"Głupota i kłamstwa" Johnsona doprowadziły go do upadku. "Przycisk 'reset' przestał mu działać"

Boris Johnson mógł naprawdę przejść do historii i zmienić ten kraj, jak chciał, a zmarnował to przez błędy z głupoty. To jest jego osiągnięcie. Bo to było konsekwentne ignorowanie zasad przyzwoitości i uczciwości. I to doprowadziło do jego upadku - mówił w TOK FM Stanisław Skarżyński, korespondent "Gazety Wyborczej" w Wielkiej Brytanii.
Zobacz wideo

Brytyjski premier Boris Johnson ogłosił w czwartek swoją rezygnację z funkcji szefa rządu oraz lidera Partii Konserwatywnej. Zaznaczył jednak, że pozostanie na tych stanowiskach do czasu wyłonienia następcy. - Jest teraz jasne, że wyraźną wolą parlamentarzystów Partii Konserwatywnej jest to, aby był nowy lider tej partii, a więc i nowy premier - powiedział.

To następstwo kryzysu rządowego na wielką skalę, który wybuchł po tym, jak Downing Street przyznało, że Johnson od 2019 roku wiedział o zarzutach dotyczących molestowania seksualnego wobec posła Chrisa Pinchera. Mimo to premier powołał go w lutym tego roku na stanowisko zastępcy whipa, czyli osoby pilnującej dyscypliny w klubie poselskim. Po wybuchu skandalu z różnych stanowisk rządowych zrezygnowało kilkudziesięciu posłów.

- Przez jakiś czas pachniało kryzysem konstytucyjnym w Wielkiej Brytanii, tzn. taką sytuacją, w której premier trwa na stanowisku i nie zamierza podawać się do dymisji, a jednocześnie rząd nie funkcjonuje, bo skala rezygnacji jego współpracowników jest apokaliptyczna. Bo w ciągu 48 godzin zrezygnowało ok. 50-60 osób. Jeszcze wczoraj Johnson twierdził, że nie zamierza się podawać do dymisji, a dziś przy śniadaniu miał zmienić zdanie - komentował w TOK FM Stanisław Skarżyński, korespondent "Gazety Wyborczej" w Wielkiej Brytanii.

W rozmowie z Filipem Kekuszem zaznaczył, że choć Johnson ma plan pozostawać na stanowisku premiera do czasu wybrania jego następcy, to nie jest pewne, czy to się uda. - Bo poziom napięcia i złych emocji jest taki, że w Partii Konserwatywnej wydaje się dominować przekonanie, iż lepiej byłoby powołać premiera technicznego, który będzie sprawował władzę do czasu rozstrzygnięcia tej rywalizacji. Jest oczywisty kandydat na to stanowisko, czyli Dominic Raab (wicepremier i minister sprawiedliwości - przyp. red.), który w czasie, gdy Johnson był w szpitalu z COVID-19, pełnił obowiązki premiera - mówił.

Dziennikarz "Wyborczej" przypomniał, że choć Boris Johnson złożył rezygnację w bezpośrednim następstwie "bulwersującej" sprawy posła Chrisa Pinchera, to "tonął" już wcześniej. - Co najmniej od tzw. party gate (imprezy na Downing Street w czasie lockdownu - przyp. red.). Więc ten ostatni skandal związany z napastowaniem seksualnym przez jednego z zastępców przewodniczącego klubu parlamentarnego to była kropla, która przelała czarę goryczy, bo znowu okazało się, że Johnson nakłamał. To potwierdzało tezę, że ten rząd nie działa, że premier próbuje kłamstwami przebić się do jutra. A jest określona liczba razy wciskania guzika "reset", żeby to mogło przynieść jakieś skutki – analizował gość TOK FM.

"Zmarnował drugie życie"

Jak dodał, wojna w Ukrainie dała Johnsonowi "drugie życie", bo zepchnęła na dalszy plan skandale obyczajowe w Partii Konserwatywnej, jednak – w ocenie gościa TOK FM – premier Wielkiej Brytanii zmarnował tę szansę. - Takiej koncentracji władzy, jaką daje stanowisko premiera Wielkiej Brytanii i w dodatku dysponującego 80-madatową większością w parlamencie we współczesnych demokracjach właściwie nie ma. Więc mógł naprawdę przejść do historii i zmienić ten kraj, jak chciał, a zmarnował to przez błędy z głupoty. To jest jego osiągnięcie. Bo to było konsekwentne ignorowanie zasad przyzwoitości i uczciwości. I to doprowadziło do jego upadku. Bo okazuje się, że w Wielkiej Brytanii nadal jest tak, że aby być premierem, trzeba być do pewnego stopnia przyzwoitym – stwierdził.

Zdaniem Stanisława Skarżyńskiego, Boris Johnson zostawia Partię Konserwatywną w bardzo trudnej sytuacji, bo z jednej strony jest pogrążona w wewnętrznych perturbacjach politycznych, a z drugiej w tych, które są konsekwencją szalejącej inflacji i wojny w Ukrainie. - To są wyzwania, z którymi nowy lider będzie musiał sobie radzić, nie mając tego, co miał Johnson, czyli wspaniałej większości w parlamencie przez siebie skonstruowanej. Każdy nowy lider będzie na słabszej pozycji politycznej, bo partia jest podzielona. To może skończyć się wcześniejszymi wyborami, jeśli Partia Konserwatywna nie będzie w stanie zjednoczyć się wokół nowego lidera – podkreślił.

A co teraz stanie się z samym Johnsonem? Dziennikarz "Wyborczej" przyznał, że na Johnsonie "stawiano krzyżyk już dziesiątki razy", a mimo to on nie kończył kariery politycznej. - Jego idolem jest Winston Churchill, a ten wracał do władzy. Myślę, że Johnson będzie jakąś postacią kształtującą brytyjskie życie publiczne. Może jako publicysta, a może nadal jako parlamentarzysta – podsumował gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM