Nurkował z prędkością 1100 km/h i wylądował. Ten pechowiec to bohater, o którym mało się mówi
Ten incydent zszokował świat: drugi pilot zaatakował kapitana samolotu linii FlyDubai lecącego z Dubaju do Tel Awiwu. Próbę rozbicia samolotu udaremnili zaatakowany kapitan, pasażerowie, druga załoga lecąca na zmianę oraz mocarna maszyna, która wytrzymała lot nurkowy z prędkością 1100 km/h. Jak ten incydent wpłynie na odradzający się ruch lotniczy na Bliskim Wschodzie, zamrożony po wybuchu wojny w Iranie?
Z tego podcastu dowiesz się:
- O chwilach grozy w samolocie FlyDubai lecącym z Dubaju do Tel Awiwu;
- Dlaczego do tego mogło dojść - gdzie są dziury w systemach bezpieczeństwa, a jest ich sporo;
- I jak to wpłynie na bliskowschodni rynek lotniczy, powoli wracający do normalności po wybuchu wojny w Iranie.
Ten odcinek zacznie się na przelotowej wysokości około 11 kilometrów nad ziemią. W samolocie Boeing 737 Max linii FlyDubai, który leci ze standardową prędkością około 800-set kilometrów na godzinę, wykonując trasę z Dubaju do Tel Awiwu. Większość pasażerów to Izraelczycy, samolot jest emiracki, piloci pochodzą z Indii i Omanu. Dwie i pół godziny podróży mija jak zwykle mijają takie loty, czyli nic ciekawego. Do lądowania zostaje niewiele.Gdy nagle z przodu samolotu słychać krzyki, maszyna wchodzi w lot nurkowy, przez chwilę się wznosi, by potem znów pędzić w dół. W 90 sekund spada około 6 kilometrów. W najgorszym momencie zbliża się do powierzchni ziemi z prędkością ponad 1100 kilometrów na godzinę. To więcej, niż prędkość uznana przez producenta za dopuszczalną, przy takim pędzie ma prawo się rozpaść.
W końcu Boeing 737 Max wyrównuje lot. Zmienia kurs. Ląduje na lotnisku w Tabuku w Arabii Saudyjskiej. Skondensowana opowieść o tym, co wydarzyło się na pokładzie lotu 1073 trwała w tym odcinku kilkadziesiąt sekund. Ale jej przebieg i powody, dla których mogła zakończyć się tragicznie, zmienią branżę lotniczą na zawsze.
Ten incydent zmieni branżę lotniczą na zawsze
W akcie terroru drugi pilot zaatakował kapitana toporkiem z wyposażenia kabiny pilotów, przejął kontrolę nad maszyną i chciał go rozbić prawdopodobnie na terenie Izraela. Samolot uratował pierwszy pilot, który ciężko ranny zdołał otworzyć zaryglowane od wewnątrz drzwi kokpitu i wezwać pomoc, dzielni pasażerowie, którzy obezwładnili szaleńca. I druga załoga, która znalazła się na pokładzie, bo miała wymienić pierwszą na lotnisku w Tel Awiwie.Po dramatycznych wydarzeniach w powietrzu lot zakończył się szczęśliwie w Tabuku. Ale dla branży lotniczej sprawa lotu 1073 dopiero się zaczęła. Bo od momentu lądowania śledczy, linie lotnicze i producenci samolotów badają jego przebieg sekunda po sekundzie. I niemal na każdym etapie znajdują coś, co trzeba będzie zmienić. A to w branży oznacza czas i pieniądze. Prześledźmy więc ten lot jeszcze raz. Tym razem bardzo dokładnie. Razem ze śledczymi. Od chwili, gdy drugi pilot pokonał lotniskowe bramki, do momenty, gdy samolot dotknął ziemi setki kilometrów od miejsca docelowego.Po pierwsze: wejście na pokład. Załogi nie przechodzą drobiazgowej kontroli bezpieczeństwa, korzystają z osobnych bramek. To - teoretycznie - pierwszy etap, gdy coś może pójść nie tak. W przypadku lotu 1073 niebezpiecznej broni nie trzeba było wnosić. Toporek użyty przez drugiego pilota do ataku, wisiał w kokpicie. Ma służyć do wybicia szyby lub wycięcia wyjścia przez poszycie w razie katastrofy.
Po drugie: identyfikacja pilota. Teoretycznie na trasach do Izraela nie mogą latać załogi z państw, z którymi kraj ten nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych, na przykład z Omanu. Pilot-terrorysta to Omańczyk. Na dodatek podejrzewany wcześniej u siebie w kraju o radykalne poglądy religijne. Jak znalazł się w załodze lecącej do Tel Awiwu? Za kontrolę narodowości załóg odpowiadają linie lotnicze. Najwyraźniej wyłącznie na papierze.Po trzecie: odpowiedź na pytanie: co pilot ma w głowie. Sprawdzanie, czy ma po kolei stało się w branży koniecznością, po roku 2015, gdy drugi pilot Germanwings zamknął się sam w kokpicie i rozbił samolot w Alpach francuskich. Zginęło wtedy 150 osób. Po tej katastrofie zaostrzono zasady - rygorystyczne testy dla kandydatów na pilotów, a potem regularne badania. Można też zgłosić kolegę-pilota, jeśli zdaje się być zagrożeniem. W teorii - system idealny. W praktyce - fikcja. Piloci anonimowo mówią mediom, że badania to głównie samoocena. Kto ich nie przejdzie - traci licencję. Kto zatem doniesie sam na siebie? Dlatego analitycy zajmujący się branżą są w tym miejscu zgodni - wydarzenia na pokładzie FlyDubai skończą się zmianami: w testowaniu oraz weryfikacji załóg i dostępie do sterów, gdy w kokpicie są tylko dwaj piloci. Tyle o ludziach.
O tym bohaterze mało się mówi
Teraz jeszcze jeden bohater, o którym mało się mówi: sama maszyna. W czasie nurkowania Boeing rozpędził się do mniej więcej 1100 kilometrów na godzinę, czyli blisko prędkości dźwięku na tej wysokości. Powyżej maksymalnej prędkości operacyjnej. Prędkość tę przekroczył o 10 procent, stracił część steru kierunku i mimo to - wylądował. Globalne pochwały zebrał model Boeinga uznawany ostatnio za symbol jego produkcyjnych kłopotów. Na koniec rynek. Bo do dramatycznych wydarzeń na pokładzie FlyDubai doszło w chwili, gdy branża wróciła do normy po wybuchu wojny w Zatoce Perskiej.Na regionalnych trasach znów regularnie latają linie z Zatoki Perskiej, wrócili pasażerowie tranzytowi. Czy przypadek lotu 1073 zakłóci ten powrót do normalności - zależy od wyników śledztwa. I od tego czy i co przemysł pasażerski zrobi, by nie wydarzył się znowu. Bo FlyDubai zawdzięcza szczęśliwe zakończenie bohaterskiemu pilotowi, dzielnym pasażerom, zapasowej załodze i twardej maszynie. Szczęśliwym zbiegom okoliczności na których nie może polegać...Źródło: TOK FM