musiałam, to nie chciałam wiedzieć, co zrobili na wolności. Bo bardzo trudno rozmawiać np. z pedofilem, gdy wie się, co zrobił. Ani ja, ani nikt w Służbie Więziennej nie jest z żelaza. Zabicie albo skrzywdzenie malucha nigdy nie jest dla nas obojętne. Jeśli jednak nie upilnujemy emocji, jesteśmy skazani na gnębienie dzieciobójców i pedofilów. To zwyrodnialcy, ale nie możemy brać na nich odwetu – podkreśla.

Największemu testowi została poddana, gdy była jednym z kierowników Aresztu Śledczego w Warszawie-Służewcu. Trafił tam kolega jej męża, którego sąd skazał na 2,5 roku więzienia za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Jechał za szybko, wpadł w poślizg i uderzył w słup z trakcją elektryczną. Pasażer zginął na miejscu, a sprawca zbiegł. - Tym pasażerem był mój mąż, a sprawcą jego kolega – mówi ściszonym głosem Danuta Augustyniak.

Przeżywała rozpacz i mogła przekuć ją w zemstę. Wystarczyło tylko uświadomić więźniów, że kolega jej męża, który razem z nimi siedzi, jeszcze przed chwilą był klawiszem. Raz dwa by go zgnębili. Nikt pewnie nawet nie dowiedziałby się, kto puścił cynk. Do tego jednak nie doszło.

- W więzieniu nigdy go nie spotkałam, bo nie chciałam. Dla mnie to było zbyt trudne. Rozmawiałam tylko z jego żoną, gdy przyszła do mojego pokoju z córeczką. Przepraszała. Patrzyłam na to malutkie dziecko i zastanawiałam się, co mam w tej sytuacji zrobić. Później opowiedziałam swoim dzieciom o tej dziewczynce. Że też straciła ojca, bo trafił za kraty. Mówiłam: "Nie jestem w stanie przywrócić życia waszego taty. Mogę jedynie zaszkodzić tamtemu panu albo mu odpuścić". Zaszkodzić, bo byłam wtedy oskarżycielem posiłkowym w jego sprawie. Usłyszałam: "Mama, odpuśćmy". Zadałam sobie pytanie, czy z zemstą będzie mi łatwiej żyć. Doszłam do wniosku, że nie. Usunęłam się więc z życia tamtej rodziny i zrezygnowałam z roli oskarżyciela – wspomina moja rozmówczyni.

Więźniowie bici, podduszani i podtapiani

Służbę zaczęła w 1985 roku, gdy miała 19 lat. Przemoc w polskich więzieniach była wtedy nagminna. Strażnicy "oprawiali piętki" więźniom, czyli bili ich pałami po piętach. Te podobno nie sinieją. Chodziło więc o to, żeby nie było śladów.

Gdy osadzony podpadł funkcjonariuszom, dostawał "karę twardego łoża". Spał na gołych dechach, bo o materacu czy pościeli mógł zapomnieć. Czuł też głód, gdy strażnicy drastycznie obcinali mu racje żywnościowe. Dostawał tylko tyle jedzenia, by przeżył.

- W 1989 roku w polskich więzieniach wybuchły bunty, podczas których jeden z osadzonych spłonął. Stało się jasne, że przemoc musi zostać wyeliminowana z jednostek penitencjarnych. Ruszyła też demokratyzacja kraju i pod jej wpływem do więzień weszły prawa człowieka. Zaczęliśmy być z tego rozliczani przez cywilne jednostki. Oczywiście, gdzieniegdzie dalej działo się źle, bo zmiana mentalności dla wielu starszych funkcjonariuszy okazała się zbyt trudna. Trudne były nawet proste rzeczy, jak zwracanie się do osadzonych na "pan", "pani". Gdy kiedyś tak powiedziałam do więźnia, mój starszy kolega się oburzył: "Jaki pan, to jest złodziej! Gdy podskoczy, to pała i wąskie drzwi". Opowiadał, jak umieszczał osadzonego między kratą a drzwiami, przyciskał go i bił pałą - wspomina Danuta Augustyniak.

Przemoc daje poczucie władzy, więc niektórym tak trudno z niej zrezygnować. Dlatego też nie do końca udało się ją wyeliminować z polskich więzień.  Pokazał to raport Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur, który powstał w lutym na zlecenie Rzecznika Praw Obywatelskich. Wynikało z niego, że w zakładzie karnym w Barczewie osadzeni mieli być przez funkcjonariuszy bici, podduszani, podtapiani, a także miano im grozić gwałtem.

