Zawiodły nawet Chiny. Producenci pieluch i klocków już zaczęli się przestawiać
Świat podniósł alarm. Alarm jest demograficzny, a jego konsekwencje przyjdą w przyszłości. Bo na razie świat trwa w zdumieniu z powodu braku... dzieci. Brak nie jest nowy, po prostu mocno się pogłębił. Okazało się też, że wielopiętrowe wsparcie dla rodzin z pociechami niewiele zmienia. Już dzisiaj zmienia się za to życie każdego mieszkańca globu, bo gospodarki potrzebują rąk do pracy i głów do myślenia. Od tego, ile ich będzie, zależy, jak będziemy żyć i pracować, ile będziemy zarabiać i czy będzie z czego wypłacać emerytury. Ale nie tylko.
Brakuje rąk do pracy w całej Europie
Niemcom brakuje godzin, konkretnie przepracowanych godzin. W to może być trudno uwierzyć, ale z najnowszych danych wynika, że niemiecka gospodarka ma najkrótszy średni czas pracy ze wszystkich rozwiniętych gospodarek. Średnia roczna liczba godzin przepracowanych przez Niemców spadła o 30 procent w ciągu ostatnich 50 lat, o jedną czwartą mocniej niż na przykład w gospodarce amerykańskiej i dużo mocniej niż w gospodarkach naszej części Europy.
Pracownicy gwałtownie odwrócili się plecami do pracy w czasie pandemii. To właśnie wtedy pracodawcy byli zmuszeni skracać czas pracy, bo w zamkniętych gospodarkach nie wszyscy mieli co robić. Zarobki w części i tak wypłacane były z publicznych pieniędzy, więc dla pracodawców szkoda z tego ubytku nie była wielka.
To nie wszystko, To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Dlaczego nie doszło masowych zwolnień? Bo pracodawcy chomikowali pracowników. Wychodzili z założenia, że złe czasy miną i ludzie będą potrzebni. Zaś znalezienie nowych pracowników i przeszkolenie ich do pracy jest znacznie kosztowniejsze, niż utrzymanie starych z pomocą państwa, nawet jeśli wszystkich trzeba wcześniej wysyłać do domu. Lub po prostu wymagać mniej. A że - zgodnie z cytatem z Aleksandra Fredry: "łatwiej kijek pocienkować, niż go potem pogrubasić", pracownicy do standardowego czasu pracy, od tamtej pory nie wrócili. I pracują mniej. A nawet dużo mniej. Europejski Bank Centralny obliczył, że pod koniec ubiegłego roku w porównaniu z czasem przed pandemią każdemu ubyło pięć godzin pracy. To tak jakby w strefie euro rocznie zniknęło 2 miliony ludzi na pełnych etatach. Nic takiego nie stało się w innych wielkich gospodarkach. Wręcz przeciwnie - za Oceanem produktywność w gospodarce wzrosła, w Europie spadła.
Pensje w Polsce wciąż rosną. Martwią się nie tylko ekonomiści
To dla niemieckiej gospodarki, ale nie tylko dla niej, sytuacja zła, a nawet bardzo zła. Dlatego niemiecki rząd próbuje tę sytuację ratować. Na różne sposoby. W tym przeczące gospodarczemu zdrowemu rozsądkowi. Bo rząd wymyślił, że kto będzie pracować więcej, będzie płacić niższe podatki. Za nadgodziny będzie do ręki dostawać więcej niż za kodeksowy tydzień pracy. Standardowo jest odwrotnie, kto pracuje więcej i zarabia więcej, płaci więcej. Niemcy mają mieć odwrotnie. Innego wyjścia podobno nie ma. Bo brakuje rąk do pracy. W starzejącym się społeczeństwie, a Polska niczym się tu nie różni od Niemiec, nie ma kto pracować. Migrantów jest za mało, by uzupełnić braki. Kiedy, jak i kogo sprowadzać - na to pomysłu brak.
Podobne podejście mają w Holandii i Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy mają pracować więcej, bo rząd zmienia programy wsparcia, rodzi zasiłkami. Osoby starające się o świadczenie, zarabiające poniżej połowy płacy minimalnej będą musiały poddać się urzędowemu reżimowi intensywnego poszukiwania pracy. Będą musiały regularnie odbywać spotkania publicznych biurach pracy i udowadniać, że robią wszystko, co w ich mocy, aby zarobić więcej. W opcji jest utrata zasiłku. Protestują organizacje charytatywne. Bo uważają, że program kasowania świadczeń niczego nie zmieni. Pogrąży tylko najgorzej kwalifikowanych, w jeszcze większym ubóstwie. Ale brytyjski rząd uważa, że to jedyna droga do rozpędzenia gospodarki. W której, mówiąc po prostu, nie ma komu robić.
Tusk się chwali, że tak 'nie było od 26 lat'. Ale nie każdy się cieszy. 'To wyzwanie'
Polska nie ma się czym chwalić
I teraz Polska. W naszym kraju rocznie z rynku pracy ubywa 100-150 tys. par rąk do pracy. To różnica pomiędzy liczbą osób odchodzących na emeryturę a liczbą osób kończących szkoły i wchodzących na rynek pracy. Tę demograficzną dziurę przez ostatnia lata zatykali migranci. Do Polski systematycznie zjeżdżały setki tysięcy pracowników z Ukrainy, aż ich zasób się wyczerpał. Wybuchła wojna, część Ukraińców wróciła bronić kraju, do Polski uciekło nawet 2 miliony osób.
Do dzisiaj została mniej niż połowa, większość wyjechała na Zachód, gdzie i świadczenia i zarobki są wyższe. Pracodawcy zaczęli więc szukać pracowników dalej: w Gruzji, Turcji, Nepalu, Bangladeszu, Indiach, Indonezji, na Filipinach, a ostatnio też w Ameryce Południowej. Co dalej? Nie wiadomo. Krótkoterminowo przekonać Polaków do nadgodzin będzie trudno. Bo i tak po Grekach są najwięcej pracującym narodem w Europie, a większość zresztą ma już więcej niż jedną pracę. Długoterminowo skłonić do posiadania większej liczby dzieci, też się nie udało.
'Nigdy na świecie nie było aż tylu niewolników'. Z łatwością spotkasz ich w Polsce
W ostatnim czasie w Polsce urodziło się najmniej dzieci od drugiej wojny światowej. Zwijamy się zatem demograficznie. Zresztą nie tylko my, problemy mają też Amerykanie, Chińczycy, a nawet Egipt, Indonezja czy Kenia, czyli kraje uznawane do niedawna za demograficzne lokomotywy. W zeszłym roku światowy współczynnik dzietności spadł do poziomu 2,1. I po raz pierwszy w historii ludzkości znalazł się poniżej poziomu globalnej zastępowalności pokoleń.
Mniej dzieci. Gospodarka musi się przestawić
Dla światowej gospodarki spadająca dzietność to pełzająca rewolucja, której są już pierwsze biznesowe ofiary. To jednorazowe pieluchy dla dzieci.
Tzw. pampersy podbiły świat w czasie II wojny światowej, gdy kobiety musiały zastąpić mężczyzn w fabrykach, a ręczne pranie tetrowych pieluch przestało wchodzić w grę. Przez dziesięciolecia jednorazowe pieluchy napędzały sukces największych na świecie koncernów jak Procter and Gamble czy Kimberly Clark. Aż do dzisiaj, gdy dzietność na świecie spadła rekordowo nisko, za to rekordowo wysoko wzrosła inflacja. Rodzice, żeby oszczędzić na pieluchach, coraz wcześniej uczą dzieci, jak radzić sobie z nocnikiem, a przemysł dziecięcy robi taktyczny zwrot.
To, co było obciachem, dziś jest przedmiotem pożądania. Wszystko przez zetki
W Japonii, która pogrążona jest w najgłębszym w historii kryzysie demograficznym, najstarszy wytwórca pampersów zamknął linie produkcyjne na głucho. Teraz produkuje jednorazową bieliznę... dla seniorów. A to nie koniec. Przed podobnymi problemami stają producenci mleka dla niemowląt, obiadków w słoiczkach, łóżeczek, fotelików, ubranek oraz zabawek. I dlatego jeden z największych producentów klocków, przekonuje do siebie... dorosłych. Zestawami do składania lamborghini zamiast zamku z rycerzami i smokiem.