Wojsko świętuje, a rządzący prężą muskuły. O tym jednak nie mówią. "Zaspaliśmy"
Wojsko Polskie ma swoje święto. Decydenci zapowiadają, że będzie "najsilniejszą armią w Europie", ale eksperci studzą ten entuzjazm i pytają: "Tylko kiedy?". - Na razie, paradoksalnie, rozbudowa armii osłabia jej potencjał - ostrzega w tokfm.pl Mariusz Cielma. Czy więc nasze wojsko zdąży osiągnąć pełną gotowość bojową do odparcia wroga, zanim ten zaatakuje?
- "Polska armia rośnie w siłę. Po Stanach Zjednoczonych i Turcji jest dziś najliczniejszą w całym NATO" - mówią rządzący;
- Czego jednak nie słyszymy o stanie naszego wojska?
- "Ogarnięcie polskich sił zbrojnych zajmie około dekady. Na razie, paradoksalnie, rozbudowa armii osłabia jej potencjał" - mówi w tokfm.pl Mariusz Cielma;
- Ekspert ds. wojskowości punkt po punkcie wykazuje, dlaczego "zaspaliśmy" w przygotowaniach do wojny.
- Wojsko Polskie to wielki rozkopany plac budowy - powiedział niedawno na antenie TOK FM ekspert ds. wojskowości Mariusz Cielma. Poprosiłem go o rozmowę, bo jego słowa zdają się zaprzeczać temu, co powtarza rząd przy każdej okazji. A ten pręży muskuły:
- "Wojsko już dziś jest najliczniejsze w Europie, coraz lepiej zorganizowane i coraz lepiej uzbrojone. Już za kilka lat - i mówię to z pełną odpowiedzialnością - Wojsko Polskie będzie najsilniejszą armią w Europie" - mówił w maju premier Donald Tusk;
- "Polska armia rośnie w siłę. Po Stanach Zjednoczonych i Turcji jest dziś najliczniejszą w całym NATO" - stwierdził wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk;
- "Polska armia jest gotowa do obrony ojczyzny" - zapewnił już w ubiegłym roku szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz.
Czy aby na pewno te muskuły nie są nadmuchane i nie sflaczałyby w chwili próby? Mariusz Cielma podziela te wątpliwości. Jego zdaniem "ogarnięcie" polskich sił zbrojnych zajmie około dekady. - Na razie, paradoksalnie, rozbudowa armii osłabia jej potencjał - uważa redaktor naczelny miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa".
Polska armia rośnie w siłę? "Czasem żołnierze czekają i niewiele robią"
- Przebudowa armii zaburza szkolenie wojskowych. Tworzą się nowe dywizje, brygady, bataliony i za każdym razem jest to wieloletni proces. Żołnierzy z istniejących już jednostek wysyła się do tych, które dopiero są w zalążku. Tam czekają na skompletowanie załóg i sprzętu, jaki dotrze do Polski np. za kilka lat. Więc na razie, zamiast podnosić gotowość bojową wojska, często niewiele robią poza pilnowaniem miasteczek kontenerowych, w których przyszło im służyć - opisuje Mariusz Cielma.
W jego ocenie proces szkolenia żołnierzy załamuje się również przez decyzje polityków. - Chwalą się, że wysłali tysiące wojskowych do pilnowania polskich granic z Białorusią, Litwą i Niemcami. A nie ma czym się chełpić, bo to robota dla Straży Granicznej i policji. Część wojska od kilku lat nie przygotowuje się do wojny, tylko pilnuje płotu - ocenia.
Zwraca uwagę, że niedawno zadania ochrony polskiej granicy z Białorusią przejęła 16. Pomorska Dywizja Zmechanizowana, która ma kluczowe znaczenie dla obrony przesmyku suwalskiego. A ten rejon jest typowany jako możliwy cel ataku Rosjan. - Moim zdaniem Kreml cieszy się, bo to jedna z cegieł wyjętych z muru polskiej obronności - podkreśla naczelny "Nowej Techniki Wojskowej".
Potężny sprzęt dla polskiej armii? Na razie w jej "rdzeniu" są starocie
Polska zamówiła w Korei Południowej 180 nowoczesnych czołgów K2, ale ich pełne dostawy zakończą się dopiero w 2030 roku. - Tymczasem przekazaliśmy Ukrainie ponad 300 czołgów T-72. Słusznie, że wsparliśmy sąsiada, ale trochę ryzykownie. Bo mimo że te czołgi były stare, postsowieckie, to nadal się sprawdzały i mogły to robić do czasu pełnych dostaw K2. Mamy też 116 amerykańskich Abramsów, trwają dostawy kolejnych ich partii, ale to dalej liczbowo nie równoważy braku T-72 czy PT-91 - uważa Mariusz Cielma.