- To już są tortury. Jestem tym raportem porażona i zaskoczona. Bo mogę zakładać, że w wielu więzieniach zdarzają się pojedynczy funkcjonariusze, którzy w patologiczny sposób nadużywają władzy. Powinni natychmiast zdjąć mundur i odejść ze służby, ponieważ po prostu się do niej nie nadają. Ale nie jestem w stanie zrozumieć, jak doszło do tego, że w jakimś zakładzie karnym dalej robi się to nagminnie - stwierdza.

Przyznaje, że sama miała taką czarną owcę wśród podwładnych. Funkcjonariusz tłumaczył, że musiał obezwładnić osadzonego, bo ten był agresywny. Augustyniak sprawdziła nagrania z kamer. Okazało się, że strażnik dociskał więźnia kolanem do ziemi. - To nie jest dozwolony chwyt obezwładniający, tylko przemoc. Zwolniłam go ze służby, bo w takiej sytuacji trzeba reagować natychmiast – opowiada była wicedyrektorka aresztu śledczego.

"Ech, z babami to zawsze kłopot"

Mówili, że kobiety nie nadają się do tej służby. To przecież poważna robota z groźnymi bandziorami, a one są "zbyt delikatne i strachliwe". Danuta Augustyniak musiała zdobyć specjalną zgodę zarządu więziennictwa, by mogła zostać zatrudniona w areszcie. Gdy próbowała coś załatwić przez telefon, słyszała: "Niech zadzwoni mężczyzna", a potem rozmówca rzucał słuchawką. Jeśli nie odpuszczała i znów wykręcała ten sam numer, wkurzał się: "Czy tam wszyscy pogłupieli, żeby babę zatrudniać?!".

Kiedy w szkole podoficerskiej zgłosiła się po mundur i buty w rozmiarze 36., fuknęli na nią: "Najmniejsze, jakie mamy to 39-tki. Ech, z babami to zawsze kłopot". - Nosiłam męski mundur, niedopasowany do mojej sylwetki. To był symbol tego, że Służba Więzienna przez długi czas miała płeć. Męską. Dla takich jak ja były "kobiece" stanowiska w kuchni czy pralni. Dostęp do tych kierowniczych miałam zablokowany aż do lat 2000. Bo w przeciwieństwie do mężczyzn, byłam bez końca sprawdzana, czy się do czegoś nadaję – wspomina.

Gdy w 2010 roku została wicedyrektorką aresztu śledczego, zaczęli ją testować również więźniowie. Jeden z nich był wyjątkowo konfliktowy i agresywny. Ale nawet gdy wpadał w szał, funkcjonariusze bali się go obezwładniać i wrzucać do izolatki. Miał bowiem poważne trudności z oddychaniem i było ryzyko, że umrze podczas gwałtownej interwencji. Pozwalał więc sobie na coraz więcej. - Kiedyś poprosił mnie o rozmowę i akurat wtedy przyjęłam go w pokoju pielęgniarek. Przyznam, że było to nieostrożne, bo wokół pełno strzykawek, igieł i nożyczek, a byliśmy tam sami. W pewnym momencie ten wielki facet ruszył w moją stronę i zaczął recytować z pamięci numer rejestracyjny mojego samochodu. Nie miałam pojęcia, skąd go zna i zaczęłam się bać. Ale nie dałam po sobie tego poznać, zachowałam zimną krew. To właśnie chciał sprawdzić: czy się go boję. Ostatecznie nic mi nie zrobił – opowiada.

Tamtym razem mu się upiekło. Ale gdy zaczął demolować celę i wyzywać funkcjonariuszy, ich przełożona podjęła twardą decyzję – obezwładnić, wrzucić do izolatki, przypiąć pasami do łóżka. Strażnicy, którzy wcześniej przyglądali się badawczo nowej kobiecie-dyrektor, teraz byli pod wrażeniem. - Pytali, czy nie bałam się, że przestanie oddychać. Prawdę mówiąc, nic o jego problemach zdrowotnych nie wiedziałam. Ale zadziałało to dobrze. Osadzony dowiedział się, że nie jest już bezkarny, a moi funkcjonariusze, że jestem zdecydowana – uśmiecha się moja rozmówczyni.

