,
Obserwuj
Polska

Zagroziła lekarzowi, że wyskoczy przez okno. "Ja pani otworzę"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
23.08.2025 18:04

"Powiedział mi, że już za późno, że już się nie da. Tak go prosiłam bardzo, jak tylko mogłam, ale on jak z kamienia. Gdy już wiedziałam, że mi nic nie pomoże, taka rozpacz mnie wzięła, że gotowam była życie sobie odebrać i gdy mu to powiedziałam to on powiedział »Proszę niech pani skacze przez okno, ja pani otworzę«. Och, gdybym mogła to bym go darła na paski" - pisze jedna z bohaterek książki "Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet" autorstwa Antoniny Tosiek.

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet" autorstwa Antoniny Tosiek, wydanej 30 lipca 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.

Jeśli znalazłaś/znalazłeś się w kryzysowej sytuacji lub wiesz o kimś, kto może potrzebować wsparcia i pomocy, możesz zadzwonić pod numer alarmowy 112, pod numer Kryzysowego Telefonu Zaufania 116 123 lub pod numer Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym 800 70 22 22. Do dyspozycji są również Młodzieżowy Telefon Zaufania pod numerem 116 111, a także Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka pod numerem 800 121 212. Pomocne informacje można znaleźć także na stronie "Życie warte jest rozmowy": www.zwjr.pl.

Osoby w kryzysie emocjonalnym potrzebujące pomocy mogą ją uzyskać pod całodobowym numerem telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży: 116 111 lub w całodobowym Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym: 800 702 222.

Osoby dorosłe potrzebujące pomocy po stracie bliskich mogą uzyskać wsparcie pod numerem telefonu: 800 108 108, czynnym od poniedziałku do piątku od godz. 14 do 20.

Dzieci i młodzież w żałobie mogą uzyskać wsparcie pod numerem telefonu: 800 111 123, czynnym od poniedziałku do piątku od godz. 12 do 18.

W razie zagrożenia życia należy dzwonić pod numer 112

"Gdybym mogła ją przerwać, ale kto? Gdzie? Do kogo się udać?"

W grudniu 1959 roku wprowadzono przepisy, które umożliwiały wykonanie zabiegu aborcyjnego jedynie na podstawie ustnego oświadczenia pacjentki dotyczącego jej trudnej sytuacji życiowej. Nowelizacja prawa zobowiązywała lekarzy i lekarki do włączenia takiego oświadczenia do dokumentacji medycznej, odczytania go na głos oraz uzyskania podpisu pacjentki. Mimo tego wiele kobiet, w tym te decydujące się na aborcję z powodów medycznych, a nawet z uwagi na bezpośrednie zagrożenie zdrowia, nadal doświadczało pogardliwego traktowania w ośrodkach zdrowia. Lekarze odnosili się do nich z wyższością, pozwalali sobie na otwartą krytykę. W przypadku kobiet wiejskich sytuację dodatkowo komplikowała ich silna zależność od autorytetu Kościoła, który nie tylko surowo potępiał aborcję, ale również stanowczo sprzeciwiał się wszelkim metodom kontroli urodzeń. W rezultacie wiele kobiet było zdanych na samotne poszukiwanie pomocy, rozdartych między koniecznością ochrony własnego zdrowia a strachem przed społecznym i religijnym napiętnowaniem. Brak wsparcia lokalnych instytucji sprawiał, że nawet w sytuacjach medycznej konieczności podejmowanie decyzji o zabiegu wiązało się z ogromnym stresem. Joanna Mishtal, analizując nieformalne działania Polek mające na celu omijanie restrykcyjnej kontroli nad prawami reprodukcyjnymi - kontroli sprawowanej w dużej mierze przez Kościół katolicki - określiła te działania mianem "nieoficjalnej biopolityki". Tak właśnie rozumiem również charakter zapisków pamiętnikarskich, których autorki zdecydowały się na opisanie swoich doświadczeń aborcyjnych: jako przykład strategii oporu wobec forsowanych przez Kościół zasad "zarządzania moralnością" (moral governance) kobiet. Nadsyłane teksty stanowiły swoiste akty sprzeciwu wobec zarządzania kobiecymi ciałami, odmawiania kobietom suwerenności w kwestiach reprodukcyjnych.