Jak dodaje, mniej sprawdzają się leciwe wozy bojowe BWP-1, które są wykorzystywane w "rdzeniu" polskiej armii, czyli w wojskach zmechanizowanych. - Służy tam piechota, która wspiera wojska pancerne. Bez niej nawet najnowocześniejsze czołgi mogą stać się łatwym celem. Problem w tym, że nasza piechota jeździ w poradzieckich wozach, które nigdy nie były modernizowane. Mają je zastąpić nowoczesne pojazdy bojowe, w tym Borsuki, ale dostawy pierwszej ich partii, która liczy tylko 111 egzemplarzy, zakończą się i tak dopiero w 2029 roku - tłumaczy.
Z kolei od 2028 roku polskie firmy państwowe mają produkować rocznie ok. 180 tys. sztuk kluczowej amunicji o kalibrze 155 mm. W Ukrainie - według różnych szacunków - wystrzeliwanych jest do 10 tys. pocisków artyleryjskich dziennie. - Potrzebujemy więc ich milionów, a będziemy produkować najwyżej kilkaset tysięcy. Nie nakarmimy tym za bardzo naszej artylerii. Zwłaszcza że zamówiliśmy już 600 nowoczesnych dział - stwierdza.
Również produkcja i zakupy dronów dla polskiego wojska są dopiero na początkowym etapie. Daleko nam do odrobienia lekcji z Ukrainy, gdzie bezzałogowce odgrywają kluczową rolę po obu stronach frontu. Więcej o tym przeczytasz tutaj:
Ekspert przypomina, że już w 2008 roku prezydent Lech Kaczyński ostrzegał Zachód przed Rosją, mówiąc: "Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, Polskę!". - Po 2014 roku, kiedy Kreml zaczął wojnę z Kijowem, Polska wielokrotnie tak alarmowała Zachód, a sama niewiele robiła, by uzbroić się przed Rosją. Z tym mam największy problem - ubolewa mój rozmówca.
Alarm w NATO. "Mamy jedynie 18 miesięcy"
- Mamy coraz mniej czasu - przyznał pod koniec lipca Władysław Kosiniak-Kamysz. W ten sposób odniósł się do słów głównodowodzącego wojsk NATO w Europie, który ostrzegł przed możliwością kolejnej wojny światowej. - Stany Zjednoczone i Europa mają jedynie 18 miesięcy na przygotowanie się do globalnego konfliktu z Chinami i Rosją - zaalarmował gen. Alexus Grynkewich i dodał, że "bezpośrednie zagrożenie wojenne ze strony Rosji może nastąpić już w 2027 roku".
- Wypowiedź Grynkewicha jest skierowana do Europejczyków i rozumiem ją tak: "Powinniście przygotować się do ataku Rosji, bo Stany Zjednoczone nie będą mogły prowadzić wojny jednocześnie na dwóch frontach, czyli z Moskwą i Pekinem. Musicie polegać głównie na sobie". Chodzi o to, że armia USA nie jest już tą z czasów zimnej wojny, która była gotowa do obrony Europy, mimo iż w Wietnamie rzucała do walki pół miliona żołnierzy. Teraz by tego nie udźwignęła - ocenia Mariusz Cielma.
Jak dodaje, do walki na dwóch frontach nie jest też gotowa Rosja. Dlatego zanim zaatakuje NATO, musi zakończyć inwazję na Ukrainę. Tego samego zdania jest wiceszef resortu obrony Cezary Tomczyk, który niedawno mówił w TOK FM, że po wojnie "wszystkie drogi będą otwarte" dla Kremla.
Tyle że do zawieszenia konfliktu może dojść już wkrótce, po piątkowych rozmowach prezydentów USA i Rosji. Według Onetu Władimir Putin dostał od Donalda Trumpa korzystną propozycję i może na nią przystać. W zamian za rozejm Rosja mogłaby dalej okupować podbite terytoria w Ukrainie i zostać uwolniona od sankcji (nie wiadomo, czy całego Zachodu, czy tylko USA). "Moskwa nie otrzymała żadnej obietnicy wstrzymania wsparcia wojskowego dla Ukrainy. Ten ostatni punkt ma być podobno jednak przez Rosjan akceptowany" - pisał Onet.
Mariusz Cielma nie wyklucza, że do zatrzymania wojny dojdzie, jeśli nie teraz, to za kilka miesięcy. - Putin może chcieć czasowo uspokoić Trumpa i przystać na jego propozycje. Ukraina również, bo jest wymęczona wojną, a czas działa na jej niekorzyść. Brakuje jej żołnierzy i sprzętu, a Zachód już nie może jej przekazać setek czołgów. Podpina jej tylko mniejsze kroplówki, jak 49 czołgów Abrams, które ostatnio wysłała Australia. Europa jest w stanie kupić Kijowowi trochę broni, ale to już nie zmieni obrazu frontu w najbliższych miesiącach. A ten jest coraz gorszy i za bardzo nie widać optymistycznych scenariuszy - analizuje mój rozmówca.
