Afera o wystawę "Nasi chłopcy". Polak mógł odmówić wcielenia do Wehrmachtu? "Wtedy pod ścianę"
- W Muzeum Gdańska można oglądać wystawę podejmującą temat wcielania mieszkańców Pomorza Gdańskiego do armii III Rzeszy;
- Ekspozycja wywołała oburzenie części polityków, Andrzej Duda pisał o 'relatywizowaniu historii', a Mariusz Błaszczak o realizacji niemieckiej narracji;
- Prof. Cezary Obracht-Prondzyński mówił w TOK FM, że obywatele Wolnego Miasta Gdańska automatycznie zostawali obywatelami Rzeszy, więc ich obowiązkiem była również służba wojskowa;
- Za odmowę groziło im rozstrzelanie, a ich rodzina mogła trafić do obozu koncentracyjnego.
Dwunastego lipca w Muzeum Gdańska otwarto wystawę "Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy", która wedle organizatorów podejmuje nie tylko temat przyczyn, przebiegu i konsekwencji masowej rekrutacji przez III Rzeszę w regionie, ale także wymazania zjawiska z pamięci po 1945 roku.
Oceny niesprawiedliwe i powierzchowne
Ekspozycja budzi oburzenie wśród polityków PiS, ale nie tylko ich. Zdaniem prezydenta Andrzeja Dudy to moralna prowokacja. "Nie ma zgody na relatywizowanie historii" - podkreślił. Mariusz Błaszczak pisał o realizacji niemieckiej narracji, a Władysław Kosiniak-Kamysz o tym, że nie służy polskiej polityce pamięci. "Nasi chłopcy, żołnierze i cywile, Polacy, bronili Ojczyzny przed nazistowskimi Niemcami do ostatniej kropli krwi. To oni są bohaterami i to im należą się miejsca na wystawach" - zaznaczył szef MON.
Wystawa 'Nasi chłopcy' wywołała polityczną burzę. O czym opowiada? Wyjaśniamy
Muzeum sprzeciwiło się "niesprawiedliwym i powierzchownym ocenom" osób, które "nie zapoznały się ani z samą ekspozycją, ani z jej kontekstem historycznym i edukacyjnym". " Ubolewamy nad tym, że narracja wokół wystawy bywa wykorzystywana instrumentalnie dla doraźnych celów politycznych" - zaznaczono w oświadczeniu.
"Przymusowe wcielanie Polaków do Wehrmachtu jest niemiecką zbrodnią, której nie można przemilczać. Pokazujemy cierpienie ludzi, którym odebrano wybór, nie zgadzamy się na przedstawianie ich jako zdrajców lub kolaborantów" - dodał rzecznik muzeum dr Andrzej Gierszewski. I podkreślił, że "nie da się budować dojrzałej debaty o historii bez uczciwego spojrzenia na jej najbardziej bolesne aspekty".
'Do dziś żyjemy w cieniu ówczesnych rozstrzygnięć'
- To, po której stronie granicy żyłeś, miało kolosalne znaczenie dla ciebie przed wojną, ogromne znaczenie w czasie wojny i ogromne znaczenie od strony prawnej, praw obywatelskich, ale również pozycji społecznej po drugiej wojnie światowej. Do dziś żyjemy w cieniu tych ówczesnych rozstrzygnięć - mówił na antenie TOK FM prof. Cezary Obracht-Prondzyński z Uniwersytetu Gdańskiego, socjolog, antropolog i historyk.
Jak przypominał w audycji "OFF Czarek", obywatele Wolnego Miasta Gdańska z automatu stawali się obywatelami Rzeszy. Ze wszystkimi wynikającymi z tego obowiązkami, w tym obowiązkiem służby wojskowej.
Obracht-Prondzyński wspominał także aferę dotyczącą dziadka z Wehrmachtu Donalda Tuska i pojawiających się wtedy pytań, czy mógł on odmówić służby. - Mógł, wtedy idzie pod ścianę, a rodzina do Stutthofu - stwierdził naukowiec.
Gość Cezarego Łasiczki przypomniał, że to mieszkańcy Gdańska budowali Stutthof - pierwszy na polskich ziemiach obóz koncentracyjny. Wiedzieli zatem, co tam będzie się działo. Gość TOK FM dodał, że Niemcy w ciągu kilku miesięcy, od września 1939 roku do początków 1940 roku wymordowali w regionie kilkadziesiąt tysięcy osób (zbrodnia pomorska).
- Ten kontekst trzeba znać i rozumieć. Granica miała kolosalne znaczenie - powtórzył Obracht-Prondzyński.