Tak zaczęła się Krwawa Niedziela na Wołyniu. "Nie idźcie do kościoła, bo was tam zatłuką"
Poniższe fragmenty pochodzą z książki pt. "Nic nie jest w porządku. Wołyń - moja rodzinna historia" autorstwa Krzesimira Dębskiego, której drugie, uzupełnione wydanie ukazało się 2 lipca 2025 roku nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne.
Jedenastego lipca 1943 r. rano moja mama lepiła z siostrą pierogi na niedzielne śniadanie. Zawsze w niedzielę jedli pierogi, taki mieli rodzinny zwyczaj. Lepiły ruskie, jednak na Wołyniu pierogi z kartofli i sera nazywały się warszawskie.
Mama miała 18 lat, a jej siostra 15. Były młode, wesołe, miały dobre humory, więc przy lepieniu śpiewały. Nie zdziwiły się, kiedy do kuchni weszła stara Ukrainka, usiadła przy stole i przyglądała się, jak dziewczyny pracują. Znały ją dobrze. Mieszkała w ziemiance, która ostała się jeszcze z nędznych lat dwudziestych, kiedy w zniszczonym po I wojnie Kisielinie domy były zburzone, a ludzie żyli w ubóstwie. Stara kobieta nadal była biedna. Nie miała rodziny, nie miała gospodarstwa, zarabiała na chleb, pracując u sąsiadów. Sprzątała domy, myła podłogi, a w piątki chodziła do Żydów pomagać im w przygotowaniach do szabasu. Służyła też u rodziców mojej mamy, była więc z nimi zaprzyjaźniona. Idąc przez miasteczko, zachodziła do nich nawet wtedy, gdy dziadek nie miał dla niej nic do roboty. Jak przyszła w porze obiadu, to dostawała obiad. Jak zaszła w porze śniadania, to śniadanie.
W niedzielę 11 lipca przyszła na śniadanie, bardzo lubiła pierogi. Siedziała więc i patrzyła, jak dziewczyny lepią, i słuchała, jak śpiewają. Aż w pewnym momencie przerwała im i kiwając głową, powiedziała: "Dzieci! I wam się jeszcze chce śpiewać?". Według mojej mamy patrzyła na nie, jak na przyszłe ofiary, na które jest już wydany wyrok, tyle że one wtedy tego nie zauważyły. Nie ostrzegła ich, nie powiedziała: "Nie idźcie do kościoła, bo was tam zatłuką". Tylko zjadła pierogi i poszła do siebie. A moja mama i jej siostra poszły do kościoła.
Tego dnia wydarzyła się jeszcze jedna symptomatyczna rzecz: nabożeństwo w cerkwi zostało odwołane. Wygląda na to, że sporo osób wiedziało, co się stanie w południe, ale nikt nie kiwnął palcem, żeby ostrzec przed tym swoich sąsiadów.
Rodzice mojej mamy i rodzice mojego ojca zostali tego dnia w domu. Aniela Sławińska i Włodzimierz Sławosz Dębski - moi późniejsi rodzice - byli na mszy. Nie byli jeszcze wtedy parą, znali się, lubili, interesowali się sobą, ale dopiero tego dnia wieczorem postanowili zostać małżeństwem.
Urodziłem się dziesięć lat później, jednak kolejne godziny 11 lipca 1943 r. znam, jakbym sam je przeżył. Bo ten dzień został w moich rodzicach już na zawsze, pamiętali do końca życia każdy szczegół, wspominali i spisywali swoje relacje. Opowiadając o tej niedzieli, przytoczę je. Niech to będzie ich własna opowieść. Cytuję spisane wspomnienia mamy i fragmenty książki ojca, w której opisuje szczegółowo to, co widział on sam i inni, których poprosił o relacje. Opowiadają o tym dniu chłodno, rzeczowo, bez nienawiści, jakby pisali kronikę. Może właśnie dlatego ich opowieści są tak wstrząsające.
MAMA:
Na tydzień przed napadem na kościół nie można było chodzić do lasu. Upowcy rozstawili czujki, które pilnowały, by nikt nie zobaczył, co tam się dzieje. Wszyscy zaczęli mówić, że w lesie szkoli się banda. Tuż przed ową straszną niedzielą 11 lipca do Kisielina przyjechał z Woronczyna mój przyszły mąż. Uciekł z tej miejscowości, gdzie się zajmował tworzeniem struktur konspiracyjnych. Jak zobaczył, że kilku Ukraińców idzie w kierunku chałupy, w której mieszkał, wyskoczył przez okno i ruszył w pole. Nie wiedział, kim są, ale słusznie przypuszczał, że idą po niego. Nie pomylił się. Ci zaczęli za nim strzelać. Lekko go ranili w nogę i dlatego przyjechał do domu, żeby się wyleczyć. Jego ojciec był przecież lekarzem. Gdyby nie przyjechał i nie przyszedł do kościoła, to Ukraińcy wymordowaliby wszystkich Polaków, którzy byli na mszy świętej. To on rzucił hasło, że trzeba się bronić i nie dać się Ukraińcom. O tym, że mord jest przygotowany, większość Ukraińców zapewne wiedziała. Nikt z nich Polaków jednak nie ostrzegł, że ich ziomkowie zamierzają dokonać mordów na swych sąsiadach.
10 lipca pojawiła się nowa grupa upowców w lesie kisielińskim. Widać było, jak chodzili skrajem lasu. Czasem wybiegali na łąki, jak gdyby były to ćwiczenia w natarciu.
W niedzielę rano 11 lipca wchodzili do wielu domów, aby się umyć i napić czegoś ciepłego. Weszło też dwóch do Kraszewskich, tych naprzeciw Kanełyka Kaliszuka. Po skorzystaniu z usług jeden z nich powiedział: Czoho dywyteś na nas jak na banditiw? (Dlaczego patrzycie na nas jak na bandytów?).
Dzień 11 lipca był bardzo pochmurny. Około godz. 11 zaczął padać deszcz. Ludzie szybko wchodzili do kościoła. Nabożeństwo odbyło się bez przeszkód, normalnie. Ja jak zwykle poszłam na chór, należałam bowiem do kościelnego chóru, który zawsze śpiewał podczas nabożeństw. Na koniec jak zwykle wykonaliśmy Żegnaj, Królowo.
Gosposia na plebanii często w podwójnej roli. 'Bardzo często czekają na śmierć matki tego księdza'
OJCIEC:
Ludzie, jak zwykle w niedzielę ciągnęli na sumę z okolicznych wiosek, ale nieliczni. W czasie mszy ktoś się zorientował i szeptano, że coś się dzieje, bo w pobliżu domów okalających kościół od zachodu i północy kręcą się uzbrojeni Ukraińcy. Po nabożeństwie chór jak zwykle zaśpiewał Żegnaj, Królowo. Ludzie zaczęli wychodzić. Wtedy ze wszystkich stron nadbiegli upowcy.
MAMA:
Po mszy św. jako jedna z pierwszych wyszłam z kościoła, razem z mężczyznami, którzy jak zwykle spieszyli się na papierosa. Stanęli w grupie przy kościelnym murku. Gdy stanęłam przed świątynią i spojrzałam w stronę ogrodu księdza, zobaczyłam idącą tyralierę. Obróciłam się w drugą stronę, gdzie znajdował się park hrabiowski i tam też zobaczyłam uzbrojonych Ukraińców. Gdy zobaczyłam, że idą w stronę kościoła, to nie miałam żadnych wątpliwości, że przyszli nas wymordować. Krzyknęłam: "Zobaczcie, co się dzieje!", a potem szybko ze wszystkimi cofnęłam się do świątyni. Mój przyszły mąż, czyli Włodzimierz Sławosz Dębski, jako członek konspiracji też wiedział, co się święci, i zaczął zamykać drzwi w kościele. Ludzie byli przerażeni. Niektórzy stali nieruchomo pod ścianami kościoła. Część pobiegła na chór, a nawet na strych. (...)
W Zgorzelcu Bąkiewicz grzmi o migrantach z Niemiec. A miejscowi? 'Nie można mówić o strachu'
POLINDOR ZINKIEWICZ:
W poniedziałek o drugiej godzinie okrążyli nasze wioski ze wszystkich stron, że nie było gdzie uciekać. To było 12 lipca. Jedni uciekali w żyto, inni szli bagnami. Kto nie uciekł, to na miejscu go zabili. A mój sąsiad Konstanty Dobrowolski ludzi wprowadził w błąd. Trzy rodziny uciekły do niego do mieszkania, i moja żona Anna z synem Bogdanem, i matka Petronela. On sam oknem wylazł, a mieszkanie zamknął na kłódki, myślał, że jak będzie kłódka, to oni pójdą. A oni kłódki rozbili i wypędzili po jednemu i strzelali, i na kupy kładli, a dzieci zabijali siekierą. Sąsiadowi kosą poderżnęli gardło, bo był kaleką. Jedna kobieta była z dzieckiem, żona mojego sąsiada Filipkiewicza z drugiej wioski, umiała po ukraińsku rozmawiać. Powiedziała, że ona Ukrainka, i wypuścili ją. Opowiadała i mówiła, że moje dziecko bili siekierą, wszystkich poskładali w kupy, drzewa nakładli i palili.