Po czym wypowiada niepokojące zdanie: "Jeśli ten konflikt zostanie zatrzymany, to istnieje ryzyko, że prognoza gen. Grynkewicha się spełni".
Pokaz siły Rosji w czarnym scenariuszu. Uderzy całym arsenałem?
Władimir Putin rozpędził wielką machinę wojenną i podporządkował jej gospodarkę Rosji. Ma na utrzymaniu ponad 1,3 mln czynnych żołnierzy, co kosztuje ogromne pieniądze. - Po zakończeniu wojny w Ukrainie będzie musiał ich zdemobilizować albo szybko przerzucić na nowy front, żeby uzasadnić wydatki na wojsko, które sięgają bilionów rubli. Bez kolejnej wojny ta militarna machina stanie się obciążeniem dla Kremla - tłumaczy ekspert ds. wojskowości.
Zastrzega, że nawet jeśli Putin zdecyduje o ataku na NATO, będzie potrzebował taktycznej przerwy na przegrupowanie wojsk i uzupełnienie zapasów sprzętu. To jednak - zdaniem Mariusza Cielmy - nie musi trwać lata, ale np. do 2027 roku, jak zapowiedział gen. Grynkewich.
- Jest mało prawdopodobne, że Rosja od razu uderzy całym arsenałem, czyli ruszy z pełnoskalową inwazją na Litwę, Łotwę lub Estonię. Pewnie zacznie od mniejszej operacji wojskowej, bo w tym jest dobra. Mam na myśli np. "zielone ludziki", które mogą wejść do któregoś z krajów bałtyckich, by przetestować braterstwo sojuszników w NATO. Na tym etapie reszta sił zbrojnych Rosji nie musiałaby być używana. Czekałaby w gotowości jako straszak dla Zachodu - opisuje mój rozmówca.
Polska musi odwiesić obowiązkowy pobór do wojska? "Wszystkie ręce na pokład"
Europa dopiero niedawno zaczęła nadrabiać zapóźnienia w przygotowaniach do ewentualnej wojny. Dlatego - w ocenie Mariusza Cielmy - półtora roku to za mało, by jej wojska mogły osiągnąć pełną gotowość bojową do odparcia wroga. Putin zdaje sobie z tego sprawę i może chcieć wykorzystać "okno" czasowe.
- Jeżeli rząd Polski poważnie traktuje ostrzeżenie gen. Grynkewicha, to nie może skupić się wyłącznie na działaniach długofalowych. Czyli np. na tych brygadach i batalionach, które w pełni rozwiną się dopiero za kilka lat. Musi od razu rzucić wszystkie ręce na pokład, a więc np. przywrócić obowiązkowy pobór do wojska. Natychmiast pozwolić wojsku szkolić dodatkowe dziesiątki tysięcy Polaków na wypadek wojny - uważa ekspert ds. wojskowości.
Zauważam, że trzeba byłoby gdzieś skoszarować poborowych, a - jak słyszałem od ekspertów - nie mamy już do tego odpowiedniej infrastruktury ani kadry szkoleniowej, co mogłoby się skończyć chaosem. - Zgadzam się, zaspaliśmy. Od lat ostrzegaliśmy Zachód przed zagrożeniem ze strony Rosji, a sami w niewielkim stopniu do niego się przygotowaliśmy. Ale tym bardziej trzeba szybko rozbudowywać infrastrukturę szkoleniową. Jeżeli konflikt z Federacją Rosyjską miałby okazać się długotrwały, to trzeba pamiętać, że wojnę zaczynają zawodowi żołnierze, a kończą rezerwiści. Tych trzeba najpierw w dużej liczbie wyszkolić - podkreśla.
- Premier, który ogłosiłby taki plan, popełniłby polityczne samobójstwo - zauważam i odkopuję sondaż CBOS z kwietnia, w którym aż 71 proc. ankietowanych stwierdziło, że nie chce brać udziału w jakiejkolwiek formie szkolenia wojskowego. Tylko co czwarty jest tym zainteresowany.
- Znowu racja. Jednak nasi decydenci sami mówią, że żyjemy w przedwojniu i mamy niewiele czasu na przygotowania. Więc pytanie, czy traktują poważnie zagrożenie atakiem Rosji, czy tylko straszą. Bo jeżeli to pierwsze, nie powinni oglądać się na konsekwencje polityczne, tylko od razu działać. A jeśli jedynie straszą, to premier dalej może ustawiać sobie na biurku atrapy głowic, jak to zrobił na posiedzeniu rządu pod koniec lipca - podsumowuje Mariusz Cielma.
Źródło: TOK FM