"Wstydzę się za to, co robię na wojnie". Spowiedź Polaka, który walczy z Rosjanami
Na froncie, gdy nie zabijasz, robi to wróg. Nie możesz mieć blokady ani odpuścić. Musisz iść i pociągać za spust. To twój obowiązek - mówi w tokfm.pl Piotr Mitkiewicz, który od 2022 roku walczy na wojnie w Ukrainie przeciwko Rosji.
Czasem powątpiewa, czy jest jeszcze człowiekiem. Na pewno - jak mówi - przestaje nim być, gdy dociera na wojenny front. Tam jest żołnierzem, który zabija Rosjan. - Od prawie dwóch i pół roku, czyli odkąd walczę w Ukrainie, jestem rozdarty między byciem człowiekiem i żołnierzem. Jako ten pierwszy wstydzę się za to, co robię na wojnie. Ale tam muszę zabijać, bo inaczej zginę ja albo moi koledzy - mówi 36-letni Piotr Mitkiewicz.
Przypomina sobie zasłyszaną sytuację spod Bachmutu, w której młody Ukrainiec dostał do rąk karabin maszynowy PKM i miał osłaniać kolegów. Wpadł jednak w panikę i zamiast strzelać, po prostu się schował. - Jego kumple zginęli, bo się przestraszył. Rozumiesz?! Zesr...ł się i nie chciał walczyć! Na froncie, gdy nie zabijasz, robi to wróg. Nie możesz mieć blokady ani odpuścić. Musisz iść i pociągać za spust. To twój obowiązek. Jednocześnie - jako człowiek - nie masz prawa odbierać życia innym, bo nie jesteś Bogiem - stwierdza Polak walczący w Ukrainie.
"Weź, umyj tego psa, bo śmierdzi wojną!". Polak odsłania kulisy swojej walki w Ukrainie
Obrazy wojny nie robią już na nim wrażenia. Mówi, że widział kiedyś Rosjanina, który odcina ucho martwemu Ukraińcowi, żeby zdobyć wojenne trofeum. - Ale okrucieństwa na froncie są marginesem. To czasem robi się cywilom i jeńcom, ale po walce, bo podczas niej nie ma na to czasu. Wtedy jest regularne zabijanie, bez okrucieństwa - opowiada Piotr Mitkiewicz.
Najgorsze dla niego są odgłosy wojny, np. krzyki przyjaciół z frontu. To je przywozi w pamięci do domu. Przyznaje, że wtedy często płacze. - Wyobraź sobie rosłego, dzielnego faceta, który został złamany wojną. Nie tyle płacze, co piszczy. Błaga o pistolet, bo chce sobie strzelić w głowę. Albo ci goście, którzy leżą w szpitalu po amputacjach… Trudno zapomnieć odgłosy, jakie z siebie wydają - wyznaje.
Smród wojny nie za bardzo kojarzy. W ogóle niewiele czuje, bo kiedyś był bokserem i miał złamany nos. - Może dzięki temu łatwiej mi przetrwać na froncie. Ale o smrodzie wojny dowiedziałem się przez przypadek, gdy do okopów w Kupiańsku przyplątał się pies. Polubił mnie i grzał mi nogi w zimne noce. Gdy wziąłem go do bazy wojskowej w Charkowie, chłopaki od razu powiedzieli: "Weź, umyj tego psa, bo śmierdzi wojną!". Zapytałem, co to znaczy. A oni, że wali od niego ludzką krwią i wybuchami pocisków artyleryjskich. Szorowaliśmy go dwa razy, bo ta wojna nie chciała z niego zejść - opisuje.
Psa musiał zostawić w bazie, gdy wyruszał na kilkudniową misję do Kupiańska. Zwierzak piszczał i szukał go po całym obiekcie. - Niestety ktoś z naszych otworzył bramę i pies uciekł. Pewnie chciał mnie odnaleźć. Ale ja byłem już ponad 100 km dalej. Nigdy nie wrócił - wspomina z żalem mój rozmówca.
Polak wyrusza na wojnę Putina. "Mój Everest do zdobycia"
- Chcę skrócić wojnę chociaż o sekundę - powtarzał żonie i znajomym, gdy postanowił odpowiedzieć na apel prezydenta Ukrainy. Wołodymyr Zełenski już w czwartym dniu pełnoskalowej inwazji ogłosił powstanie legionu cudzoziemskiego i zaprosił do niego wszystkich ochotników z zagranicy, którzy "chcą przyłączyć się do oporu wobec rosyjskiego okupanta i obrony bezpieczeństwa światowego".
- Co odpowiedziała żona, gdy usłyszała o twoim pomyśle? - pytam.
- Stwierdziła, że jestem głupi i nie nadaję się na front. Nigdy przecież nie byłem w armii, ani nie miałem przeszkolenia wojskowego. Ale im mocniej żona starała się mnie zniechęcić, tym bardziej byłem zdecydowany, by tam jechać. Widziałem tragedię cywilów w Ukrainie. Chciałem walczyć z najeźdźcami, mordercami, gwałcicielami. Poczułem, że to mój obowiązek. Ale też miałem już dość wszystkiego, co było wokół mnie - wspomina.
Restauracja, którą prowadził w Warszawie, przynosiła straty. W małżeństwie też mu się nie układało. Czuł się więc niespełniony prywatnie i zawodowo. - Stwierdziłem, że nie mam już nic do stracenia. Wymyśliłem, że mogę skrócić tę wojnę chociaż o sekundę. Że mogę tam ocalić komuś życie. Zrobić coś dobrego. To był mój Everest do zdobycia - opisuje.
- Mogłeś stracić życie, a twoje dzieci ojca - wtrącam.
- Co mam ci odpowiedzieć? Gdybym był w dobrej kondycji psychicznej, życiowej, to takiej decyzji bym nie podjął. Tym wyjazdem skrzywdziłem żonę i dzieci. Jeszcze bardziej skomplikowałem sytuację w swoim małżeństwie. Kiedy ruszyłem do Ukrainy, zostawiłem restaurację żonie. Myślałem, że będzie dla niej odskocznią od zamartwiania się o mnie. Ale stało się inaczej. Interes ściągnął jej na głowę kolejne problemy, bo przynosił straty. Dziś już wiem, że moja decyzja to było coś na zasadzie: "pierd...l wszystko, zostań ninją" - przyznaje Polak walczący w Ukrainie.
W ogniu walki fala uderzeniowa "obija" mózg. Tu wszystko może zabić
Dzień po wystąpieniu Zełenskiego mój rozmówca był już w ambasadzie Ukrainy, gdzie zgłosił gotowość do obrony tego kraju przed armią Rosji. Kilka tygodni później pojechał do wyznaczonej bazy wojskowej w Ukrainie. Tam najpierw przeszedł testy sprawnościowe, a następnie zaczął szkolenie. Po jego ukończeniu trafił na front do obwodu charkowskiego.
- Pierwsze tygodnie były dla mnie bardzo spokojne. Z początku dowódca dbał o moje bezpieczeństwo i trzymał mnie w bezpiecznej odległości od strefy bezpośredniego starcia z wrogiem. Bo jak nie masz doświadczenia, to gdy słyszysz świst lecącego pocisku artyleryjskiego, biegasz w kółko i nie wiesz, co ze sobą zrobić - opisuje.
W maju 2022 roku Rosjanie zostali odepchnięci od Charkowa i stracili tam impet. Ukraińcom z kolei zaczęło brakować amunicji i sprzętu, dlatego front na tym odcinku stanął. - Wtedy nie było wychodzenia na pozycje, tylko trwał ostrzał artylerii z odległości kilku kilometrów. Dla mnie to dalej był w miarę spokojny czas, który poświęcałem na szkolenie wojskowe - opowiada.
Jak dodaje, potem ruszyła kontrofensywa Ukraińców i skończył się "spokój". Wojny już nie obserwował z daleka, ale był w samym ogniu walki. A tam wszystko mogło go zabić - mina pod nogą, granat rzucony przez wroga, pocisk z automatu AK i karabinu maszynowego, a także ostrzał czy eksplozja drona.
Piotr Mitkiewicz był kilkukrotnie ranny. Nigdy nie został trafiony pociskiem, ale sporo razy miał wstrząs mózgu. - Gdy obok mnie eksploduje pocisk z artylerii lub czołgu, jest potężny huk. Fala uderzeniowa jest wystarczająco duża, żeby obić mój mózg i wszystkie inne wewnętrzne organy. Po dwóch latach walki wśród takich wybuchów jestem poobijany jak zawodowy bokser. Mam problemy z pamięcią, koncentracją, czasem z mówieniem - przyznaje mój rozmówca.
Rosjanie rozstrzelali cywilów. "Okrucieństwo, które wywołało gniew"
Z pierwszego okresu wojny Piotr Mitkiewicz zapamiętał wielką determinację Ukraińców. Do armii zgłaszało się tak wielu chętnych, że niektórych odsyłano z kwitkiem. - To był ich wielki zryw do walki. Myśleli, że w ciągu kilku miesięcy pokonają Rosjan, odbiją nawet Krym i wrócą do domów - mówi.
Ich entuzjazm podkręcało wyzwalanie kolejnych miejscowości spod okupacji. Gdy we wrześniu 2022 roku mój rozmówca wchodził z ukraińską armią do Kupiańska w obwodzie charkowskim, widział radość i wdzięczność mieszkańców. - Pamiętam też widok rozstrzelanych przez Rosjan cywilów, którzy leżeli na ulicach z dziurami w głowach. To okrucieństwo wywoływało w Ukraińcach gniew i jeszcze bardziej napędzało do walki - podkreśla.
W 2023 roku siły Kijowa ruszyły z ofensywą na Zaporoże, ale zostały powstrzymane przez Rosjan. Euforia przerodziła się w apatię. Doszło ogromne zmęczenie wojną. - Teraz, jak zapytasz zwykłego ukraińskiego żołnierza, na co czeka, to dostaniesz różne odpowiedzi, w zależności od dnia. Gdy się wyśpi, wstanie zmotywowany, a jeszcze wkurzy go ostrzał cywilnych obiektów we Lwowie, to powie: "Będę walczył do końca!". Ale następnego dnia wstanie zmęczony i zobaczy w mediach społecznościowych ludzi bawiących się w knajpach Kijowa. Stwierdzi: "Pierd...lę, nie mam już siły. Chcę tylko, żeby wojna się skończyła. Muszę wrócić do rodziny i normalnego życia" - opowiada.
Mitkiewicz zastrzega jednak, że niektórzy jego koledzy z ukraińskiej armii nie mogą już wrócić do swoich rodzin. Bo ich żony wyjechały do innych krajów i tam ułożyły sobie życie na nowo. - To też działa na nich demobilizująco. Nie mogą motywować się myślą: „Walczę, by uratować swoją kobietę i dzieci przed Ruskimi". Czasem są zrezygnowani - tłumaczy polski ochotnik.
"Łatwiejsze" życie na wojnie. "Mam poczucie wolności"
Paradoksalnie, Piotrowi Mitkiewiczowi życie na froncie wydaje się łatwiejsze. Cel brzmi prosto: nie dać się zabić. - Może cię zaskoczę, ale tam mam poczucie wolności. Nie muszę martwić się biznesem, spłacaniem kredytów, wypełnianiem dokumentów. Nie mam też tych codziennych problemów, które mnożą się w związku i w kontaktach z innymi. Tam jestem szanowany. Mam dokoła siebie ludzi, którym ufam. Czuję się też rozumiany, a w Warszawie tego wojennego g...na, które przywożę w sobie, nikt nie pojmuje - mówi.
Przyjaźni się z żołnierzami, którym nieraz powierzał swoje życie, a oni jemu. Podtrzymują kontakt także po powrocie do domów. - Kumpel Amerykanin, z którym walczę na froncie, powtarza: "Jeśli będziesz mnie potrzebował, wsiadam w samolot i wieczorem jestem u ciebie". Mam poczucie, że to taka bezwarunkowa przyjaźń, która zostanie mi na zawsze. Niezależnie od tego, co się stanie, będziemy się wspierali - podkreśla.
- To prostsze niż miłość do kobiety? - pytam.
- Tak, bo z nią bywa różnie. Czasem się kończy. A męska przyjaźń nie stawia żadnych warunków i trwa do śmierci - stwierdza.
Gdy ta ostatnia przychodzi, Mitkiewicz płacze. - Niedawno wyjechałem z frontu, a wrócił tam mój kumpel, Irlandczyk z międzynarodowego legionu. Wcześniej, podczas wybuchu, miny stracił oko. Myślałem, że da już sobie spokój z wojną. Ale znów na nią pojechał. Zginął. W takich momentach łzy same lecą. A potem znów ruszam na front, bo myślę: gdybym tam był, to może mój przyjaciel by nie zginął. Może bym go uratował - opowiada mój rozmówca.
Świat wojny, w którym Polak czuje się pewnie. "Wrócić tam byłoby najprościej"
Mówi, że nie boi się o swoje życie i dzięki temu wytrzymał na wojnie przeszło dwa lata. Jednak podczas ostatniej misji, z której wrócił pod koniec wakacji, służył już nie na pierwszej linii frontu, tylko parę kilometrów od niego. - Pracowałem w obsłudze dronów. W bezpiecznym miejscu, bo nie wystawiamy się na widok radarów. Po prostu siedzisz w okopie, oglądasz stream i niszczysz pozycje wroga. Kiedyś to zajęcie wydawało mi się mało męskie. Teraz wiem, że w dzisiejszych realiach walki jest najbardziej efektywne - ocenia Piotr Mitkiewicz.
Gdy pytam, czy wróci jeszcze na front, odpowiada, że tak byłoby najłatwiej. Bo to czarno-biały świat, w którym czuje się pewnie z karabinem w ręku. W dodatku ma tam pewny zarobek w wysokości ok. 3 tys. dolarów (niecałe 12 tys. zł), które może przekazać żonie. - Ruszyć na wojnę byłoby najprościej, ale wiem, że wtedy moja rodzina by się rozpadła. Próbuję więc tutaj założyć firmę, która będzie montowała drony z elementami sztucznej inteligencji - stwierdza.
- Myślisz, że udało ci się skrócić tę wojnę choćby o sekundę? - pytam.
- Niestety, nie udało się. Dzisiaj myślę, że działania militarne jej nie skrócą. Wielu ukraińskich żołnierzy też tak się czuje. Z narażeniem życia odbijamy z rąk Rosjan 100 metrów kwadratowych ziemi, zajmujemy ich okop, po czym walczymy, by utrzymać pozycję, czy - jak to mówią Ukraińcy - dzierżymy posadkę. W ten sposób nie skracamy wojny ani o sekundę. Uniemożliwiamy tylko ludziom Putina zajmowanie kolejnych terenów. Rozumieją to nawet sami Rosjanie żyjący w Ukrainie. Wiedzą, że zabijam ich rodaków. Ale mają świadomość, że gdybyśmy przepuścili ich wojska, to one zniszczyłyby ich miasta, jak Bachmut czy Awdijiwkę. Oni też chcą zakończenia wojny - mówi.
- A jak to ma się stać? - dociekam.
- Państwa Zachodu muszą chcieć zakończyć ten konflikt. Dać pełne gwarancje bezpieczeństwa Ukrainie. Powiedzieć Rosji: "Jeżeli wrócicie na terytorium Ukrainy, to bezwzględnie odpowiemy". Ukraina pozostałaby w strefie Zachodu, a Rosja niestety zachowałaby jej tereny, które już zajęła. Dla mnie to najbardziej realny scenariusz na skrócenie wojny. Czyli polityka, nie moja walka - podsumowuje Piotr Mitkiewicz.
Źródło: TOK FM