W tej wojnie nikt jeńców nie bierze! Sklepy wytaczają ciężkie działa, w tym... wódkę
Dostajecie SMS-y od jednej z sieci handlowych? To tylko część amunicji, na którą składają się też gazetki i promocje. Po wojnie na masło nadszedł czas na... wódkę, która kosztowała mniej niż 10 złotych za półlitrową butelkę. Możecie się śmiać, ale sprawa może się okazać poważniejsza, niż nam się wydaje.
W tej wojnie nikt jeńców nie bierze. Wojna jest marketingowa, a amunicja wszelakiego kalibru. Od najmniejszej w gazetach sklepowych, po największą, czyli SMS-y do milionów klientów, którymi od początku roku regularnie ich bombardują.
Wszechobecny kryzys
Zacznijmy od sprawy najpoważniejszej, czyli kryzysu kosztów życia. Kryzys przyszedł wraz z wojną energetyczną wytoczoną przez Rosję całej Europie. Wojna polegała na odcięciu Zachodu od taniego surowca energetycznego, czyli od rosyjskiego gazu. To właśnie tanie paliwo do produkcji energii stanowiło w części gospodarek o ich przewadze konkurencyjnej. Tania energia plus wysoka technologia równa się światowy sukces i wielkie zyski. Ale jeśli z tego równania wyjmie się pierwszym składnik, wynik nie może być inny niż gospodarcza klapa.
I tak właśnie sprawy się potoczyły dla konsumentów w całej Europie. Dla jednych bardziej, dla innych mniej, ale zawsze w bardzo złym kierunku.
Skończyło się na drenażu portfeli, astronomicznej inflacji i zakupowej drożyźnie , szczególnie bolesnej dla mniej zamożnych gospodarstw domowych. Bo takie gospodarstw więcej wydają z tego, co zarabiają, na rzeczy absolutnie niezbędne. Jak żywność i utrzymanie mieszkania. Członkowie tych gospodarstw oglądają więc każdy grosz z obu stron i zmieniają zwyczaje zakupowe. Ale przecież nie tylko oni.
Kupujemy mniej
Przede wszystkim zaczęliśmy masowo polować. Niemal wszystkie gospodarstwa domowe kupują na promocjach, a ponad dwie trzecie uważa, że powinno być ich jeszcze więcej, niż jest. Przerzuciliśmy się na dyskonty, chadzamy do nich częściej niż przed pandemią. I dlatego z polskiego krajobrazu handlowego systematycznie znikają niezależne sklepy spożywcze, rośnie zaś liczba sklepów dyskontowych. Kupujemy też mniej. I jest to najbardziej dotkliwy skutek kryzysu kosztów życia trwającego nieprzerwanie od czterech lat.
Statystycznie w ubiegłym roku każde gospodarstwo domowe przyniosło do domu o ponad sześć kilogramów mniej zakupów niż rok wcześniej. Klienci zbiorowo grają w grę zatytułowaną "pragmatyzm". Kupują tylko to, co naprawdę potrzebne, rezygnują z markowych produktów na rzecz marek własnych, jedynym argumentem jest cena. Najlepiej najniższa. Rządzą planowanie i oszczędność. I na koniec tej części opowieści jedna obserwacja, która martwi marketerów najbardziej.
O ile wcześniej klienci kupowali tyle samo, ale szukali produktów tańszych marek, o tyle teraz idą dalej. Całkowicie rezygnują z niektórych artykułów, a to spędza sen z powiek handlowcom. Czas więc na doniesienia wprost z marketingowego frontu. Czyli rzecz o... wódce.
Problematyczna promocja wódki
Bo to właśnie promocja na ten artykuł - było nie było - spożywczy wzbudził najbardziej intensywne emocje wśród klientów. I niemniej gorącą dyskusję o sensie jego promowania. Cena półlitrowej butelki wódki spadła bowiem - po rabacie - do sensacyjnie niskiego poziomu niecałych 10 złotych. Spadła jednocześnie w obu największych sieciach dyskontowych. Jedna sieć promowała Polną, a druga - Parkową. W wielu sklepach pod oboma szyldami produkt zniknął z półek, a właściwie z kartonów, zanim zapadł zmrok. Jednocześnie rozgorzał spór o sensowność zakupu na zapas oraz wykorzystania w celu domowej produkcji alkoholi smakowych.
Przy okazji klienci wskazywali na obniżoną moc trunku - 38 procent zamiast, ich zdaniem sensownych, co najmniej 40 procent. I spekulowali na temat zyskowności takiej sprzedaży, ponieważ 10 złotych za pół litra to mniej, niż wynosi akcyza za tę ilość alkoholu. To by znaczyło, że cena jest dumpingowa, a sprawa - poważna. W sam raz dla instytucji strzegącej interesów klientów i całego rynku, czyli Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. To by oznaczało, że posunięcie z Polną/Parkową było wyjątkowo ryzykowne. Ale dla marketów najwyraźniej opłacalne.
Nawet jeśli dyskonty dokładały do każdej butelki, to i tak prawdopodobnie zarabiały na klientach więcej, niż traciły na sprzedaży poniżej kosztu. Bo klient złapany w marketingową sieć zakupy i tak zrobi. Dokupi do Polnej lub Parkowej sok albo colę, coś na ząb i coś na poranek "po". A może nawet nie ograniczy się do ilości, której potrzebuje jednorazowo. I przy okazji zapełni wózek tym wszystkim, czego potrzebuje na teraz. I w tym właśnie rzecz.
Zapaść sprzedaży
Zwabiony promocją klient - a jak już wiecie, większość chadza tam, gdzie znajdzie rabaty - zostawia w sklepie pieniądze. Zwykle więcej, niż początkowo zamierzał. Stąd pojedynek na ceny, na przykład głośne ostatnio starcie na ceny masła. Albo promocyjna cena ryżu i mąki. Oba produkty można kupić w dawno niewidzianej groszowej cenie: konkretnie po 99 groszy za kilogram. Stąd zaskakująco niska cena mięsa: w promocji po niecałe dziewięć złotych. Albo promocje: kup jeden, drugi dostaniesz za darmo, co oznacza obniżkę ceny o połowę. W ostatnich dniach na przykład na karmę dla zwierząt, która od ubiegłego roku podrożała o ponad 100 procent. Lub olej rzepakowy po trzy złote za litr. Tak tani był ostatnio przed wojną w Ukrainie. I tak bez końca. Od początku roku ten wyścig po klienta wyjątkowo nabrał tempa. Bo w ostatnio handel nie szedł dobrze.
W grudniu, czyli w czasie, gdy wszyscy sięgają głębiej do kieszeni, sprzedaż spadła. Kupiliśmy mniej, chociaż zapłaciliśmy więcej. Na dodatek kupiliśmy mniej, niż spodziewali się ekonomiści. Czyli nie dość, że było źle, to na dodatek ten spadek skłonności do zakupów był zaskakujący. Przy okazji ważne przypomnienie: jest nas w kraju o blisko milion więcej, niż było przed wojną. Co się stanie, gdy goście wyjadą?
Na razie jednak niespodziewana zapaść w sprzedaży detalicznej może cieszyć ekonomistów. Szczególnie tych odpowiedzialnych z tak zwaną politykę monetarną. Czyli utrzymanie gospodarki w równowadze a szczególnie cen i wartości pieniądza. Bo im mniej kupujemy, tym ceny rosną wolniej. A może nawet zaczną spadać. W styczniu inflacja wyhamowała do poziomu najniższego od trzech lat . Częściowo także dlatego, że porównujemy się dzisiaj do rekordowego tempa wzrostu cen sprzed roku. Ale i to dobre, bo przecież dzisiaj płacimy już 128 złotych za to, co dwa lata temu kosztowało 100 złotych. I tą słodko-gorzką informacją (bo jest lepiej, ale wcale nie jest dobrze) życzymy wszystkim niezliczonych promocji. Codziennie.