Nowy wiceprezydent USA atakuje Europę. To próba "legitymizacji tej administracji"
- Przemówienie wiceprezydenta USA J.D.Vance'a podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium było ostrym atakiem na Europę;
- Wojciech Lorenz tłumaczył w TOK FM, że to zwiastun zmian politycznych w USA, które z pewnością potrwają dłużej niż kadencja Donalda Trumpa;
- Amerykańskie władze oskarżają Europę o odejście od zasad demokracji i uważają to, za równie duże zagrożenie, co działania Rosji czy Chin;
- Chodzi o skrajnie populistyczne ugrupowania i ich traktowanie przez innych. Amerykanie nie rozumieją tu naszych doświadczeń z faszyzmem i nazizmem.
W Monachium od piątku trwa 61. edycja Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, w której uczestniczy ponad 60 szefów państw i rządów oraz ponad 100 ministrów. Duże kontrowersje wzbudził wiceprezydent USA J.D. Vance, który swoje wystąpienie w całości poświęcił ostrej krytyce europejskiej demokracji. - To przemówienie powinno uświadomić Europejczykom, że mamy do czynienia w Stanach Zjednoczonych ze zmianą polityczną, która będzie miała konsekwencje nie przez kolejne 4 lata prezydentury Trumpa, ale prawdopodobnie przez kolejnych kilkanaście, jak nie więcej, lat - mówił gość "Poranku Radia TOK FM - Weekend", Wojciech Lorenz z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. - To, że Trump wygrał w 2016 roku wybory, jeszcze mogło być postrzegane jako przypadek, natomiast to, że wygrał je po raz kolejny po krótkiej przerwie, jest jasnym sygnałem, że zaszła zmiana w amerykańskim społeczeństwie - tłumaczył gość Piotra Jaśkowiaka.
Dopuścić populistów
Jego zdaniem w USA zaczyna dominować myślenie "populistyczno-izolacjonistyczne" - Przywracanie wielkości Ameryce, Ameryka na pierwszym miejscu, kosztem często interesów innych państw, sojuszników i partnerów. To będzie stały element w amerykańskiej polityce przez kilkanaście lat i na to się trzeba przygotować - przekonywał, dodając, choć że trzeba pamiętać, że Vance mówił bardziej "na użytek wewnętrzny", jego słowa były mocno niepokojące. Wiceprezydent USA mówił, że "niepokoi go odejście od demokracji w Europie i jest to "większy problem niż zagrożenie ze strony Rosji czy Chin" - Niejako zrównywał stan demokracji w Europie z tym, co dzieje się w Rosji, pomijając zupełnie to zagrożenie. To pokazuje na fundamentalną różnicę w percepcji, która będzie utrudniała prowadzenie polityki, w oparciu o wspólne interesy tam, gdzie one pokrywają się ze wspólnymi wartościami - ocenił.
Gość TOK FM przekonywał, że taka retoryka ze strony Vance'a jest próbą "legitymizacji tej administracji i sposobów, w jaki wygrywane są wybory przez partie populistyczne". - Wygrywane są często opierając się na narracji, że dostęp do opinii publicznej, wyrażanie swoich poglądów głosów nie może być żadnym stopniu cenzurowany. Że partia nawet najbardziej skrajna, z najbardziej skrajnymi pomysłami powinna być traktowana jako normalne ugrupowanie, które powinno być dopuszczane do dyskusji i powinno mieć takie samo prawo uczestniczenia w życiu politycznym - tłumaczył, dodając od razu, że w Europie tak właśnie się to odbywa. - Różnica percepcji polega na braku doświadczenia, które Europa ma. Doświadczenia faszyzmu i nazizmu i zdawania sobie sprawy z tego, że w Europie mamy partie, które bezpośrednio z tych partii faszystowskich i nazistowskich się wywodzą i do nich odwołują - przekonywał.
Taką właśnie partią jest niemiecka AfD. Lorenz wyjaśniał jak radzimy sobie w Europie z tym problemem. - AfD w Niemczech ma normalny dostęp do do mediów. Liderka Alice Weidel bierze udział w dyskusjach w telewizji w najlepszym czasie antenowym, ale jednak mimo wszystko po drugiej wojnie światowej jest konsensus, żeby z tą partią nie wchodzić w koalicję i ją izolować - mówił gość TOK FM. - I to oczywiście Vance;owi i temu skrajnemu skrzydłu Republikanów się nie podoba - zauważył.