''Catering leśny'', czyli jak "wschodnia baba" namówiła pół Polski do gotowania dla uchodźców na granicy

Anna Gmiterek-Zabłocka
Blisko cztery tysiące litrów zupy trafiło już w okolice polsko-białoruskiej granicy w ramach pomocy dla uchodźców. Zupy gotują mieszkanki całej Polski, a w pracę włączają się też ich partnerzy i dzieci. Wszystko w ramach akcji "Zupy na granicę", wymyślonej przez Beatę Zalewską-Stefaniak.
Zobacz wideo

Inicjatorka akcji - w rozmowie z reporterką TOK FM - wyjaśniała, że miała dość bezczynnego siedzenia w domu, gdy na granicy polsko-białoruskiej dochodzi wciąż do dramatycznych wydarzeń. - Każdy z nas siedzi w bezczynności, niemocy wobec tego zła i krzywdy, która się dzieje. Nie możemy być tam wszyscy. A ponieważ ja jestem wschodnia baba - mam korzenie na Lubelszczyźnie i na Podlasiu - nie mogłam patrzeć na ludzi, którzy głodują. I pomyślałam - możemy ich nakarmić. I uchodźców, i aktywistów, którzy im pomagają - opowiada Beata Zalewska-Stefaniak.

Początkowo myślała, że będzie gotować sama, że włączy w to swoich znajomych, przyjaciół. - Tymczasem okazało się, że gotowych do gotowania jest niemal pół Polski - mówi pani Beata. Dziś na grupie na portalu społecznościowych - która w tej chwili już jest grupą zamkniętą - jest ponad tysiąc osób.

"Catering leśny"

Jak pomoc wygląda w praktyce? Monika Kużelewska-Turczynowicz, współorganizatorka akcji mówi, że można ją nazwać cateringiem leśnym. Na granicę dostarczane są pasteryzowane zupy w litrowych słoikach - barszcz, rosoły, zupy z soczewicą, krupniczki. - Są to zupy wegańskie i wegetariańskie, lekkie, by nie były obciążeniem dla tych wygłodniałych ludzi - słyszymy od gotujących. Do zup dołączane są jednorazowe miseczki, łyżki, ale również termosy, które długo trzymają ciepło.

Jest coś jeszcze - gotowe obiadki w słoiczkach dla małych dzieci. Tu też chętnych do pomocy jest cała masa. - Wiemy, że nasze zupy smakują. Ktoś opisał na grupie historię rodziny, która dotarła już w bezpieczne miejsce. I osoby, które były bezpośrednio zaangażowane w pomoc tej rodzinie, dostały od niej podziękowania, m.in. za to, że mogły zjeść gdzieś w lesie ten ciepły posiłek. Córeczka tej pani powiedziała, że zupka była przepyszna i prosi o przepis. To jeszcze bardziej dodaje skrzydeł i wzrusza - mówi pani Beata.

Jedni gotują, inni pakują, jeszcze inni pieką m.in. chleb

Kobiety tłumaczą, że w ciągu dwóch tygodni musiały stworzyć pewną strukturę organizacyjną i logistyczną, bo zupy są dowożone z różnych miast w Polsce. - Zasady są proste: wyparzamy słoiki i gotujemy zupy, a potem je pasteryzujemy. Mamy na grupie odpowiednie instrukcje. Są też wytyczne, z czego ta zupka ma być ugotowana. Bo my chcemy gościć tych ludzi, którzy do nas przychodzą i dać im to, czego potrzebują. A to oznacza, że nie używamy pewnych produktów, które w ich kulturze są zabronione. I tym, co gotujemy, się dzielimy - mówi Monika.

Zupy są pasteryzowane po to, by jak najdłużej zachowały świeżość - aktywiści na miejscu mogą otworzyć słoik, podgrzać zupę i przelać do termosu, by później w lesie móc się nią podzielić.

Do akcji dołączyły też mieszkanki Lubelszczyzny, które upiekły wiele bochenków chleba, by przekazać je dalej, na granicę. Pojawiły się też osoby, które pieką ciasta - dla uchodźców w lesie, ale też dla wolontariuszy, którzy im pomagają. - Serce rośnie, wzruszenie jest olbrzymie. W tych zupach jest nie tylko kasza, warzywa, inne składniki. W tych zupach jest serce, wsparcie, ale też nasze łzy - dodaje pani Beata.

- Gdy wracałyśmy w środę z granicy zadzwoniła do nas jedna z osób, które pomagają na miejscu. Powiedziała, że trzy ciepłe krupniczki właśnie zostały dostarczone i zjedzone przez człowieka, który siedzi w zimnym lesie. Siedzi tam często zupełnie bez nadziei - podkreśla pani Monika.

DOSTĘP PREMIUM