Zanim Alina dowiedziała się, że jest w kolejnej ciąży, chciała odejść od męża. Pobrali się na początku 1955 roku, a już w listopadzie 1957 Ala rodziła trzecie dziecko. Starsze córki rosły zdrowo. Syn umarł niecałe dwa miesiące po narodzinach, chociaż, jak pisała: "Nie chorował. Zaczął kaszleć poprzedniego dnia pod wieczór, a następnego dnia z rana umierał. Gdyby pomoc lekarska była natychmiast - nie umarłby. Trzeba było jeździć trzy razy do o 4 km odległego telefonu i wzywać pogotowie aż wreszcie przyjechało, ale już po zgonie Andrzejka". Zaraz po ślubie było im razem całkiem dobrze. Alina uważała, że mąż jest troskliwy i opiekuńczy, kilka razy nawet stanął w jej obronie, kiedy przesiedleńcy ze wschodu mówili o niej "niemra". A na punkcie komentarzy o polskości Alina była szczególnie wrażliwa, bo przecież nie po to jej ojciec walczył w powstaniach śląskich, żeby ktoś ją teraz wyzywał od hitlerowców. Potem zaczęły się awantury ("nawet rękoczyny") i zakazywanie żonie pracy poza domem. Alina nie chciała w tej sytuacji kolejnego dziecka, co w połączeniu ze zdiagnozowanym ryzykiem poronienia zmusiło ją do decyzji o zabiegu w lokalnym ośrodku. We fragmencie pamiętnika opatrzonym datą 16 kwietnia 1961 roku zapisała: "Wróciłam ze szpitala, byłam do przerwania ciąży. Ile człowiek musiał najeść się wstydu i upokorzeń ze strony personelu i pacjentów. Przyszłam z krwotokiem do szpitala i nie chciałam by utrzymać ciążę (lekarz zresztą stwierdził, że nie można by było utrzymać ciąży). Na drugi dzień przyszedł lekarz na salę, aby spisać personalia i przed pacjentami pytał czy przyszłam przerwać ciążę. Tłumaczyłam że mam krwotok. Lekarz powiedział: nie chce pani utrzymać ciąży, to znaczy, że chce pani przerwać. Było mi bardzo wstyd. Po co miały kobiety o tym wiedzieć, były to przeważnie takie, które nie są zdolne rodzić i bardzo religijne, na pozostałe trzy, które były do przerwania, patrzyły z dużą rezerwą. […] Chociaż to tajemnica służbowa, ginekolodzy wcale nie robią z tego tajemnicy. Przeciwnie, traktują te kobiety, jak coś gorszego, podlejszego. Dowiedziałam się od salowych, że ordynator tego oddziału nawet takiego zabiegu nie zrobi, bo jest katolikiem. Nie pójdę już nigdy do szpitala, gdybym miałam kiedyś przerwać ciążę. Wolę pójść prywatnie do lekarza, albo też do jakiejś babki".

"Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet", Antonina Tosiek
fot.

