Tu obowiązkowych prac domowych nie zadają już od lat. "To jest grzechem szkoły"
Od 1 kwietnia w klasach I-III szkół podstawowych nie zadaje się prac domowych, z wyjątkiem ćwiczeń usprawniających motorykę małą. W klasach IV-VIII prace domowe nie są obowiązkowe, a zamiast oceny uczeń ma otrzymać informację, co zrobił dobrze, a co wymaga poprawy. To efekt decyzji, którą kilka miesięcy temu podjęła ministra edukacji.
- Prace domowe będą nieobowiązkowe i nieoceniane. Co nie znaczy oczywiście, że nie można będzie ich zadać, ale absolutnie bez ocen - wyjaśniała na jednej konferencji Nowacka, bo pomysł wywołał też szereg krytycznych opinii.
Resort przekazał, że przez "pisemne i praktyczno-techniczne prace domowe" należy rozumieć w szczególności dłuższe wypowiedzi pisemne (np. rozprawka, streszczenie), wypełnianie zeszytu ćwiczeń, rozwiązywanie zadań matematycznych czy przygotowywanie prac w rodzaju makiet, modeli, prezentacji multimedialnych itp.
Burza wokó́ł nowego pomyślu Barbary Nowackiej. 'Jazda na lodzie bez trzymanki'
Szkoła bez prac domowych
W Lublinie jest szkoła, w której typowych - obowiązkowych prac domowych nie ma już od lat. To prywatna Szkoła Podstawowa Paderwski oraz Międzynarodowe Liceum Ogólnokształcące. Jeśli chodzi o pracę w domu - pierwszoklasiści biorą tu udział w projekcie, zgodnie z którym mają czytać po 15 minut dziennie, by szlifować tę umiejętność. Starsi uczniowie z kolei czytają lektury (dostają na to określony czas, np. dwa tygodnie). Nie ma natomiast zadawania z dnia na dzień ćwiczeń chociażby z matematyki, fizyki czy biologii.
- Stawiamy na to, że uczniowie mają się uczyć przede wszystkim w szkole. Spędzają tu bardzo dużo czasu. Uznajemy, że nie ma potrzeby, by jeszcze wiele rzeczy robili godzinami w domu - mówi wicedyrektorka liceum i psycholożka Izabela Kopik. - To nie znaczy oczywiście, że w domu uczniowie w ogóle nie pracują. Muszą przecież powtórzyć materiał, przygotować się do sprawdzianów czy kartkówek, biorą udział w różnych projektach. To wystarczy - zapewnia.
Kopik przekonuje, że w "Paderewskim" taka metoda sprawdza się już od lat. Nauczyciele widzą, jeśli uczeń ma zaproponowaną pracę do wykonania, z której nikt go nie rozliczy, to najczęściej sam z siebie ją zrobi. - Na przykład zadania z matematyki i powtórki. Jeśli uczeń wie, że ma z czymś problem, a nauczyciel podpowie, co można poćwiczyć, jakie zadania rozwiązać, to on naprawdę w swoim wolnym czasie to wykona. Dla siebie. Nie dla ocen i nie dla nauczyciela - podkreśla nasza rozmówczyni.
Dyrektorka o "grzechu" szkoły
W podobnym tonie wypowiada się Katarzyna Olejnik, dyrektorka tutejszej podstawówki. - Praca domowa, jeśli jest zadawana, nie powinna być oceniana. Przecież jako nauczyciele nigdy nie mamy pewności, czy dziecko zrobiło ją samodzielnie, czy pomógł mu rodzic albo korepetytor, a może spisało od kolegi - mówi.
W jej opinii w szkołach istnieje pewien "automatyzm" zadawania prac domowych, który nie powinien mieć miejsca. - To jest grzechem szkoły. Robimy coś, bo jesteśmy tak "zaprogramowani", a nie zapytamy, czemu ma to służyć. Dlatego nie ma naszej zgody na takie zadawanie prac domowych, na każdym przedmiocie, każdego dnia - podsumowuje Olejnik.
Podwyżki dla nauczycieli. Związkowcy są wściekli. MEiN: Jest tak, jak obiecano
Kopik wyjaśnia, że nauczyciele w "Paderewskim" wychodzą z założenia, że uczeń jest podmiotem, który sam ma prawo decydować, na czym mu zależy. Jeśli wie, że w przyszłości przyda mu się geografia albo zwyczajnie go ten przedmiot interesuje, to sam się zmobilizuje do jego poznawania, również w domu. - To jest też nauka odpowiedzialności za siebie i swoje decyzje - twierdzi wicedyrektorka LO.
Poza tym uważa, że uczniowie "muszą mieć czas dla siebie, swoich pasji albo zwykłego leniuchowania po ciężkim dniu". - Ono też jest potrzebne. Każdemu z nas, młodym również - dodaje.
Co na to uczniowie?
Jagoda Górna dziś jest uczennicą liceum. Wspomina, że chodziła do podstawówki, w której prace domowe były na porządku dziennym. - To było ciężkie. Już w czwartej klasie wracałam do domu i siadałam do lekcji. I tak codziennie. Prawie nie miałam czasu na swoje zainteresowania. Dzisiaj mam. Gram sportowo w tenisa - opowiada. Jak tłumaczy, w jej szkole zadania domowe - od czasu do czasu - są, ale nigdy nie na ocenę i nigdy nie są obowiązkowe. - Nikt ich nie sprawdza, jeśli je odrabiamy, to dla siebie. To jest ważne, bo człowiek nie ma nad sobą bata i nie dostanie "jedynki", jeśli czegoś nie da rady wykonać - mówi uczennica.
- Moim zdaniem prace domowe z przedmiotów ścisłych czasami mogą być zadawane, ale na pewno nie powinny być oceniane i nie powinny być obowiązkowe. Raczej chodzi o to, żeby uczeń miał możliwość sprawdzenia się, powtórzenia materiału - twierdzi Dominika z LO "Paderewskiego". Jak dodaje, dzięki temu, że w jej placówce prac domowych w zasadzie nie ma, po wielu godzinach spędzonych w szkole, ma czas dla siebie.
Pomysł bez konsultacji?
Część ekspertów krytykowało Nowacką, że zamierza zrezygnować z prac domowych bez przeprowadzenia szerokich konsultacji w tej sprawie. - Nie towarzyszą temu żadne dyskusje, żadne badania, żadne konsultacje z nauczycielami, podbudowa merytoryczna. "Ludzie na mieście mówią" to nie jest żadna podstawa, żeby coś w szkole zmieniać - mówiła TOK FM dr Iga Kazimierczyk z fundacji Przestrzeń dla Edukacji.
Ekspertka podkreśliła, że wprowadzanie takiej rewolucji w trakcie roku szkolnego jest bardzo ryzykowne. - Wprowadzenie jakichkolwiek zmian przed końcem roku szkolnego, to jest jazda na lodzie bez trzymanki i bez żadnych umiejętności oraz barier. Dlatego, że to jest moment, w którym przygotowujemy się do końca roku i planujemy już kolejny - wskazała.
Nowacka, pytana przez nas na konferencji, przekonywała, że konsultacje były prowadzone "przez cztery lata, na spotkaniach, na których (...) nauczyciele mówili, że jedna z rzeczy, która młodzież obciąża, to właśnie prace domowe, których jest bardzo dużo, są zadawane w sposób nieskoordynowany i wszystkie są wymagane".