,
Obserwuj
Ludzie

"Patrzę i głowa mała", czyli remonty po polsku. Jak się bronić przed "fachowcami"?

9 min. czytania
30.10.2025 06:32

W wielu wypadkach można by się pokusić o stwierdzenie, że tego rodzaju postępowanie wykonawców przybiera cechy wolnej amerykanki - mówi w rozmowie z tokfm.pl adwokat Iga Parada. Zapewnia, że "nienależyte, odbiegające od standardów i sztuki budowlanej wykonania usług remontowych" to chleb powszedni. 

Remont mieszkania
Remont mieszkania
fot. PIOTR DZIURMAN/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Wiesław Skiba, w branży od 30 lat, wskazuje jeden z ostatnich przykładów remontu jak z koszmaru. "Patrzę i głowa mała. Nie dość że karton-gips podziurawiony i bez hydroizolacji pod prysznicem, to jeszcze wszystkie płytki położone na tzw. placki, czyli nie po całości" - mówi w rozmowie z tokfm.pl;
  • Iga Parada, która w Łodzi prowadzi kancelarię adwokacką zapewnia, że podobnych przykładów nie brakuje. Wskazuje też konkretne sprawy, którymi sama się zajmowała; 
  • Czym tłumaczyć tak duża liczbę "remontowych fuszerek"?
  • Jak się w ogóle przed nimi zabezpieczyć? 

- Poszło już na noże - przyznaje Wiesław Skiba, w branży od 30 lat, teraz juror telewizyjnych programów o remontach nieruchomości. Pojechał na Mokotów, do znajomej znajomej, która właśnie kończyła remont łazienki. - Patrzę i głowa mała. Nie dość że karton-gips podziurawiony i bez hydroizolacji pod prysznicem, to jeszcze wszystkie płytki położone na tzw. placki, czyli nie po całości. Żeby tylko to jakoś się trzymało, czytaj: jeśli fuga pęknie, to woda będzie się lała wszędzie - opowiada. 

Kiedy kobieta zadzwoniła do wykonawcy, ten zaczął się tłumaczyć: "Ale zrobiłem to tylko na próbę! Teraz to zerwę i położę on nowa". - Od kiedy takie rzeczy się robi na próbę?! - aż się złapałem za głowę - mówi.

Po chwili dodaje, że nie chodziło jednak tylko o jakość wykonania, która przecież i tak pozostawiała wiele do życzenia, ale przede wszystkim o postawę wykonawcy. - Jak przyjechał na miejsce, od progu naskoczył na kobietę: "Teraz muszę iść przez panią do psychologa. Ściągnęła pani fachowca, który tylko mnie skrytykował, a przecież starałem się robić dobrze. Nie życzę sobie więcej jego wizyt na budowie". Koniec końców płytki położył nowe, robił zdjęcia na każdym etapie, na miejsce wezwał nawet swojego szefa. Ale czy zrobił dobrze, życie pokaże - dodaje Skiba.

Podobnych historii nie brakuje - przede wszystkim w sieci, na popularnych forach internetowych o remontach i wykończeniu wnętrz. "Położył płytki i po tygodniu fuga pękła, a jedna płytka poszła w górę" - donoszą jedni, podczas gdy inni: "Podłogówka na piętrze wczoraj odpalona, dziś zwarcie. Elektryk odkręcił lampę pełną wody, kapie do teraz, zawór na piętrze od podłogówki zakręcony. Ciśnienie na kotle spadło z półtora bara do zera".

Inni z kolei wyliczają remontowe błędy, jak kolejne pozycje na liście zakupów w markecie budowlanym: "pawlacz otwierał się do środka", "wanna postawiona na śmieciach, nie na nóżkach", "puszki elektryczne bez kabli trzymały się tylko na piankę montażową", "wystające kable z sufitu bez problemu dawały się wyciągnąć", "miedziane rurki od centralnego ogrzewania okazały się być plastikowe; tylko pomalowane miedzianym sprayem". 

- Ilu to potem kit wciska i przekonuje, że wszystko jest zrobione zgodnie ze sztuką budowlaną. A jak przychodzi co do czego, to potem tłumaczą też, że to kwestia materiału, temperatur, a nawet użytkowania. Np. "Za często używa pan/pani prysznica", bo tak też słyszałem - zwraca uwagę Wiesław Skiba.

