Duże laboratorium zalane wymazami. Próbek jest tak wiele, że części nie udaje się przebadać

Na rynku brakuje tzw. testów do szybkiej izolacji, które pozwalają na to, by pobrane od pacjentów wymazy covidowe badać automatycznie za pomocą specjalnego urządzenia. W przypadku standardowych testów nad każdym wymazem laborant musi pracować ręcznie, a to zajmuje sporo czasu.
Zobacz wideo

Lubelskie prywatne laboratorium Vitagenum bada najwięcej próbek w województwie lubelskim i współpracuje z Ministerstwem Zdrowia. Na początku zatrudniało osiem osób - dziś prawie cztery razy tyle. Musiało dokupić urządzenia, poszerzyć skład personelu, zwiększyć powierzchnię laboratorium. Bo zapotrzebowanie na badanie próbek z dnia na dzień rośnie.

Jak mówi prezes Vitagenum Maciej Maniecki, jego laboratorium wcześniej zajmowało się komercyjnymi testami genetycznymi, związanymi głównie z predyspozycjami zdrowotnymi poszczególnych osób. - Gdy zaczęła się pandemia, na krótko nawet się zamknęliśmy. Ale potem doszliśmy do wniosku, że przecież możemy pomóc. Rozmawiałem z wojewodą, zależało mu na uruchomieniu naszego laboratorium i na tym, abyśmy badali próbki z kierunku COVID-19 - mówi Maniecki.

Posłuchaj całej rozmowy!

Jak przyznaje, w tej chwili próbek są tysiące, głównie ze szpitali, od personelu i pacjentów, u których podejrzewa się zakażenie koronawirusem. Na początku pandemii, gdy laboranci wkładali próbki do badania w tzw. termocyklerze, często całe płytki z próbkami zabarwiały się na pomarańczowo, co oznaczało wynik negatywny. - Dzisiaj praktycznie za każdym razem, jak ustawiamy próbki na tym termocyklerze, to połowa jest niebieska, czyli są to wyniki pozytywne - mówi prezes Maniecki.

Testów do szybkiej izolacji brakuje wszędzie

Maciej Maniecki mówi nam, że początkowo wykonywano u niego około 300 testów dziennie. Wyniki były w ciągu 24 godzin. Dziś moce przerobowe laboratorium pozwalają na przebadanie nawet tysiąca próbek dziennie, tyle że brakuje tzw. testów do szybkiej izolacji. W efekcie laboranci muszą wszystko robić ręcznie.

- Laborant musi każdy wymaz otworzyć, pobrać próbkę, dosłownie dwie krople. Musi je chwycić w pipetę, wprowadzić do specjalnego dołka. To wszystko, gdy jest wykonywane ręcznie, zajmuje czas - opowiada nasz rozmówca.

Laboratorium z Lublina szuka ich obecnie w prawie całej Europie, ale bezskutecznie. W efekcie, akurat teraz, gdy zakażonych pacjentów przybywa lawinowo, nie ma szans na zwiększenie liczby wykonywanych badań. - Planowaliśmy, że może nawet uruchomimy trzecią zmianę w naszym laboratorium, by badać jeszcze więcej próbek. Szukamy też nowych pracowników. Niestety, jest jeden słaby punkt, czyli właśnie brak tych zestawów do szybkiej izolacji i wszystko się sypie - tłumaczy Maniecki.

Do laboratorium Vitagenum dokupiono lodówek, by było gdzie trzymać próbki. Wymaz, o ile został pobrany na odpowiednim podłożu, może być przechowywany maksymalnie cztery doby. Bywa, że laboranci mają jednak tyle pracy, że części próbek w tym czasie nie udaje się przebadać. Do tego czasami dochodzą problemy techniczne z urządzeniami do badań. Tak było ostatnio - przez awarię doszło próbki czekały za długo i trzeba było poprosić lekarzy w szpitalach o ponowne pobranie wymazów od pacjentów. 

Z czego wynikają problemy z dostawą testów do izolacji? Żeby się dowiedzieć, skontaktowaliśmy się z Janem Niechwiadowiczem, szefem firmy IMOGENA z Poznania, która dostarcza je m.in. lubelskiemu laboratorium. Firma jest ich dystrybutorem. - Mieliśmy pełne magazyny, ale wszystko się rozeszło. Na całym świecie są problemy z dostawami od producentów. Zwiększamy zawartość naszych magazynów, ale zapotrzebowanie jest ogromne - tłumaczy Niechwiadowicz.

Wyjaśnia, że producenci też już nie mają pełnych magazynów, więc cała produkcja wychodzi od nich niemal na bieżąco. - Jeśli chodzi o testy do izolacji dla lubelskiego laboratorium, powinniśmy wyjść na prostą w przyszłym tygodniu. Staramy się jak możemy, żeby laboratoria miały na czym pracować - podkreśla nasz rozmówca.

"Poproszę o zbadanie próbki na cito". Tyle tylko, że...

W rozmowie z TOK FM Maniecki wskazuje szereg absurdów systemu walki z koronawirusem. Do jego laboratorium codziennie dzwoni wielu pracowników szpitali z prośbą o zbadanie konkretnej próbki "na cito", czyli od ręki. - Dziś tak naprawdę większość tych próbek trzeba byłoby badać na cito, tak jest ich dużo - mówi nasz rozmówca. 

U siebie w laboratorium nie ma urządzenia do tzw. szybkich testów, których wyniki można byłoby uzyskać w ciągu półtorej godziny. Takie urządzenie - jak ustaliliśmy - ma laboratorium Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Lublinie, tyle tylko, że ono nie bada próbek ze szpitali, bo... nie ma umowy z NFZ. - Pytałem o to Lecha Sprawkę, wojewodę, a on rozkłada ręce. Muszę go pochwalić, bo przy walce z epidemią robi rewelacyjną pracę, a tutaj - też sam nie wie i nie rozumie, dlaczego tak jest. Jakby to była kwestia decyzji ministerialnych. W całym systemie jest sporo takich absurdów - mówi Maciej Maniecki.

Wojewoda się tłumaczy

Wojewoda lubelski Lech Sprawka zapewnia, że robi wszystko, by usprawnić pracę laboratoriów. Jak tłumaczy, chce żeby już teraz pacjenci czekali na wynik testu w kierunku koronawirusa maksymalnie półtorej doby. - Ta sytuacja musi być wdrożona, ponieważ nieskoordynowane w pełni działanie laboratoriów powoduje, że na SOR-ach, ale i szpitalach I poziomu blokuje się ruch pacjentów. Musimy ten problem definitywnie rozwiązać w oparciu o nowe zasady koordynacji na poziomie Urzędu Wojewódzkiego - mówi wojewoda.

Lech Sprawka tłumaczy też, dlaczego laboratorium Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Lublinie - mimo, że ma aparat do błyskawicznego badania próbek - nie ma na to kontraktu z NFZ i w związku z tym nie bada próbek ze szpitali. - Nie może tego robić, bo nie jest podmiotem leczniczym - wyjaśnia wojewoda.

DOSTĘP PREMIUM