Polski nauczyciel pracuje w markecie na Islandii. "Nie zamierzam wracać"
- Kiedy napisałem wypowiedzenie z pracy, w której w teorii mógłbym zostać do emerytury, z wychowawstwem, dodatkami i nadgodzinami było to około 4,3 tys. zł miesięcznie. Śmieszne pieniądze - mówi w rozmowie z tokfm.pl Jarosław Czechowicz. Były nauczyciel z niemal 20-letnim doświadczeniem opowiada, ile teraz zarabia i jak żyje na Islandii.
>> Artykuł został opublikowany na tokfm.pl w listopadzie 2024 roku i był jednym z najchętniej czytanych tekstów. Przypominamy go z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Materiał nie stracił na aktualności <<
Po blisko 20 latach pracy rzuciłeś nie tylko robotę w szkole, ale też kraj. A teraz co?
Rzuciłem. Miałem dobrą pracę, ale wyjątkowo źle płatną w stosunku do obowiązków i odpowiedzialności. Przez prawie dwie dekady pracowałem z fantastycznymi ludźmi i świetnymi dzieciakami w Szkole Podstawowej nr 117 w Krakowie, aktualnie to Zespół Szkolno-Przedszkolny nr 19. Mieszkałem w kraju, w którym czułem się w miarę dobrze, ale tylko kilka miesięcy w roku, kiedy było chłodno. Poza tym miałem wrażenie, że stoję w miejscu. Zatem teraz Islandia, ukochane przeze mnie niskie temperatury przez cały rok i... praca w markecie.
Co dokładnie robisz?
Pracuję w Nettó, to jeden z islandzkich marketów, duńska sieciówka, w Polsce zresztą też są ich sklepy. Nie pracuję tylko przy kasie. Zajmuję się też piekarnią - w weekendy, układam produkty na półkach, robię zamówienia - na razie tylko na dwie rzeczy. Jestem tam dopiero cztery miesiące, ale już mogę powiedzieć, że bardzo to lubię. Daję tam z siebie wszystko i widzę, że jest to zauważane.
Dlaczego w ogóle Islandia?
Bo kocham tę wyspę. Miałem w Polsce całkiem stabilne i wygodne życie, bo były też możliwości, by dorobić do nauczycielskiego etatu. Tutaj jest o wiele gorzej, a bywało nawet tragicznie finansowo. Ale codzienny widok, gdy jadę do pracy, rekompensuje mi wszystko. Zamieszkałem na prowincji, na islandzkich Fiordach Zachodnich. Tu wszędzie jest tak pięknie, że każdego dnia umieram z zachwytu. Dla tej miłości jestem gotów na wszelkie wyrzeczenia. Przede wszystkim pożegnanie ze stabilnością finansową i wygodą.
Jak długo nosiłeś się z decyzją?
Historia sięga roku 2012. To wtedy zacząłem oglądać zdjęcia z Islandii. Zachwycał mnie ten niepowtarzalny krajobraz, który wielu nazywa księżycowym. Islandia fascynowała mnie także literacko. Przeczytałem sporo islandzkich książek, głównie w znakomitym tłumaczeniu Jacka Godka. Widziałem, że jest w tej surowej pustce coś, co mnie pociąga. I w końcu przyciągnęło do siebie.
Po raz pierwszy poleciałem do Islandii w 2016 roku. To były oszałamiające dwa tygodnie, zobaczyłem naprawdę wiele. I już wtedy czułem, że to moja ziemia, że muszę tu wrócić. Może niekoniecznie zamieszkać, lecz wrócić na pewno. Wracałem turystycznie jeszcze trzy razy. Potem powiedziałem sobie "dość" i zdecydowałem, że przeniosę się na Islandię na stałe.
Przyleciałeś w ciemno czy na gotowe?
Dopiero teraz dociera do mnie, za jakiego wariata mogli mieć mnie ludzie w Polsce i ci żyjący na Islandii. Widzieli przecież, że przylatuję bez nagranej pracy, bez mieszkania na dłużej niż dwa miesiące, bez prawa jazdy, bez żadnej znajomości języka islandzkiego. A jednak sobie poradziłem. Znalazłem pracę, udało mi się wynająć dom, w dwa miesiące zrobiłem prawo jazdy i mam już przejechane tysiące kilometrów ukochaną hondą o imieniu Marilyn. A od jakiegoś czasu potrafię też po islandzku załatwić sprawy w restauracji, aptece, banku czy urzędzie.
Co też ciekawe, zdecydowałeś się na życiową rewolucję po 40-tce.