"Małolaci byli gorący, a recydywa spokojna"

Jej ulubioną grupą więźniów byli recydywiści. I to tacy, którzy odsiadywali wyroki za poważne przestępstwa, np. mafiosi. Augustyniak zapamiętała ich jako najbardziej spokojnych i poukładanych. Nie szukali konfliktów jak "małolaci". Ci bywali "gorący" - wszczynali awantury i ciągle pisali skargi. Czasem dla zabicia czasu, ale częściej, by pokazać, jacy są ważni. - Studzili się dopiero, gdy widzieli, że chłodny był już cały oddział – tłumaczy Danuta Augustyniak.

Recydywa z długimi wyrokami nie zużywała energii na wierzganie w więzieniu. Wracała za kraty jak do domu i znała obowiązujące tam zasady. Nie chciała tracić czasu na zbędne kary - izolatki ani przeniesienia do innych zakładów. Wiedziała, że przed nią wiele lat odsiadki. Chciała się więc tylko na nowo zadomowić i dotrwać w spokoju do końca wyroku albo do przedterminowego zwolnienia. - Wielu z nich pamiętało jeszcze stare czasy, kiedy w więzieniu można było dostać pałą. Doceniali więc to, że teraz nikt się ich nie czepiał, gdy nie łamali reguł – twierdzi.

Rzecz jasna, nawet recydywistom zdarzały się trudne początki. Jeden odsiedział swoje w PRL-u, a potem wrócił za kraty w wolnej Polsce. Nic mu nie pasowało. - Był mizoginem, a tu nagle dowiaduje się, że kobieta jest dyrektorką aresztu. Nie chciał ze mną rozmawiać, bo nie będzie mu baba mówiła, co ma robić. Z początku ani myślał też wejść do celi. Nie będzie przecież siedział z frajerami, skoro sam jest poważną recydywą. Jak już dał się namówić na wejście, to narzekał, że teraz więźniowie mają cały mandżur w celach. Bo te są wypchane ciuchami, książkami, zdjęciami, paczkami od rodzin, a na oknach wiszą kabanosy. A kiedyś było tylko ubranie na zmianę. W końcu jednak machnął ręką i stwierdził: "Ech, żyć trzeba" - opowiada była wiceszefowa aresztu.

"Uniósł zaostrzony pręt na wysokość jej oczu"

Najbardziej bała się pod koniec kariery, gdy więzień wszedł do jej pokoju i wyciągnął z rękawa szpikulec. Stanął naprzeciwko niej i uniósł zaostrzony pręt na wysokość jej oczu. Nie mogła sięgnąć po broń, bo w więzieniu funkcjonariusze jej nie noszą. Miała tylko przycisk pod blatem stołu, który służył do wzywania strażników. - Ale po pierwsze nie byłam pewna, czy ten guzik zadziała. A po drugie: czy pierwsi przybiegną koledzy, czy też osadzony wcześniej mnie zadźga. Niektórzy mówią, że życie w takich chwilach przebiega przed oczami. Ja widziałam twarze swoich dzieci – opisuje.

- Wszystko w porządku, pani dyrektor? – usłyszała nagle. Spojrzała w kierunku drzwi i zobaczyła w nich głowę oddziałowego. Nie zauważył szpikulca, bo więzień go zasłaniał. Dyrektorka skinęła tylko głową. Nie wierzyła, że podwładny zdoła do niej dobiec, zanim ona dostanie szpikulcem w oko lub tętnicę szyjną. Uspokojony funkcjonariusz wycofał się z pokoju.

- Dlaczego to robisz? - zapytała osadzonego, próbując opanować stres. Powoli odłożył szpikulec na biurko.

- Chciałem pani udowodnić, że ten oddziałowy nadaje się tylko do pasania krów. A ten cały system zabezpieczeń tutaj nie działa - odpowiedział.

Wiedziała to i bez niego. W Służbie Więziennej brakuje ludzi, a ci, którzy pracują, są przeciążeni obowiązkami. - W związku z tym ta praca jest bardzo niebezpieczna. Staramy się być o krok przed osadzonymi, ale nie zawsze się da. Nigdy nie poznamy ich do końca ani nie przewidzimy ich zachowania. O tym, do czego są zdolni, w pełni dowiadujemy się dopiero, gdy coś się stanie. Wtedy "góra" robi nam kontrolę, wyłapuje błędy i doraźnie je piętnuje. Ale to niewiele nie zmienia. To zresztą był jeden z powodów, dla którego odeszłam ze służby – podsumowuje Danuta Augustyniak.

Źródło: TOK FM