LEOKADIA PIOTROWSKA:
Mój mąż został zastrzelony. Dostał w brzuch rozrywną kulę i rozszarpało mu wnętrzności. Ja zostałam sama z sześciomiesięcznym dzieckiem. Gdy usłyszałam strzał, to we mnie wzburzyła się krew - coś jakby przeszło przeze mnie. Wyszłam ze zboża, gdzie się ukrywałam, poszłam zobaczyć. Już nie żył. Zrobiłam się martwa, ale mnie coś jakby odepchnęło. Poszłam do jednego domu aż na kolonię Żurawiec do sąsiadów moich rodziców. Tam była jedna Ukrainka, mówiła, żeby uciekać, bo jak zobaczą, to zabiją mnie i ją. Poszłam dalej. Idę, a tu w sadzie przy domu dużo mężczyzn. Podeszłam, a jeden zapytał, czego szukam. Odpowiedziałam, że zostałam sama, bo zabili mi męża. Jeden mówił, że musiał być winowaty. Zrozumiałam, że to są Ukraińcy. Po chwili zaczęli znikać po jednym w mieszkaniu. Przed domem stała staruszka. Jak przeszedł ostatni, to ona mówi: Detyno wtykaj, bo tebe ubijut. Gdy usłyszałam, zaczęło mną trząść i uciekłam w zboża. Potem poszłam do sąsiada męża brata, bo bratowa tam wyniosła z domu trochę rzeczy. Myślałam, że ona tam przyjdzie i będziemy razem. Szłam prosto i zobaczyłam, że stoi mężczyzna z karabinem i rozmawia z dziewczyną. Zdawało mi się, że pyta, kto idzie, czy Polka, ale ona odpowiedziała, że Ukrainka. Starsza siostra z matką pokazywały przez okno, żeby uciekać, bo zabije. Nie miałam wyjścia. Był ugór i kawałek grochu. Podniosłam trochę pogmatwanych, gęsto leżących liści grochu i schowałam się. Na szczęście mój synek Sławek nie zapłakał. Tak leżałam aż do zmroku. Gdy żona Mychaiła Charewycza dała znać, że bandyta odjechał, wyszłam i wypadłam na podwórze. Dopiero teraz zaczęłam płakać. Co ja zrobię sama jedna w nocy. Gdzieś w zbożu są moje siostry, mama i sąsiedzi, których syn nie wrócił z kościoła w Kisielinie. Mychaił Charewycz, który mnie znał, bo chodził ze mną do szkoły, powiedział, że pójdzie ich szukać, a ja mam być w polu. I tak my się znaleźli. Postanowiliśmy uciekać.
Tak prymas chciał zwalczać Żydów. 'Praktyczny aspekt antysemityzmu Wyszyńskiego'
* * *
Kiedy do wsi Zapust z kościoła w Kisielinie nie wróciło pięć osób, ludzie zaczęli uciekać do wsi Zaturzec. Jedna rodzina została. Mieli sześcioro dzieci, najstarsze trzynastoletnie. Zaprowadzili je na noc do sąsiada Ukraińca, a sami nocowali w zbożu. Kiedy rano poszli po dzieci, nikogo nie zastali. Uciekając, zanosili się płaczem, bo dopiero teraz dotarło do nich, że zaprowadzili całą szóstkę na śmierć. Tak się zaczęło. Taki był początek Oczyszczuwalnej akcji (akcji oczyszczalnej), która polegała na tym, żeby oczyścić Wołyń z Lachów. Józef Dzikowski, który w czasie pogromu był na robotach w Niemczech, ocalał jako jedyny z całej swojej rodziny. Po powrocie dowiedział się od znajomych Ukraińców, co się stało z jego rodzicami i rodzeństwem.
JÓZEF DZIKOWSKI:
Moją rodzinę zamordowano w lipcu 1943 r. Mamę Helenę przy dojeniu krowy. Braci Mariana i Tadeusza w domu. Schowali się oni pod łóżko, skąd zostali wyciągnięci i zamordowani jakimś tępym narzędziem. Ojca Michała i siostrę Stanisławę, którzy schowali się w trzcinach przy bagnie, potopili. Mordu dokonali miejscowi. (...)
Posłuchaj: