Nowy pomysł MEN. "Stracą dzieci. Kto zyska? Trudno powiedzieć"
- Celem jest zrównoważenie finansowania w odniesieniu do rzeczywistych kosztów funkcjonowania szkoły - czytamy w uzasadnieniu projektu;
- Proponowana zmiana nie odzwierciedla rzeczywistych kosztów funkcjonowania szkół wspierających edukację domową, a wręcz uderza w te placówki - czytamy w oświadczeniu Fundacji Edukacji Domowej;
- - Szkoły, które stawiają na jakość, indywidualne podejście i bliską współpracę z rodzinami, mogą być zmuszone do ograniczenia liczby uczniów - mówi TOK FM Gabriela Letnovska z zarządu tej organizacji.
16-letni Wojtek (imię zmienione), syn pani Agnieszki, uczy się w domu, w ramach edukacji domowej. W swoim tempie, pod okiem nauczycieli, którzy regularnie sprawdzają jego wiedzę. Wcześniej przez ponad dwa lata walczył z depresją. Miał stany lękowe, nie chciał chodzić do szkoły, bał się.
- Dwa razy zmienialiśmy szkołę. W jednej wydawało się, że będzie dobrze, że się odnalazł. Ale jak zaczęły się nieprzychylne uwagi ze strony nauczycieli odnoszące się do jego pracy, zaangażowania, efektów, to znów się podłamał. Nie radził sobie, nie chciał wstawać do szkoły. Trudno mu było dogadać się z rówieśnikami, nie znalazł przyjaciela "od serca". Zrezygnowaliśmy po sugestii psychologa. Podobnie było w kolejnej szkole. Znajomy podpowiedział mi edukację domową. I to okazało się strzałem w dziesiątkę. Nikt nie naciska, syn uczy się w swoim tempie, zalicza poszczególne przedmioty. Najważniejsze, że ze zdrowiem psychicznym jest o wiele lepiej. Znów zaczął wychodzić z domu, zaczął się uśmiechać, rozmawiać. To dla mnie jest najważniejsze - opowiada mama.
- Rzeczywiście, w edukacji domowej uczy się coraz więcej dzieci z różnymi problemami, z ogromną wrażliwością, z niepełnosprawnościami, z neuroatypowością, w tym dzieci w spektrum autyzmu, w kryzysie zdrowia psychicznego. Każde z nich potrzebuje zupełnie innego rodzaju wsparcia. Nie zawsze szkoła publiczna stacjonarna jest w stanie im to zapewnić - mówi Gabriela Letnovska, wiceprezeska Fundacji Edukacji Domowej z Krakowa. - Nie chcę krytykować szkół publicznych, ale taka jest rzeczywistość. W różnych regionach Polski, w różnych miejscowościach są różne możliwości wsparcia uczniów i uczennic, nie zawsze wystarczające. Do tego dochodzi też trudność w dotarciu do szkoły - duża odległość od domu, bo są też takie przypadki. Wielu młodych ludzi odnajduje w edukacji domowej pewien swój azyl. I nie chcą tego zmieniać - dodaje nasza rozmówczyni.
MEN zmienia zasady finansowania szkół w edukacji domowej
Ministerstwo Edukacji Narodowej przygotowało projekt rozporządzenia, który budzi emocje i sprzeciw nauczycieli szkół z edukacji domowej, ale też rodziców. Chodzi o zmianę zasad finansowania takiego nauczania, w zależności od liczby uczniów.
Od kilku lat (po wcześniejszych zmianach) było tak, że w szkołach do 200 uczniów - placówki dostawały z MEN 80 procent "subwencji" na dane dziecko. Gdy dzieci w szkole było więcej, dotacja spadała do 20 procent na osobę. Teraz MEN chce obniżyć ten próg: tylko szkoły liczące do 96 uczniów mają dostawać 80 procent wsparcia - pozostałe 20 procent.
"Celem proponowanej zmiany jest zrównoważenie finansowania w odniesieniu do rzeczywistych kosztów funkcjonowania szkoły. W związku z tym wyższe wsparcie finansowe, według wskaźnika 0,8, będzie dotyczyć jedynie liczby uczniów do poziomu 96, co odpowiada maksymalnej liczbie uczniów w typowej małej szkole" - wskazało MEN w uzasadnieniu projektu nowego rozporządzenia. Tzw. "małe szkoły" to szkoły wiejskie, które - na przestrzeni lat - powstawały w miejsce likwidowanych szkół samorządowych. Są prowadzone przez fundacje czy stowarzyszenia. - Nie mają tak naprawdę nic wspólnego z edukacją domową, więc nie wiem, dlaczego jest to odniesienie w projekcie MEN - mówi nam pan Tomasz, nauczyciel z edukacji domowej.
Pomysł zmian finansowania wzbudził w środowisku edukacji domowej ogromne emocje i sprzeciw. Nieoficjalnie wiadomo, że swoje zastrzeżenia do projektu zgłosiło ponad 700 osób. Na razie jednak nie wiemy, co dokładnie znalazło się w pismach wysłanych do MEN w konsultacjach publicznych, bo ministerstwo jeszcze nie opublikowało ich na stronach rządowych.
O zgłoszonym sprzeciwie poinformowała m.in. Fundacja Edukacji Domowej z Krakowa. "Proponowana zmiana pogłębia już istniejące problemy i może drastycznie ograniczyć dostęp do wysokiej jakości edukacji dla tysięcy uczniów i uczennic realizujących obowiązek szkolny poza szkołą. W naszej ocenie proponowana zmiana nie odzwierciedla rzeczywistych kosztów funkcjonowania szkół wspierających edukację domową, a wręcz uderza w te placówki, które zapewniają dzieciom realne wsparcie edukacyjne" - napisała fundacja.
Jak mówi nam Gabriela Letnovska z zarządu tej organizacji, w edukacji domowej uczy się obecnie ponad 60 tysięcy uczniów, co stanowi nieco ponad jeden procent uczniów w całej Polsce. - Przy czym jest około 85 szkół, w których uczy się między 96 a 200 uczniów. Do tego mamy kilka szkół w kraju z liczbą powyżej tysiąca uczniów i ok. 20-30 szkół, które mają do 300 - 400 uczniów - wskazuje nasza rozmówczyni.
Nasza gościni podkreśla, że zmiana finansowania w wielu przypadkach może oznaczać konieczność zakończenia działalności, szczególnie w przypadku szkół, które stawiają na relacje, indywidualizację i zaangażowanie. - Szkoły, które stawiają na jakość, indywidualne podejście i bliską współpracę z rodzinami, mogą być zmuszone do ograniczenia liczby uczniów, którym są w stanie zapewnić kompleksowe wsparcie. Z drugiej strony, czy o to w tym wszystkim chodzi, by teraz namnożyło się małych placówek, które będą wspierać uczniów? Czy jednak lepiej pozostawić te nieco większe, które mają wieloletnie doświadczenie, by zapewniały lepszą jakość nauczania? - pyta Letnovska.
Jak wskazuje, zmiana zasad niczemu dobremu nie służy. - Obawiam się, że przez to polska oświata znajdzie się w jeszcze większym kryzysie niż jest obecnie. A wydaje się, że polityka oświatowa powinna dążyć do tego, by system naprawiać, a nie szkodzić. Część dzieci w edukacji domowej po jakimś czasie wraca do szkół stacjonarnych. Ale to właśnie jest kluczowe, że wtedy kiedy tego potrzebują, mogą się uczyć w domu, że mogą się w tym przez jakiś czas odnaleźć - mówi Letnovska. - W kwietniu byliśmy zapewniani przez minister Katarzynę Lubnauer, że będziemy włączeni do rozmów o wszelkich zmianach dotyczących edukacji domowej, a tutaj nagle - taki kierunek - dodaje gościni TOK FM.
Kto zyska a kto straci?
- Najbardziej stracą dzieci i rodziny w edukacji domowej, zwłaszcza jeśli będą musiały ponosić dodatkowe koszty, dopłacać do szkoły. A kto zyska? Trudno powiedzieć - nie jest to dla mnie ważne. Najważniejsze, że stracą dzieci - dodaje Gabriela Letnovska z Fundacji Edukacji Domowej, która działa od ponad ośmiu lat. Powstała z inicjatywy rodziców i szkół zaangażowanych w edukację domową i jest organizacją pozarządową zajmującą się obszarem spełniania obowiązku szkolnego poza szkołą.
Sprzeciw do propozycji MEN zgłasza też Szkoła w Chmurze. "Wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec mechanizmu różnicowania finansowania (...). Budzi on poważne wątpliwości, w kontekście zgodności z fundamentalnymi zasadami Konstytucji RP, w tym z art. 32 (zasada równości wobec prawa) oraz art. 70 (prawo do nauki). Trudno nie dostrzec dyskryminacyjnego charakteru rozwiązania, które różnicuje poziom finansowania w zależności od liczby uczniów spełniających obowiązek szkolny poza szkołą w jednej placówce. To powoduje wyraźne obniżenie środków na każdego kolejnego ucznia powyżej wskazanej przez MEN liczby (...). Zaproponowane przez MEN rozwiązanie odbiega od zasad równego traktowania i prowadzi do nierówności finansowania w stosunku do uczniów realizujących obowiązek szkolny poza szkołą" -
.