Rosyjski ferment na Bałtyku. "Chodzi o to, by sprowokować incydent". Kto najbardziej zagrożony?
Projekt uchwały w sprawie korekty granic morskich Rosji z Finlandią i Litwą na Morzu Bałtyckim zgłosił rosyjski resort obrony. O co chodzi w tym pomyśle? Zdaniem Anny Marii Dyner mamy do czynienia działaniem, które ma zasiać ferment. Jak mówiła w TOK FM ekspertka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, w projekcie nie wskazano nawet punktów, na których Rosja chce oprzeć zmiany, czyli nawet trudno stwierdzić, o jakie zmiany chodzi.
Gościni "Połączenia" wyjaśniła, że brakujące w dokumencie punkty, to miejsca na lądzie, od których liczona jest długość szelfu kontynentalnego, morza wewnętrznego i strefy ekonomicznej. - Rosjanie uznali, że punkty, na podstawie których granica w ramach Morza Bałtyckiego została wyznaczona w 1985 r. się zmieniły - tłumaczyła na antenie. Nowe punkty oznaczają przesunięcie granic z Finlandią, państwami bałtyckimi (przede wszystkim z Litwą, bo chodzi o Mierzeję Kurońską) oraz z Polską.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Rosja chce zmieniać granice. Czy są szanse na zrealizowanie tego pomysłu?
Dyner, komentując pomysł Rosjan, podkreśliła, że jednostronne przeprowadzenie zmian nie jest proste.
- Tyle że to nie jest takie łatwe, żeby to ogłosić tylko i wyłącznie jednostronnie - zauważyła gościni TOK FM. Co prawda Rosjanie zadeklarowali też, że złożą do Narodów Zjednoczonych informację o tym najwcześniej w 2025 r., ale w grę wchodzi Konwencja o Prawie Morza, której Rosja też jest stroną. - Zgodnie z art. 83 tejże konwencji, jeżeli właśnie państwa, które sąsiadują ze sobą, nie są w stanie uzgodnić przebiegu linii granicznej, to w grę wchodzi sąd międzynarodowy. Uważam, że jeżeli Rosjanie nie ustąpią, nie będą w stanie załatwić tego w negocjacjach dyplomatycznych, to wszystko skończy się w arbitrażu to w grę - oceniła ekspertka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Po co w ogóle Rosja zaczęła rozgrywkę o granice na Bałtyku? Zdaniem rozmówczyni Jakuba Janiszewskiego chodzi o sianie fermentu i możliwość zagrania na nosie państwom NATO, czyli wszystkim krajom, które straciłby na rzecz Rosji. Moskwie chodzi też o to, żeby pokazać, że Bałtyk nie jest 'wewnętrznym morzem NATO'. - Chodzi o to, żeby sprowokować jakiś incydent - teoretycznie, z perspektywy Rosji - na jej wodach terytorialnych - dodała.
Rosja ma plany na nowe granice na Bałtyku. Wojsko w tle
Gościni TOK FM nie ma wątpliwości, że pomysł Moskwy ma służyć przede wszystkim wojsku. - Uczciwie mówiąc i znając ich, podejrzewam, że przede wszystkim będą chcieli zabezpieczyć wejście do Petersburga, do Ust-Ługi, to jest jeden z kluczowych portów. I zwiększyć kontrolę nad Mierzeją Kurońską - wyliczała.
Dyner powtórzyła, że rosyjskie plany raczej nie mają szans na realizację. - Na gruncie prawa międzynarodowego to się nie uda - przekonywała.
Nowy pomysł Rosji w sprawie Morza Bałtyckiego rodzi też realne zagrożenia. Bo - jak mówiła rozmówczyni Jakuba Janiszewskiego - trzeba liczyć się z aktami sabotażu i dywersji. Szczególne w wypadku infrastruktury podmorskiej łączącej Finlandię z państwami bałtyckimi.
- Rozmawiamy o Zatoce Fińskiej, która jest stosunkowo wąska. Tamtędy idą kable energetyczne, światłowody, inna infrastruktura podwodna - wyliczała ekspertka, dodając, że to właśnie może być pole do prowokacji. - To może być próba zagrania, przesunięcia granicy na tyle, żeby stwierdzić, że jakiś kabel czy jakaś rura jest już na terenie Federacji Rosyjskiej - podsumowała.