,
Obserwuj
Ludzie

Kumulacja ignorancji to nie wszystko. Dlaczego nie pomagamy? "Chłodny kalkulator"

6 min. czytania
10.03.2026 06:35

"W swoim myśleniu jesteśmy jednak bardziej zorientowani na to, żeby znaleźć powody do niepomagania niż do pomagania" - mówi w rozmowie z tokfm.pl dr Konrad Maj z Uniwersytetu SWPS. Jak przełamać tę barierę? 

Kumulacja ignorancji to nie wszystko. Dlaczego nie pomagamy? "Chłodny kalkulator"
Kumulacja ignorancji to nie wszystko. Dlaczego nie pomagamy? "Chłodny kalkulator"
fot. Wojciech Olkusnik/East News
  • Rośnie liczba przypadków, kiedy świadkowie nie reagują, gdy ktoś znajduje się w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia;
  • Jak tłumaczy w rozmowie z tokfm.pl dr Konrad Maj, stoi za tym szereg mechanizmów; 
  • "Ulica-znieczulica - jak mówią niektórzy. Ale tak nie jest, także dlatego, że swoje robi np. zasada społecznego dowodu słuszności" - wyjaśnia ekspert Uniwersytetu SWPS. 

Nie tak dawno media obiegła historia kobiety, która została potrącona przez samochód. Leżała przy drodze, próbowała zatrzymać pędzące obok pojazdy. Minęło ją 13 aut... Dopiero po pewnym czasie zatrzymała się znajoma.
Też mnie to zszokowało.

Dlaczego tak się dzieje?
Dlaczego nie pomagamy? Decyzyjny model interwencji w sytuacji kryzysu - bo o nim mowa - wskazuje na pięć kroków. Pierwszym jest w ogóle zauważenia zdarzenia - przy czym nie zakładam, że wszyscy ci, którzy nie pomogli [tej kobiecie - przypis red.] jednocześnie nie zauważyli, co się działo. Choć część być może tak. Drugi: nawet jeśli już ktoś zauważył, to zwykle dopowie sobie, że sytuacja nie jest kryzysowa i nie wymaga interwencji. To nic innego jak zjawisko obojętnego przechodnia. Ten racjonalizuje całe zdarzenie i tłumaczy sobie krótko: "Być może kobieta tylko się przewróciła".

A kolejne kroki?
Nawet jeśli uznaję, że to sytuacja, która wymaga interwencji, to rozpoczyna się szybka analiza, czy w jakimś sensie za to odpowiadam i jaka jest moja rola w tym wszystkim. Innymi słowy: widzę, co się wydarzyło, ale być może ktoś już zadzwonił po pomoc, być może ktoś już się tym zajął. Co do zasady: to kalkulacja w kierunku tego, by jednak jechać dalej. To krok trzeci.

Krok czwarty sprowadza się do pytania: czy ja w ogóle wiem, jak pomóc. Bo co z tego, że zauważyłem i wiem, że sytuacja jest kryzysowa? Co z tego, że poczułem się w jakimś sensie za nią odpowiedzialny i widzę ludzkie cierpienie, skoro nie wiem, w jaki sposób zainterweniować?

A ostatni krok?
Ten jest odpowiedzią na pytanie: jakie mam aktualne zadania do wykonania, jakie mam inne obowiązki. To nic innego, jak analiza zysków i kosztów, w tym także tych, które mówią, czy mogę być pociągnięty do odpowiedzialności, że nie zainterweniowałem. W tym konkretnym przypadku dość łatwo jednak powiedzieć sobie: "To mało prawdopodobne, że zostanę ukarany, przecież było ciemno".

Wniosek jest jeden: w swoim myśleniu jesteśmy jednak bardziej zorientowani na to, żeby znaleźć powody do niepomagania niż do pomagania.

Niektórzy czasem mówią, że "zdecydował strach". Jest takie myślenie: "zatrzymam się, to wyskoczy zaraz kilku rosłych mężczyzn i dostanę za swoje".
Ale strachem nie da się tłumaczyć tego, co się stało np. w Andrychowie, kiedy 14-letnia Natalia zamarzła przed sklepem. Dziewczynka przez kilka godzin siedziała nieprzytomna na mrozie, mijana przez przechodniów - nikt nie zareagował.

I o jakich mechanizmach możemy tutaj mówić?
O kumulacji ignorancji: wszyscy ignorują, to ja też ("Nie wiem, nie znam się, więc idę dalej") oraz rozproszonej odpowiedzialności - nawet jeśli to przypadek, który wymaga mojej interwencji, to jednak liczę na to, że ktoś inny ją podejmie. Przy czym mechanizm ten zakłada też, że im więcej świadków, tym mniejsza szansa, że ktoś w ogóle zareaguje, bo tym łatwiej każdemu przyjdzie pomyśleć: "A, to niech ktoś inny zadzwoni". 

"Niech ktoś bardziej kompetentny zareaguje"...
..."Przecież policja powinna się tym zająć". Tak! Stąd mówimy też nierzadko o efekcie widza - przyglądamy się i czekamy, aż ktoś inny weźmie odpowiedzialność za sytuację. I to nawet wtedy, kiedy w grę wchodzą sytuacje krytyczne, czego dowiódł najbardziej znany i najczęściej przytaczany przez psychologów przykład rozporoszonej odpowiedzialności.

Czyli historia morderstwa mieszkanki Nowego Yorku - Catherine Genovese. Kobieta w latach 60. została zamordowana na ulicy, przy której mieszkała. Choć sam napad był głośny i trwał ponad 30 min.
W tym czasie zabójca gonił ofiarę i dopadł ją trzykrotne, podczas gdy ta krzyczała i wołała o pomoc. Co z tego, że aż dwa razy wystraszyły go głosy, w tym wezwania "Zostaw ją" i sam widok świateł zapalanych w oknach. Mężczyzna i tak powracał, odnajdywał ranną i znów zadawał jej ciosy nożem. Całemu wydarzeniu, jak się potem okazało, przyglądało się z okien 38 sąsiadów ofiary. Żaden nie zadzwonił po policję podczas napadu. Jeden zrobił to dopiero wtedy, kiedy kobieta już nie żyła. Co ważne, sami świadkowie morderstwa nie byli potem w stanie wyjaśnić, dlaczego w ogóle nie zareagowali.

Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na znieczulicę.
Ulica-znieczulica - jak mówią niektórzy. Ale tak nie jest, także dlatego, że swoje robi też zasada społecznego dowodu słuszności. Mówi o tym, że inni są dla nas źródłem informacji, jak się zachowywać, co robić. Stąd powielamy zachowania innych, uznajemy, że są one właściwe, nawet jeśli ci nic nie robią.

Innymi słowy: nie wiem, co zrobić, a że inni nic nie robią, to ja też nic nie robię.
Co też ważne, to nas dodatkowo uspokaja - "Przecież jeśli inni reagują spokojnie, to nawet jeśli dojdzie później do próby ich ukarania, to będę jednym z wielu".

Do tego dochodzi jeszcze lęk przed nieznanym, obawa przed oceną. A co, jeżeli podejdę i okaże się, że moje działanie bardziej szkodzi niż pomoże np. przy złamaniu nogi.
Albo też, gorzej, że skompromituję się, wyjdę na głupka, bo np. chcę pomóc, a okazuje się, że sytuacja wcale nie wymaga pomocy.

Na to nakłada się zjawisko niewiedzy wielu, czyli wszyscy chcą wyglądać na opanowanych, a przez to wysyłają sobie sygnały: "Oto dana sytuacja nie wymaga niczyjej interwencji. Nie ma konieczności niesienia pomocy". Niestety, po raz kolejny pokazuje to, że bardziej oglądamy się na innych niż na osobę, która w danym momencie potrzebuje pomocy.

A co tłumaczy świadków, którzy wyciągają telefony i zaczynają nagrywać całe zdarzenie?
To bardzo wygodna dla nich rola. Nie wiedzą, co ze sobą zrobić, boją się podejść, boją się interweniować, a w ten sposób czują się zwolnieni z pomagania. Przecież to nic innego jak psychologiczne dystansowanie się od sytuacji. "Jakby nie patrzeć jestem zaangażowany, zawsze mogę powiedzieć, że coś zrobiłem", "Dokumentuję, by było to przedmiotem dalszych analiz" - tłumaczą też sobie po czasie.

"Jestem non stop proszony o wsparcie, o pomaganie" - będą też potem podnosić inni.
Nie bez racji, bo jeżeli wszędzie próbuje się wywołać we mnie współczucie i spotkam się z kolejną sytuacją, która mogłaby wymagać mojego zaangażowania, to koniec końców odwracam głowę. To nic innego jak zmęczenie współczuciem. Mówimy w tym przypadku o takim zmęczeniu pomaganiem, które wynika z faktu, że jesteśmy cały czas bombardowani komunikatami mocno nacechowanymi emocjonalnie. Gdziekolwiek się nie obejrzę, a już zwłaszcza w Internecie, to ktoś potrzebuje pomocy. Są pieski, kotki w schroniskach. Są ludzie, którzy marzną. Są ci na wojnie, np. w Ukrainie. Nie ma to końca. 

Redakcja poleca

A że jesteśmy zaprogramowani na przeżywania pozytywnych emocji, często stosujemy też inne swoiste zabiegi poznawcze, w tym np. wiarę w sprawiedliwy świat. Zaczynamy więc sobie tłumaczyć: "Najwyraźniej sam sobie na to zasłużył", "To jego problem", "Może to kara Boska" albo "Po prostu tak już jest", "Akurat ma pecha".

Jakie są jeszcze inne psychologiczne bariery pomagania?
Swoje robi teoria wymiany społecznej, czyli koncepcja zysków i strat. Zakłada, że mamy excelowe podejście do niesienia pomocy. Jesteśmy chłodnymi kalkulatorami i w sytuacji, która wymaga interwencji, musimy rozważyć, jakie są koszty pomagania, a jakie niepomagania. Jeśli bilans pokazuje, że koszty nieudzielenia pomocy są niewielkie, a koszty udzielenia pomocy są wielkie, to nijak nie pomożemy.

Jak w ogóle przełamać wszystkie te bariery?
Na szczęście w toku rozwoju wykształciliśmy mechanizm pomocowy: jeśli w pewnej grupie społecznej komuś pomogę, to wytwarzają się normy, że pomagamy, więc być może ta pomoc kiedyś do mnie wróci. Innymi słowy: pomaganie innym zwiększa prawdopodobieństwo otrzymania pomocy - o tym mówi dokładnie teoria altruizmu odwzajemnionego. Oczywiście to nie kalkulacja: co z tego będę miał i kiedy on mi odpłaci. 

I jest wreszcie słynna hipoteza empatii i altruizmu Daniela Batsona. Amerykański badacz mówił wprost: pomagamy nie dlatego, że przyjmujemy perspektywę innego człowieka, ale z egoizmu. Dlaczego? Bo chcemy zredukować swój osobisty dyskomfort. A ponieważ wciąż jesteśmy pobudzani w tym kierunku, to nie pozostaje nic innego, jak iść w działanie.

Rozmawiała Dorota Kalinowska-Bartosewicz

Źródło: TOK FM