Prawda? W tym wieku już każdy dąży do tego, żeby mieć ten przewidywalny tydzień, miesiąc, rok, sporo na plusie na koncie, własny dom, rodzinę... Tak zwane spokojne życie. U mnie było za spokojnie. Poza siostrą, szwagrem i siostrzenicą nie mam w Polsce żadnej rodziny. Żyłem sam i tak samo żyję na Islandii. Z tego powodu może łatwiej było o tę życiową rewolucję. Nie wiem, co mnie tak gnało do zmian. Wmawiam sobie, że zorza polarna, którą zobaczyłem w całym majestacie podczas wizyty w północnej Norwegii w 2021 roku, w którym to miejscu osadziłem akcję mojej ostatniej powieści "Ciosy". Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Pamiętam, że - lecąc wtedy do Polski - pomyślałem o tym, że spotkanie z zorzą było jakimś symbolicznym początkiem. Że nudzę się, żyjąc przewidywalnie. I że nie żyję w miejscu, które obdarzyłem miłością. Mimo całego komfortu codziennego życia nie jestem szczęśliwy.
I to dlatego rzuciłeś też robotę w szkole?
Wspomniałem ci już o kiepskich zarobkach, ale powiedziałem też o tym, że miałem możliwości, by dorobić, więc miałem całkiem przyzwoity miesięczny dochód. Na przykład na to, by latać sobie po krajach nordyckich i zwiedzać. Ale jeśli chodzi o szkołę, to rosło we mnie rozgoryczenie połączone z frustracją od czasu, kiedy po wielkim strajku nauczycielskim w 2019 roku państwo i społeczeństwo pokazało nam dobitnie, że nikt się z nami nie liczy. Przegraliśmy w tym strajku także tym, że jako środowisko nie byliśmy solidarni. Pamiętam, jak kolejne szkoły wykruszały się dzień po dniu, choć my trwaliśmy w nim do końca - mimo zabranych miesięcznych poborów, co miało nas zniechęcać. Pamiętam też determinację w naszej szkole. Koleżanki przychodziły ze swoimi dziećmi, które też wtedy miały zamknięte szkoły. Mogły wziąć zwolnienia lekarskie, lecz były z nami, tracąc pieniądze. Zatem potem powrót do tablic i świadomość tego, jak boli przegrana. Robiłem swoje, ale smutek pozostał. I przekonanie, że nic się nie zmieni. Rządy PiS dla edukacji były czasem terroru.
Wracając do kwestii finansowych, to ile wyciągałeś na rękę jako nauczyciel?
Kiedy napisałem wypowiedzenie z pracy, w której w teorii mógłbym zostać do emerytury, z wychowawstwem, dodatkami i nadgodzinami było to około 4,3 tys. zł miesięcznie. Śmieszne pieniądze. Nie śledzę tego, co się zmieniło po wyborach, ale natrafiłem gdzieś na informację, że teraz nauczyciel z moim statusem ma niecały tysiąc więcej. Biorąc pod uwagę wzrost cen w Polsce, odkąd wyjechałem, to wciąż są pieniądze, które są tragicznie śmieszne.
Media w Polsce donosiły też nie tak dawno: zarobki w Biedronce wyższe niż pensja nauczyciela.
To jakaś paranoja. Sam wiem teraz, że praca w markecie jest trudna i wyczerpująca, a wszystkim pracującym tak jak ja należą się godziwe zarobki. Nie mam na myśli tego, że praca nauczyciela jest w jakiś sposób lepsza, lecz na pewno stawki powinny się różnić. Do szkoły idą ludzie, którzy niejednokrotnie zainwestowali pieniądze w wykształcenie, mają skończone liczne kursy z predyspozycjami do pracy z dziećmi i młodzieżą z różnymi deficytami. I dostają mniej niż pracownik supermarketu? Przecież to chore, żeby wypłata na etacie w markecie za pracę fizyczną była wyższa niż po zdobyciu kilku stopni awansu zawodowego i przepracowaniu w wymagającym zawodzie kilkunastu lat. Poza tym młody nauczyciel, który poświęca drugie tyle czasu pracy, bo musi przygotować każdą nową dla niego lekcję, otrzymuje mniej niż ktoś, kto przyszedł pracować do sklepu ot tak. I po pracy z niego wychodzi, zajmuje się życiem, a nie przygotowuje się do obowiązków na kolejne dni i tygodnie.
To ile powinien w takim razie zarabiać nauczyciel w Polsce? A ile pracownik przy kasie?
Poznałem oba te zawody i każdy powinien być godziwie wynagradzany. Nie może być jednak tak chorych dysproporcji jak w Polsce. Zakładam, że nauczyciel zaczynający pracę w Polsce powinien otrzymywać wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego, czyli tego, który ma już dużo doświadczenia i lat pracy za sobą, czyli około 4 tys. zł netto. To jest trochę wstyd, gdy w Polsce nauczyciel nie ma z czego zapłacić hydraulikowi, który naprawia mu rurę w łazience i za godzinę pracy weźmie tygodniową kwotę poborów nauczyciela.
Dla porównania: ile zarabia nauczyciel na Islandii?
Ma bardzo dobre pieniądze, zdecydowanie powyżej pół miliona koron miesięcznie (14,5 tys. zł - red.). To prestiżowy zawód. Jednocześnie to Islandia nauczyła mnie, że nie ma lepszej czy gorszej pracy. Tu dyrektor firmy i sprzątaczka są sobie równi. Oczywiście zarabiają całkiem inne kwoty, ale nie jest tak, że dyrektor czuje wyższość nad sprzątaczką. Jeśli pracujesz, gdziekolwiek, to wspaniale. Dajesz coś od siebie temu małemu społeczeństwu i krajowi. Inna rzecz, że przepaście finansowe w zarobkach są i tutaj.
Powszechnie wiadomo: obcokrajowcy zarabiają mniej niż Islandczycy.
Nie będę się wypowiadał w niczyim imieniu. Zastanawia mnie jedynie, co robią na tej zimnej wyspie Polacy, którzy nie uwielbiają jej tak jak ja? Bo jakbym wyemigrował, ciągle harował i nic z życia dla siebie nie miał, to przynajmniej wybrałbym miejsce, gdzie jest trochę cieplej, mniej wieje, zimą dzień trwa dłużej niż godzinę i gdzie po prostu byłoby więcej możliwości pracy. Bo ja wybrałem świadomie, ponoszę tego wszelkie konsekwencje i mimo wielu trudności, także finansowych, wciąż uważam, że wreszcie mogę mówić "jestem w domu".
Zdradzisz, ile zarabiasz teraz?
Nie jest źle. To znaczy w porównaniu z poprzednią pracą. Tym bardziej, że mam pięć dni pracy, dwa dni weekendu. Tyle tylko, że mój weekend to poniedziałki i wtorki. Trzy razy po osiem godzin i dwa dni sześć. W ten prawdziwy weekend płacą oczywiście lepiej, ale w sumie nie wychodzi to jakoś imponująco finansowo przy wypłacie. To wciąż stawka zbliżona do najniższej islandzkiej krajowej.
Czyli szału nie ma, bo najniższa krajowa pensja na Islandii to około 360 tys. koron na rękę (10,4 tys. zł).
Oczywiście, że nie ma. Ale nie chodzi mi o pieniądze, aczkolwiek utrzymać się samemu w Islandii jest bardzo trudno. Właściwie to jedynie spinam pierwszy z pierwszym, nie mam już żadnych oszczędności, pieniędzy na czarną godzinę. Muszę więc jakoś przetrwać za te 400 tysięcy koron islandzkich (11,6 tys. zł) z dodatkiem urlopowym, bo nie mam wyjścia. Może w stolicy, w regionie stołecznym, miałbym większe możliwości i wyższe wypłaty. A może wcale nie. Tak czy owak mieszkam i żyję na islandzkiej prowincji. Dokładnie tu, gdzie chciałem żyć. Udało mi się wynająć dom tylko dla siebie, mam dobry samochód, staram się niczego sobie nie odmawiać. Tego byś chyba nie miała w Polsce tylko na etacie w markecie?
Starasz się nadal dorabiać z Polski?
Tak - już wcześniej współpracowałem komercyjnie z wydawnictwami, prowadziłem kursy kreatywnego pisania, recenzowałem książki, redagowałem je. Ale odprowadzam podatki już na Islandii, co jest problematyczne dla zleceniodawców, w związku z tym za dużo sobie z ojczyzny nie dorobię. Jeśli ktoś chce tu przyjechać na sezon albo krótszy czas, a potem wrócić z zarobkami w koronach przeliczonymi na złotówki - owszem, może być królem życia w Polsce. Jednak ja tu zostaję i muszę się mierzyć z wieloma wyzwaniami. Islandia nie jest krajem dla każdego. Nie każdy musi dojeżdżać 50 km w obie strony do pracy w zimowych warunkach, które trwają pół roku. Ale mi to nie przeszkadza. To jest mój wybór. Natomiast z tym, co wybieram, nie mam możliwości dorobienia się w Islandii czegokolwiek więcej niż budżet na przetrwanie miesiąca.
Co jest najdroższe?
Gotowe jedzenie, a ja nie umiem gotować i nie mam na to czasu. Po drugie: wynajem mieszkania, choć trafiłem jak w totolotka. Mieszkam w zasadzie jak król za kwotę, którą na przykład w Reykjaviku płaci się za mały pokój. Mój wynajmujący właściwie nic na mnie nie zarabia. Ten cudowny człowiek oddał mi pod opiekę dom, a z pieniędzy ode mnie po prostu spłaca ratę hipoteki.
Myślę też, że mamy wyższe opłaty, bo na Fiordach Zachodnich nie ma źródeł geotermalnych; płacimy grube pieniądze za ogrzewanie domów i ciepłą wodę.
Masz jednak poczucie bezpieczeństwa?
Finansowego może nie, ale egzystencjalne poczucie bezpieczeństwa w Islandii to coś niesamowitego. I choć coraz więcej tu przemocy i niepokojących zdarzeń, to jednak na Fiordach Zachodnich wciąż jest tak, jak było dawniej w całej Islandii - wiele osób nie zamyka domów czy samochodów. Na co dzień czuje się absolutnie bezpiecznie. Dodatkowo w każdym zawodzie należysz do związków zawodowych, które dbają o twoje prawa. Inna rzecz, że związki dofinansowują ci też sporo rzeczy - siłownię, piekielnie drogie wizyty u dentysty, częściowo zwracają za kurs prawa jazdy. Można też ze związków tanio wynająć domki letniskowe.
A co ci najbardziej tam odpowiada?
Święty spokój. Nie dość, że jest tu mnóstwo bezludnej przestrzeni, która łączy góry i morze, to również Islandczycy są niczym te skały i fiordy wokół - milczący, dyskretni, nieoceniający, nieinwazyjni. Daleko mi jeszcze do tego, by zrozumieć islandzką naturę, jednak ucząc się języka i stopniowo zaczynając się w nim komunikować, wchodzę w bliższy kontakt z Islandczykami. Ludźmi, którzy nigdy nie dążą do konfliktów. Mogą sobie coś tam o tobie mówić za plecami, jednak nigdy nie zrobią ci krzywdy. Nie oceniają twojego życia, nie sugerują, co masz z nim zrobić. Wśród Islandczyków żyje się w harmonii. Moja wioska to przestrzeń pełna pozytywnych ludzi. Żyjemy bez firanek w oknach, a i tak sobie do nich nie zaglądamy.
Natomiast to, co jest najcenniejsze, to chłód. Tego lata nie było nawet piętnastu stopni. A ja uświadomiłem sobie, że uwielbiam mieszkać w lodówce. Co jest też znakomite dla mojego organizmu - zrobiłem badania i okazało się, że jestem w znacznie lepszej kondycji fizycznej niż w Polsce.
Islandia słynie z kilku rzeczy: wysokie podatki i wspomniany przez ciebie drogi wynajem to jedne z nich. Jak to wygląda w praktyce?
Co do cen wynajmu - idzie to w bardzo złą stronę. Jeśli masz wynajmować pokój w mieszkaniu dzielonym w stolicy z pięcioma osobami i wydajesz na to czasem ponad połowę wypłaty, to coś już jest bardzo nie tak.
Tak, także podatki są bardzo wysokie, w progach w zależności od dochodu, powyżej 30 procent. Tak samo zresztą jak mandaty, więc lepiej uważać, by nie przekroczyć dozwolonych 90 kilometrów na godzinę. Tym bardziej, że policja może się pojawić znikąd. Co też ciekawe, w kraju, który zupełnie nie ma powiązań z instytucją Kościoła - jak Polska, z automatu po otrzymaniu pierwszej wypłaty masz odprowadzaną kwotę podatku właśnie na Kościół. Oczywiście można to zmienić, więc zmieniłem natychmiast i zamiast tego płacę na organizacje charytatywne. Ale znam takich, którzy przez lata o tym nie wiedzieli i byli w szoku, kiedy im powiedziałem.
Islandczycy godzą się na wysokie podatki?
Sporo z tego mimo wszystko do nas wraca - tu na przykład starość nie jest czasem umierania w biedzie. Nawet z minimalną emeryturą otrzymasz godziwe warunki w domu opieki wraz z małym kieszonkowym i możliwością wielu rozrywek. A sporo niestety idzie na socjal dla tych, którzy są zdrowi i po prostu nie chce im się pracować.
A co najbardziej uwiera ci teraz na wyspie?
Absolutnie nic, bo Islandia jako wyspa jest dla mnie rajem. W państwie mnie uwiera. Na przykład dramatyczna kondycja służby zdrowia. Tu nie ma czegoś takiego jak prywatne praktyki lekarskie. Tu, gdzie mieszkam, nie ma w zasadzie żadnych lekarzy specjalistów. Wszystkie poważniejsze schorzenia leczy się w Reykjaviku. Ponadto płacisz 500 koron za każdą zwyczajną wizytę lekarską, choć przecież płacisz z tych wysokich podatków na islandzką służbę zdrowia. Inna rzecz, że przeraża mnie czasem myśl, co się stanie, jak kiedyś w środku zimy dostanę zawału czy udaru. Nikt nie przyjedzie do mojej wioski w fatalnych warunkach drogowych albo gdy droga jest zamknięta. Na szczęście jestem zdrowy i silny.
Działa też na szczęście elektroniczny system, w którym na przykład przedłużysz sobie receptę jednym kliknięciem. Podoba mi się również to, że Islandia płaci za leczenie czy zabiegi, których nie można wykonać na wyspie, zwracając wszystkie koszty zrobienia tego za granicą, z przelotem włącznie.
Czyli co, Islandia na zawsze?
Tak, tym bardziej, że tak nazywa się po islandzku moje instagramowe konto: "Islandia na zawsze". I to "na zawsze" mam mocno wgrane w podświadomości. Nie tęsknię za Polską. Wyjechałem stamtąd i nie zamierzam wracać. Nawet na krótko. Mój dom to surowość oraz pustka Fiordów Zachodnich. To idealny rejon dla samotnika, introwertyka, trochę też egocentryka, jakim jestem. Wielu ludzi irytuję, bo nie jestem spójny w emigracyjnej narracji. A ja to nazywam emigracyjnym rozwojem. Coś mi przeszkadzało, ale już nie przeszkadza. Albo zaczęło, a wcześniej nie uwierało. Codziennie zdobywam nowe doświadczenia. Zmieniam zdanie na jakiś temat. Uczę się Islandii, ale także siebie na wyspie.
Część Polaków mówi wprost: nie uda ci się, bo nie masz islandzkich korzeni i nadal nie mówisz po islandzku.
Ale im więcej umiem po islandzku, tym więcej furtek się przede mną otwiera. Przede wszystkim by poznać Islandczyków, choć są to ludzie, który sprawy naprawdę prywatne pozostawiają sobie lub w rodzinie. Język islandzki to podstawa na prowincji i teraz wiem, jakim idiotą byłem, próbując lepiej opanować język angielski przed przyjazdem tutaj, bo przecież wszyscy na Islandii mówią płynnie po angielsku. No więc nie mówią. Nie na prowincji. Albo mogą mówić, bo znają podstawy tego języka, ale nie chcą. Są u siebie. Mówią po islandzku.
W myśl zasady: chcesz tu żyć i naprawdę być częścią tego społeczeństwa, ucz się języka.
Robię to, choć idzie bardzo opornie. Nie mam za grosz lingwistycznego talentu, a poza tym to bardzo trudny język, choć piękny, uwielbiam go słuchać. Natomiast w swojej pracy poznaję coraz więcej lokalsów i to bardzo miłe, gdy czasem ktoś powie do mnie "blessaður", a nie po prostu "dzień dobry", czyli "góðan daginn", bo forma "blessaður" przeznaczona jest dla kogoś bliskiego, zaufanego, kogo darzy się większą sympatią. Ja, obcokrajowiec, który przecież nigdy nie będzie Islandczykiem, po niecałych dwóch latach pobytu tutaj, słyszy czasem takie przywitanie.
Świetne jest też to, że relacje nawiązane tutaj są trwałe. Ludzie są bardziej otwarci, szczerzy, zawsze gotowi do pomocy.
Jednak nie dla ludzi tutaj przyjechałeś…
… i nie przejmuję się ich opiniami o mnie oraz mojej drodze emigracyjnej. Zakładam, że jest to kraj, w którym się zestarzeję i umrę szczęśliwy. Bo jestem szczęśliwy i osiągnąłem to wszystko tylko dzięki determinacji. Będzie dobrze. Zostaję tutaj. Jestem u siebie.