"Król tanich lotów" ogłasza koniec ery budżetowego latania. "Jest tak dobrze, że aż jest źle"

Czy na świecie kończy się właśnie tanie latanie samolotami? Zdaniem Eryka Kłopotowskiego, zagrożeniem dla takiego sposobu podróżowania nie tyle są inflacja i rosnące ceny paliw, co "dekrety polityków". - To oni mogą ustalić najtańsze ceny biletów lotniczych na poziomie np. 500 euro - mówił w TOK FM ekspert ds. lotnictwa.
Zobacz wideo

Założyciel linii Ryanair Michael O’Leary, zwany "królem tanich lotów" powiedział, że "kończy się tanie latanie samolotem". Jego zdaniem w ciągu najbliższych 5 lat ceny biletów będą rosły, bo okazało się, że niekiedy lot samolotem jest tańszy, niż przejazd tą samą trasą pociągiem. A do tego – jak stwierdził – rosnące ceny paliwa tanim podróżom podniebnym nie sprzyjają.

- To kolejna z ostrych, kontrowersyjnych i ekstremalnych wypowiedzi, z jakich słynie Michael O’Leary. Ale nie zgadzam się z nią. Nie będzie końca tanich linii lotniczych, dopóki nie włożą w nich rąk politycy. Czyli dopóki nie przyjdzie taka sytuacja jak podczas pandemii, kiedy dekretem politycznym mówiło się pasażerom: "Nie latacie". Albo dopóki dekretem politycznym nie ustali się najtańszych cen biletów lotniczych na poziomie np. 500 euro – mówił w TOK FM Eryk Kłopotowski, ekspert ds. lotnictwa. Zastrzegł jednak, że bilety na tanie linie mogą być "odrobinę droższe", bo średni ich koszt utrzymuje się na niskim poziomie i wynosi obecnie 50 euro, a ceny paliw rosną.

Ekspert podkreślił, że podniebne podróże są niekiedy tańsze od przejazdu pociągiem, bo oferujące je tanie linie lotnicze pozostają dobrze zarządzane. - System rezerwacyjny jest w nich o wiele prostszy i tańszy. Poza tym wykorzystuje się samoloty i załogi w sposób maksymalny, by szukać oszczędności absolutnie wszędzie. Do tego dochodzą przychody z ofert, które proponuje pasażerom załoga. Dotyczą np. perfum, loterii, kart podarunkowych. Jeśli Ryanair zaoszczędza 2 euro i tyle samo dodatkowo zarobi na każdym pasażerze, to mówimy o przychodach w wysokości 500 mln euro. Więc niewielkie zmiany przekładają się przy tej skali na gigantyczne kwoty – tłumaczył.

"Jest tak dobrze, że aż jest źle"

Jak jednak dodał, przy tym maksymalizowaniu zysków liniom lotniczym nie udało się uniknąć perturbacji po wyjściu z pandemii. - Ona doprowadziła do takiej sytuacji, że zwolniono wielu pilotów, stewardesy, a także obsługę naziemną lotów. Rok temu znaleźli sobie pracę gdzie indziej, a teraz nie są skłonni, by wrócić do poprzednich firm. Więc nie ma komu obsługiwać lotów, dlatego popyt na loty jest ogromny, ale nie nadąża za podażą. Linie lotnicze mają więc klęskę urodzaju. Czyli jest tak dobrze, że aż jest źle - ocenił.

Zwrócił uwagę, że duże zainteresowanie lotami po pandemii przekłada się na olbrzymie zyski linii, ale też uaktywnia związki zawodowe pracowników w nich zatrudnionych. - Mówią: "Przez dwa lata siedzieliśmy cicho, bo nie było podróżowania. Ale teraz samoloty są wypełnione, to strajkujemy" (…) Myślę, że w ciągu najbliższych paru tygodni podróżowanie będzie utrudnione w całej Europie i Stanach Zjednoczonych, bo nie da się tej sytuacji naprawić w kilka dni. Ale w perspektywie paru miesięcy sytuacja się ustabilizuje, bo branża będzie musiała płacić więcej pracownikom. Sądzę, że wróci zadowolenie z pracy w lotnictwie – prognozował Eryk Kłopotowski.

DOSTĘP PREMIUM