Wydawnictwo Czarne

Danka o swojej miłości do Staszka opowiadała niemal od samego początku pamiętnika. Notowała, kiedy ją odwiedzał, jak długo i o czym rozmawiali. Był od niej starszy, bardziej dojrzały, imponował śmiałością i poczuciem humoru. 10 kwietnia 1953 pisała: "Jestem szczęśliwa, już wiem napewno, że mnie Stasiu kocha i ja jego również. Wczoraj był u mnie, byłam sama i spędziliśmy bardzo miły wieczór. Uległam na jego prośbie i stałam się jego, jestem bardzo szczęśliwa, żeby tylko mnie nie zdradził. Tak bym pragnęła żeby zawsze był przy mnie". Miała dopiero siedemnaście lat, on ponad dwadzieścia, ale szalał za Danką równie mocno, co ona za nim, dlatego pomimo różnicy wieku postanowił prosić jej rodziców o zgodę na ślub. I co, pytali, ich córka ma rzucić szkołę, żeby iść w pieluchy i do garów? Poza tym przecież ślub cywilny będą mogli wziąć dopiero za kilkanaście miesięcy, kiedy Danka stanie się pełnoletnia. Dla młodych nic jednak nie stanowiło problemu. Ustalili, że wyproszą u miejscowego wikarego ślub kościelny, a na urząd poczekają. Danka i tak nie planowała kontynuowania nauki, nie uważała, żeby szkoła była potrzebna do pracy na gospodarce: "[…] bo po co mi to? Krowy wydoić i tak potrafię i świniakom dać jeść". Ślub wzięli w listopadzie 1953 roku, a ich pierwszy syn urodził się dokładnie, co do dnia, rok później. Mieszkali w rodzinnym domu Danki, mieli wspólnie z rodzicami zarządzać gospodarką. Ale pieniędzy ciągle brakowało, dlatego Staszek złapał dorywcze zajęcie w kamieniołomie koło Błażowej Dolnej. Rzadko bywał za dnia w domu, przestał pomagać przy dziecku i na roli. Danka chciała wynagrodzić rodzicom zgodę na wspólne mieszkanie, więc w polu pracowała i za siebie, i za niego. Zimą 1955 roku zaczęła odczuwać jednak coraz większe zmęczenie, potem doszły też nudności. Miejscowy lekarz potwierdził jej przypuszczenia: "3 grudzień. Już trzy miesiące nie zaglądałam do pamiętnika, ale jestem bardzo załamana. Znowu zaszłam w ciążę, a tak nie chciałam dziecka. Przynajmniej narazie, przecież synek skończył dopiero rok życia i tak go osierocę. Gdybym mogła ją przerwać, ale kto? gdzie? do kogo się udać?". 3 lutego dodała: "Zdaje mi się że o niczym innym nie jestem w stanie myśleć tylko o moim nieszczęściu. Postanowiłam iść do nowootwartego ośrodka zdrowia w Zabratówce, poradzić się w sprawie przerwania ciąży. To jeszcze urodzić dziecko to jest nic i chociaż i to straszne, ale wychować na człowieka i to na porządnego człowieka, zabezpieczyć mu byt, dać mu szczęśliwe dzieciństwo to jest problem do rozwiązania". Nie wiadomo, czy tamtejszy lekarz, kierując się na przykład swoim światopoglądem, wprowadził Dankę w błąd celowo, czy może po prostu wybitnie nie znał się na swojej pracy. Z uśmiechem uspokoił, że nic poważnego jej nie dolega i z pewnością nie jest w ciąży, zapisał jakieś zastrzyki, kilka pigułek na ból. Zastrzyki wstrzyknęła, pigułki połknęła, a już po kilku miesiącach na świat przyszło drugie dziecko, córka. Danka kochała męża, była młoda i zdrowa, więc seks uprawiali regularnie, a niestety o zabezpieczaniu się przed ciążą oboje wiedzieli bardzo niewiele: "W radiu mówią, w gazetach piszą o środkach antykoncepcyjnych, ale czy to prawda, czy można zaufać? Ja się wszystkiego już boję. Najlepiej byłoby zupełnie przerwać stosunki z mężem. Ale czy to możliwe, czy nie pójdzie za innymi?".

Ich syn miał trzy latka, córka dwa, kiedy Danka pisała w pamiętniku: „5 maj. I znów jestem w ciąży. O Boże czemu mnie tak karzesz. Chyba sobie życie odbiorę. Co ja biedna mam zrobić. Spróbuję przerwać żeby nie wiem ile kosztowało. […] 28 lipiec. Jestem zostawiona sama sobie ze swoim nieszczęściem. Wprawdzie byłam u ginekologa prywatnie. Ale jestem bardzo rozgoryczona na wszystkich lekarzy. To egoiści potwory. Powiedział mi, że już za późno, że już się nie da. Tak go prosiłam bardzo, jak tylko mogłam, ale on jak z kamienia. Gdy już wiedziałam, że mi nic nie pomoże, taka rozpacz mnie wzięła, że gotowam była życie sobie odebrać i gdy mu to powiedziałam to on powiedział »Proszę niech pani skacze przez okno, ja pani otworzę«. Och, gdybym mogła to bym go darła na paski. Podlec myślał, że nie byłabym zdolna tego zrobić, a ja żeby mi tylko dzieci żal nie było, to bym to w jednej chwili zrobiła”. Czwarte dziecko urodziła krótko po dwudziestych piątych urodzinach, w grudniu 1961 roku. Zapisała wtedy: „Tym razem mam wielki żal do męża, bo mógł być ostrożniejszy, ale ci mężczyźni patrzą tylko i myślą o sobie. Co ich obchodzi, że ktoś się męczy. Egoiści. Mój taki sam, nienawidzę go. […] Najlepiej byłoby się nie zbliżać. Ale któremu chłopu to wytłumaczysz. On ma swoje zdanie twierdząc: żeś na to kobieto stworzona". Na kolejnych stronach pamiętnika opisywała, jak z miesiąca na miesiąc pogarszały się ich sytuacja finansowa i relacje rodzinne. Staszek pracował od jakiegoś czasu przy dostawach wódki do okolicznych GS-ów, coraz częściej wracał do domu pijany i zupełnie przestał pomagać Dance przy dzieciach. Chociaż miał zawieźć ją na izbę porodową, upił się także, kiedy zaczęła rodzić ich najmłodszego syna. W ostatnim wpisie, z marca 1962 roku, wskazywała, że największe tragedie w jej życiu - oraz w życiu znanych jej kobiet wiejskich - wynikały przede wszystkim z "pijaństwa i wielodzietności".

Posłuchaj: