,
Obserwuj
Mazowieckie

Naukowcy w klatce. Rząd wylał dziecko z kąpielą? "Mamy związane ręce"

6 min. czytania
25.07.2025 06:31
- Nie mogę jej wysłać na żadną konferencję naukową, nie może nigdzie wyjechać, bo grozi jej, że zostanie deportowana. Mamy związane ręce, co jest niezwykle irytujące - mówi o swojej doktorantce prof. Agata Starosta. Naukowcy cudzoziemcy mają problemy z przyjazdem do Polski, ale też z przedłużaniem pobytu, gdy już w Polsce są.
|
|
fot. GERARD/REPORTER

Polska zaostrzyła swoją politykę wobec cudzoziemców - także w kwestii wydawania wiz. Dotyczy to m.in. naukowców z różnych krajów świata, którzy chcą przyjechać do naszego kraju legalnie - np. dołączyć do zespołu badawczego czy wziąć udział w konferencji lub sympozjum. Mają z tym ogromne problemy. Na uzyskanie wizy często czekają miesiącami.

- Rozumiem, że nie chcemy wpuszczać do naszego kraju wszystkich obcokrajowców, ale nie możemy popadać ze skrajności w skrajność. Najpierw wizę mógł dostać niemal każdy, a dziś są z tym tak ogromne trudności - dziwi się prof. Michał Tomza, fizyk z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jako przykład podaje przypadek uznanego naukowca z zagranicy, który w Polsce miał wziąć udział w prestiżowej konferencji. W tym celu najpierw próbował uzyskać wizę w konsulacie w Chinach. - Czekał i czekał, aż w końcu zrezygnował - opowiada profesor. - Problem mieli też ostatnio naukowcy z Wielkiej Brytanii, bo też były jakieś opóźnienia - dodaje nasz gość. Przyznaje, że problemy zdarzały się także wcześniej, ale - jego zdaniem - nie na taką skalę, co teraz.

W jego ocenie naukowcy - starając się o wizę - nie powinni wpadać do jednego "worka" ze wszystkimi. - Uważam, że powinna być dla nich jakaś inna ścieżka. Tym bardziej, że są to często osoby uznane, z bogatym dorobkiem naukowym, co można sprawdzić choćby w internecie. Część z nich bywała u nas już wcześniej. To, że muszą czekać na wizę i nie przyjeżdżają, utrudnia nam pracę, zwłaszcza jeśli takie osoby mają być częścią naszego zespołu badawczego - przekonuje prof. Tomza.

"Czuję się jak w klatce"

Problem mają też naukowcy, którzy są już w Polsce, ale kończy im się wiza i chcieliby przedłużyć pobyt. Bywa, że na rozpoznanie wniosku w urzędzie wojewódzkim czekają półtora roku.

I tak na przykład prof. Ian Garner przyjechał do naszego kraju z Kanady w celach naukowych. Pracuje w jednym z instytutów w Warszawie, zajmuje się tematyką relacji z Rosją. Niedawno została opublikowana jego książka: "Za Putina. Mroczny portret faszystowskich ruchów młodzieżowych w Rosji", którą doceniły m.in. "Financial Times" i ''Sunday Times". Książka została wydana po polsku i po angielsku.

Naukowiec przyjechał na kanadyjskiej wizie, która pozwala na życie i pracę w Polsce przez rok. Pracę dostał na dwa lata, dlatego już w ubiegłym roku, w listopadzie, zaczął się starać o legalizację pobytu w Polsce do roku 2026. Jak mówi, złożył w Urzędzie Wojewódzkim w Warszawie wszystkie wymagane dokumenty, pomógł mu w tym polski prawnik, za którego pracę zapłacił. Ale to nie pomogło, wciąż czeka. Bo procedury legalizacyjne trwają miesiącami.

- Jest to bardzo frustrujące. Chciałbym polecieć do Kanady, do moich starszych, chorych rodziców i nie mogę. Mam zaproszenia z innych uczelni, w tym z Wielkiej Brytanii, ale też na razie nie mogę, bo jak wyjadę, to prawdopodobnie nie będę mógł tak łatwo wrócić. Rozumiem, że w urzędzie są problemy kadrowe czy systemowe, ale z drugiej strony czekam i nie dostaję żadnej informacji, co dalej - mówi TOK FM naukowiec. - Czuję się trochę jak w klatce. Jestem w procedurze, która powinna się szybko zakończyć, a trwa i trwa. Mam związane ręce. Mam poczucie bezsilności, nic nie mogę zrobić, aby procedurę jakoś przyspieszyć. Ten brak informacji jest niezwykle denerwujący - dodaje prof. Garner.

"Związane ręce i groźba deportacji"

Na przedłużenie legalizacji pobytu czeka też od wielu miesięcy doktorantka prof. Agaty Starosty - biolożki molekularnej z Polskiej Akademii Nauk. Kobieta jest Ukrainką, pochodzi z terenów objętych wojną. Nie ma dokąd wrócić, a jednocześnie - nie ma też obecnie legalizacji pobytu.

- W tej chwili nie mogę jej wysłać na żadną konferencję naukową, nie może nigdzie wyjechać, nie może wybrać się do Niemiec na wykonanie eksperymentu w ramach naszej grupy badawczej, bo grozi jej to, że zostanie deportowana. Mamy związane ręce, co jest niezwykle irytujące - mówi pani profesor.

Jak podkreśla, nie da się procedury przyspieszyć. Nie da się też ustalić, na jakim etapie jest rozpoznawanie wniosku przez urzędników wojewody. - Zdobycie terminu w urzędzie jest prawie niemożliwe. Są co prawda firmy, które pomagają to zrobić, ale tym cudzoziemcom, których ja znam, oddano pieniądze, bo firmom też się to nie udawało - rozkłada ręce nasza rozmówczyni. - Dla mnie to są sytuacje absurdalne i absurdalne terminy. Ci ludzie są już w Polsce, ale muszą mieć przedłużony pobyt. Mają czekać w nieskończoność? - pyta Agata Starosta.

Problem zna też doskonale prof. Monika Glinkowska, biolożka molekularna, która bada bakterie. W swoim zespole ma doktorantkę z Nigerii. - Informacje o niej zostały już przecież zweryfikowane w procedurze dotyczącej otrzymania wizy. Przyjechała do Polski, pracuje i powinna mieć przedłużony pobyt. Złożyła wniosek o legalizację pobytu i od półtora roku nie został on rozpoznany. To oznacza, że nigdzie nie może pojechać, nawet na sympozjum naukowe, nie mówiąc o badaniach - mówi pani profesor. - Ale takich przypadków jest o wiele więcej, również na akademiach medycznych. Znam historię kobiety, też z Nigerii, która również miała ogromny problem z legalizacją pobytu i nie pojechała przez to na pogrzeb matki. Bo bała się, że jej z powrotem nie wpuszczą - dodaje nasza rozmówczyni.

Jak tłumaczy, problem jest o tyle złożony, że w Polsce bardzo często nie ma kandydatów do robienia doktoratu. Bo to są małe pieniądze, najniższa krajowa, a praca w laboratorium niełatwa. - Często nie mamy kandydatów innych niż z zagranicy na taki doktorat. Doktorant nie jest ani pracownikiem. Dostaje około trzech tysięcy złotych i ma się utrzymać. Więc to nie jest nasze widzimisię czy kaprys, że mamy w zespołach osoby z zagranicy, z różnych krajów świata - tłumaczy prof. Glinkowska.

Zmiany dotyczące zatrudniania cudzoziemców

1 czerwca 2025 roku weszły w życie nowe przepisy regulujące zatrudnianie i pobyt cudzoziemców w Polsce. Reforma obejmuje m.in. pełną elektronizację procesów czy nowe przesłanki odmowy legalizacji pracy i pobytu w Polsce.

Po pierwsze - od czerwca wszystkie sprawy dotyczące zatrudniania cudzoziemców załatwia się online, przez portal praca.gov.pl. Dotyczy to między innymi: składania wniosków o zezwolenie na pracę, zgłaszania oświadczeń o powierzeniu pracy czy przesyłania wymaganych dokumentów i załączników do wniosków.

Niektóre firmy i stanowiska pracy zostały objęte przyspieszoną procedurą rozpatrywania wniosków o wydanie zezwolenia na pracę - tzw. procedurą fast track. Wnioski, których dotyczy ta procedura, będą rozpatrywane w pierwszej kolejności. Nowość wprowadzono dla firm o znaczeniu strategicznym (są szczegółowo wymienione na stronach rządowych), przy kontynuacji zatrudnienia u tego samego pracodawcy czy w przypadku zawodów deficytowych. O naukowców - nie ma tu mowy.

Wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Maciej Duszczyk pisał w serwisie X, że zmiany w zatrudnianiu cudzoziemców, które weszły w życie od 1 czerwca, "odsiewają imigracje dla pozoru od rzeczywistych potrzeb nauki uprawianej w Polsce". Naukowcy mówią, że tego nie widzą.