"Wolna amerykanka"

- W wielu wypadkach można by się pokusić o stwierdzenie, że tego rodzaju postępowanie wykonawców przybiera cechy wolnej amerykanki - komentuje w rozmowie z tokfm.pl Iga Parada, która w Łodzi prowadzi kancelarię adwokacką. Zapewnia, że dla adwokata tego rodzaju sprawy, czyli "nienależyte, odbiegające od standardów i sztuki budowlanej wykonania usług remontowych" to chleb powszedni. - I choć wydało mi się, że nic mnie już w życiu nie może zaskoczyć, to zdarzają się jeszcze takie sytuacje. Pamiętam, choć to akurat nie dotyczyło sprawy którą osobiście prowadziłam, że klient skarżył się: "Po remoncie, kiedy włączam wodę pod prysznicem, to leci mi woda w toalecie". 

Dopytywana, z jakimi niecodziennymi sprawami sama miała do czynienia, wskazuje na klientów, którzy zdecydowali się na "dość drogi" generalny remont całego mieszkania. - Postanowili położyć w korytarzu drewno egzotyczne, z kolei w innych pomieszczeniach - kamień - mówi. 

Po zakończeniu remontu, co do którego nie mieli zastrzeżeń, zaczęli dostrzegać, że drewno zmieniło odcień. Z czasem oprócz odbarwień pojawił się też dziwny zapach. - Ale że nigdy wcześniej nie mieli takiego parkietu, to pomyśleli: "To kwestia rodzaju drewna". Jakie było ich dziwienie, kiedy zapukał do nich sąsiad i powiedział: "Panie, woda mi się leje z sufitu". Co się okazało? Pojawiła się nieszczelność w ogrzewaniu podłogowym. A że fachowcy nie byli w stanie powiedzieć, gdzie jest usterka, to w grę wchodziło zrywanie podłóg w każdym pomieszczeniu. Szczęście w nieszczęściu, zaczęli od łazienki, gdzie rzeczywiście było źródło usterki - dodaje. 

Zastrzega przy tym, że zdarzają się i takie przypadki - to jedna z ostatnich jej spraw - że klientom jeszcze raz montowano ekskluzywne okna na zamówienie; zostały wstawione tak, że do mieszkania dostawała się wilgoć. Od razu dodaje, że bywa i tak, że poręcz na schodach przechodzi przez fragment ściany albo ściana jest tak postawiona, że uniemożliwia swobodne przemieszczanie się po mieszkaniu. Inne przykłady? Nierówne stopnie schodów, zamurowane drzwi albo np. drzwi, do których nie prowadzą żadne schody. - To przypadki skrajne, ale nadal mają miejsce - przyznaje. 

Najczęściej sprawy dotyczą jednak źle ułożonego parkietu i glazury, w tym np. nierównych fug, nadmiernego wypełnienia, ale też np. niedokładnie pomalowanych ścian czy umiejscowienia kontaktu. Często też wykonawca montuje szafkę w łazience tak, że nie da się otworzyć drzwi - wylicza. 

"Czasami na sali nawet sąd się uśmiecha"

Czym tłumaczyć tak duża liczbę "remontowych fuszerek"? Zdaniem adwokatki stoją za tym trzy czynniki. Przede wszystkim mniejsza odpowiedzialność za słowo - "kiedyś wystarczyła dżentelmeńska umowa, a jeśli już pojawiały się spory, to dotyczyły poważnych kwestii".

Po drugie - łatwowierni klienci, którzy płacą wysokie zaliczki (nawet trzy czwarte całości), byle tylko zarezerwować sobie termin w kalendarzu wykonawcy. Tym bardziej, że na dobrą ekipę remontową przychodzi nierzadko poczekać i dwa lata. - Wykonawca miał wejść i zacząć pracę, ale kontakt się do niego urwał. Najprawdopodobniej znalazł sobie lepiej płatne zlecenie - mówi adwokatka. 

Po trzecie - mniej doświadczonych fachowców, a że rynek pozwala szybko zarobić duże pieniądze, to garną się do tego nie zawsze wykwalifikowani pracownicy. - Czasami na sali nawet sąd się uśmiecha, kiedy widzi jak nierówno są położone płytki. Przecież to widać gołym okiem - przyznaje Iga Parada.

Wiesław Skiba potwierdza: "Pseudofachowcy czują łatwy i szybki pieniądz. Niestety wielu myśli, że wystarczy kupić wiertarkę, szlifierkę kątową, wiaderko, drabinę i już można iść w remonty. Nic z tych rzeczy". - Inna sprawa, że jak obniżą cenę, to niestety inwestorzy ich wezmą, bo szukają tanich rozwiązań. Dość powiedzieć, że dziś za średniej wielkości łazienkę, ok. 4-5 mkw., bierze się teraz 20-25 tys., za samo wykonanie prac - podkreśla. 

Redakcja poleca

"Wystarczy umowa spisana na kartce papieru"

A co zrobić, żeby ustrzec się przed niesolidnymi wykonawcami i remontami jak z koszmaru? - pytam Igę Paradę. 

- Priorytetem jest umowa. Ale nie mam tutaj na myśli profesjonalnie sporządzonego dokumentu, przez kancelarię, bo nie chodzi o to by generować kolejne wydatki. Wystarczy umowa spisana na kartce papieru, w której określimy trzy najważniejsze kwestie: zakres prac - co ma zostać wykonane i w jakiej kolejności, wysokość wynagrodzenia i daty rozpoczęcia i zakończenia remontu - wskazuje precyzyjnie. 

Zapewnia, że jeżeli wykonawca nie rozpocznie prac albo ich nie skończy we wskazanym terminie - albo też "oczywistym jest, że nie zdąży do danego terminu" - to mamy prawo powierzyć dalsze ich wykonanie  innemu podmiotowi, na koszt wykonawcy. - Poza tym każdy dzień opóźnienia będzie skutkował karą umowną np. wysokości pół procent wartości zlecania - dodaje.

Parada podkreśla przy tym, że im precyzyjniej napisana umowa, tym lepiej. Dlatego dobrze jest też podzielić remont na etapy, podobnie jak wypłatę wynagrodzenia. - W praktyce najpierw wpłacamy zaliczkę - 10, maksymalnie 20 proc. całości prac. Potem ustalamy, że prace dzielimy np. na pięć etapów, a za każdy należy się 20 proc. od całości wynagrodzenia. Po każdym zakończonym etapie, jeśli nie mamy zastrzeżeń, wypłacamy pieniądze - wskazuje precyzyjnie.

Podpowiada, że jeśli nie jesteśmy specjalistami i nie wiemy, jak podzielić prace na etapy, umówmy się na rozliczenia co tydzień. 

- A najlepiej w ogóle jeśli umówimy się na wynagrodzenie w formie ryczałtu, bo wtedy wykonawca nie może żądać od nas dodatkowej zapłaty. Nawet jeżeli nie przewidział innych prac w momencie przyjmowania zlecenia - podkreśla. 

"Wyślijmy kilka SMS-ów, rozmowa nie zawsze będzie dowodem"

Co w sytuacji, kiedy o umowę nie zadbaliśmy wcześniej? Wykonawca raz przychodzi, raz nie przychodzi. Pali papierosy, chociaż miał nie palić. Niby coś robi, a postępów prac nie widać. Jak zapewnia Iga Parada, nawet jeśli nie spisaliśmy z nim dokumentów, to nie znaczy, że umowa ustna nie obowiązuje. - Ona nadal jest ważna, ale dobrze zadbać wtedy o potwierdzenie naszych ustaleń, chociażby w SMS. Zawsze radzę klientom, żeby napisali np. "Miał pan wykonać rzecz X do dnia Y. Nie przyszedł pan już Z razy. Proszę w takim razie, żeby pan to dokończył do - i tu wstawiamy konkretną datę - zgodnie z naszymi ustaleniami" - wskazuje. 

Dodaje, że jeżeli wykonawca robi coś nie tak jak powinien, to od razu powinniśmy mu to zasygnalizować. Np. "Tutaj zrobił pan inaczej. Proszę, żeby w ciągu trzech dni zrobił pan to tak, jak się umawialiśmy". - To o tyle ważne, że przepisy mówią też, że jeżeli wykonawca nie poprawi tego po naszym wezwaniu, to mamy prawo odstąpić od umowy i powierzyć dokończenie prac innemu podmiotowi - na koszt wykonawcy - informuje. Nawet, jeżeli wykonawca będzie się upierał, że SMS-a nie dostał albo np. go nie przeczytał. 

- Jeżeli nie otrzymamy odpowiedzi, to wyślijmy tych SMS-ów kilka. Możemy też oczywiście zadzwonić, ale rozmowa nie zawsze będzie dowodem dla sądu - dodaje. Zastrzega przy tym, że w przypadku krnąbrnego wykonawcy, który nie chce dokończyć prac, warto pamiętać o prawie zatrzymania chociażby narzędzi i materiałów, które zostawił - staną się zabezpieczeniem naszych roszczeń. 

Zdaniem Parady, uzupełnieniem umowy powinna być obowiązkowo polisa. Jak zapewnia, nie są to duże wydatki w stosunku do kosztów remontu, szczególnie przy standardowych, kilkudziesięciometrowych mieszkaniach. Tymczasem, jak tłumaczy, gdyby doszłoby do pożaru czy zalania, nawet wskutek niewłaściwie wykonanych usług, mamy pewność, że ubezpieczyciel te koszty pokryje. W przeciwieństwie do wykonawcy, który nie zawsze jest wypłacalny. - Wtedy nawet jeśli mamy korzystny dla siebie wyrok, to pojawia się problem, jak wyegzekwować należność - dodaje. 

"Jedna robota za darmo"

Innym sposobem obrony przed remontowymi fuszerkami i nieuczciwymi wykonawcami może być zwrócenie się do rzeczoznawcy, który po zakończeniu prac orzeknie, czy te zostały wykonane zgodnie ze sztuką budowlaną. - Ale pamiętajmy, że w sprawie sądowej, jeśli miałoby do niej dojść, sąd i tak musi powołać swojego biegłego. Innymi słowy: opinia rzeczoznawcy może być dla nas przydatna, natomiast nie ma możliwości, żeby sąd się na niej oparł. Poza tym to dodatkowy wydatek, ok. 2 tys. zł przy mniejszych remontach - zastrzega Iga Parada.

Dlatego radzi, by przy większych remontach zdecydować się na zatrudnienie kierownika budowy, który na bieżąco pilnuje, czy prace są wykonywane zgodnie ze sztuką budowlaną. Choć to też dodatkowe koszty - od 2 do 7 tys. zł (wszystko zależy od charakteru zlecenia i czasu trwania remontu).  

- Skoro już o pieniądzach mowa, to jeśli ktoś chciałby się zdecydować na wytoczenie sprawy, to z jakimi kosztami musi się liczyć? - pytam. 

- Wszystko zależy od tego, jaki to dokładnie rodzaj sprawy i jaka jest wartość przedmiotu sporu. A że każda sprawa jest inna, to trudno wskazać górną granicę kosztów, jakie mogą spaść na sądzące się strony - odpowiada Iga Parada. 

Zwraca jednak uwagę, że działają też darmowe punkty porad prawnych, gdzie można poprosić o pomoc, w tym np. jak przygotować podstawowy pozew. - Można też na samym początku postępowania wystąpić o pełnomocnika z urzędu, jeżeli ktoś jest w trudnej sytuacji. A mam świadomość, że część osób wydaje ostatnią złotówkę na remont. Dwa: można też napisać wniosek z prośbą, by sąd zwolnił z opłaty od pozwu. To z reguły ok 5 proc. wartości tego, czego dochodzimy - podpowiada.

Inna rzecz, jak wskazuje Iga Parada, że nie musi być to konieczne. Jak deklaruje, mamy też prawo domagać się od wykonawcy, by usunął wady powstałe podczas remontu na podstawie przepisów o rękojmi, do dwóch lat po jego zakończeniu. - Przy czym jeżeli wada ujawni się w ciągu roku od zakończenia prac, to domniemywa się, że istniała już w momencie ich zakończenia - wskazuje. 

Wbrew pozorom jednak, nie zawsze poszkodowanymi podczas remontów są tylko klienci. Bywa, że są nimi też... wykonawcy. - Są oczywiście uczciwi i rzetelni fachowcy, którzy wykonują prace zgodnie z umową, a klient z kolei szuka pretekstu, żeby za nie nie zapłacić. Powody bywają wydumane. A to np. płytki są "nie tak położone, jak myślałem, że będzie dobrze". Pamiętam jedną z relacji klienta, który zajmuje się kładzeniem kostki brukowej, który powiedział wprost: "Jeden na pięciu moich klientów nie zapłaci w całości za zlecenie. Jak sobie to przeliczę, to w skali roku jedną robotę wykonuję za darmo" - kwituje. 

Źródło: TOK FM