Mieszkał z Kajetanem Poznańskim. "Tamten wyjazd prawdopodobnie uratował mu życie" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Poniższy fragment pochodzi z reportażu pt. 'Taki dobry chłopak. Sprawa Kajetana Poznańskiego' autorstwa Hanny Dobrowolskiej. Książka ukaże się 23 października 2024 roku nakładem Wydawnictwa Harde.
Mieszkanie na pierwszym piętrze w bloku przy Potockiej 60 niczym się nie różniło od tego, co zwykle oferuje się studentom w Warszawie. Trzypokojowy lokal, który właściciel odziedziczył po matce, wyglądał dokładnie tak, jak zostawiła go zmarła gospodyni. Stare podłogi, stare meble, dywany i zasłonki pamietające jeszcze czasy Polski Ludowej. Każdy z lokatorów miał swój pokój, rozkładaną wersalkę, skrzypiącą szafę i jakiś regał na książki czy bibeloty. Nikt inny by tego nie wynajął, tylko studenci. A tych się zresztą przez to mieszkanie przewinęło wielu w ostatnich latach przed pożarem. Ktoś zajął miejsce po koledze, ktoś dostał cynk od kuzyna i tak dalej. W lutym 2016 roku skład był następujący: student lingwistyki, student informatyki i bibliotekarz. Dzielili razem przestrzeń od zaledwie kilku miesięcy, nie przepadali za sobą, ich kontakty ograniczały się do wymiany komunikatów dotyczących wspólnego zamieszkiwania. Żadnych wspólnych imprez, wieczornych pogaduszek.
"Nie wiem, w jaki sposób Kajetan dowiedział się o naszym mieszkaniu, Damian go rekrutował. Wprowadził się latem 2015 roku. Nie znałem go wcześniej. Pomiędzy nami trzema nie ma żadnych głębszych relacji, łączy nas to, że wspólnie wynajmujemy mieszkanie" - podkreślał Łukasz. Mężczyzna był w stanie odtworzyć, w jakich godzinach funkcjonują współlokatorzy. Wiedział na przykład, że Kajetan wychodzi z domu o siódmej trzydzieści, bo mijali się rano, gdy Łukasz jeszcze zaspany dopiero szedł do łazienki. Poznański był raczej cichy, ale trzeciego lutego obudził swoich kolegów nietypowym zachowaniem.
Łukasz słyszał, że pomiędzy czwartą a piątą rano Kajetan kręcił się w kuchni, jakby coś kroił albo raczej siekał. Nigdy wcześniej takiego hałasu nie robił. Z kolei ochroniarz budynku pamiętał, że widział Poznańskiego, jak trzeciego lutego już o godzinie piątej wykonywał jakieś ćwiczenia przy włączonym świetle i odsłoniętych oknach. Co za gość - pomyślał. Większość mieszkańców budynku jeszcze spała.
'Damian, zostaw broń'. Masakra w zakładzie karnym w Sieradzu oczami negocjatora [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Koledzy z mieszkania mówili o nim, używając określenia "dziwny". Bibliotekarz płacił rachunki, ale żądał od współlokatorów przesyłania faktur i wyliczał konkretne kwoty. Przynosił do mieszkania nietypowe przedmioty, na przykład znalezione na śmietniku płyty meblowe. Jeden z chłopaków odkrył, ze Poznański buduje karmniki dla ptaków, gdy któregoś dnia z powodu przeciągu zamykał okno w jego pokoju. Miał też tam piłę, młotek i myśliwski nóź, który mógł mieć nawet czterdzieści centymetrów.
Szybko zaczął narzucać im swoje normy. "Próbował na mnie wymuszać sposób zamykania drzwi do mieszkania albo zmusić do odkładania butów w konkretnym miejscu. Nie lubię go, nie jest zbyt rozmowny. Nic na jego temat nie wiem, nie wiem, czy ma samochód, prawo jazdy, jak wygląda jego prywatne życie" - mówił Łukasz.
"Zastanawiałem się, czy on w ogóle sypia. Drzwi do mojego pokoju są na wprost jego pokoju, a w drzwiach jest szyba. Kiedy Kajetan zapałał światło, ja to widziałem, bo mam ustawione łózko na wprost drzwi. To światło z jego pokoju raziło mnie, jednak ja nie zwróciłem mu na to uwagi. Ja zwykle chodzę spać miedzy północą a pierwszą i kiedy kładę się spać, widzę, ze u Kajetana pali się światło. Kiedy raz wstałem w nocy do toalety, też widziałem, że nadal pali się światło w jego pokoju. Gdy wracam z pracy, też się pali" - zwrócił uwagę Łukasz.
W grudniu 2015 zaskoczył wszystkich. Nagle w okresie świątecznym wyniósł na śmietnik swoje łózko i materac oraz biurko, zaczął sypiać na brązowym grubym kocu. Poznański tłumaczył współlokatorom, że w mieszkaniu były pluskwy, i zażądał dezynsekcji. Nikt więcej poza Kajetanem żadnych robaków nie widział, ale ekipa od usuwania podobnych problemów odwiedziła mieszkanie w sylwestra. Lokatorzy - tak zarządził Kajetan - mieli się na ten czas przeprowadzić w inne miejsce. "W styczniu naciskał na mnie, żeby przeprowadzić kolejną dezynsekcję, ale ja nie miałem się gdzie zatrzymać. Zagroził mi, że będę spał z tym gazem" - pamiętał Łukasz. Mężczyźni czuli się bezradni wobec fanaberii Poznańskiego. Zgadzali się na jego pomysły, żeby nie wszczynać awantur. Pretekstów jednak nie brakowało.
"Któregoś dnia Damian zapalił papierosa w swoim pokoju, a Kajetan wyczuł to przez kratki wentylacyjne. To było rano, byłem wtedy w łazience, ale słyszałem, że na korytarzu coś się dzieje. Kiedy otworzyłem drzwi, zobaczyłem Damiana, miał potargane ubranie, a Kajetan był już w swoim pokoju. Poszarpali się. Powiadomiłem o tym właściciela i ustaliliśmy, że wypowie on Kajetanowi umowę najmu. Potem Damian mówił, że Poznański go przeprosił i nie chce mu się teraz zajmować szukaniem lokatora, bo ma sesję na uczelni" - wspominał Łukasz. On jednak czuł, ze mieszkanie z Poznańskim źle się dla kogoś skończy. Już wtedy rozważał zmianę adresu.
Sytuacja rozeszła się po kościach. Damian zdał egzaminy i wyjechał jeszcze w styczniu, by odpocząć u rodziców na drugim końcu Polski. Wrócił do stolicy dopiero trzeciego lutego. Dziś mężczyzna nie chce rozmawiać o byłym współlokatorze, odmówił spotkania. Jego imię wciąż budzi w nim przerażenie. Dopiero niedawno dowiedział się, że tamten krótki wyjazd prawdopodobnie uratował mu życie.
Trupi dyżur
Tak zwany dyżur zdarzeniowy w prokuraturze rejonowej najczęściej trwa siedem dni. Prokurator pobiera telefon służbowy w piątek po południu i przez kolejny tydzień musi całą dobę być gotowy jechać "na zdarzenie". Prokuratorzy mówią na niego "trupi dyżur", bo zwykle są wzywani do zgonu, który może mieć związek z jakimś przestępstwem. Jeżdżą głównie do wisielców, topielców, skoczków, wypadków drogowych, do zwłok w melinach i do zabójstw, choć tych nie ma wcale dużo. Trzeciego lutego 2016 roku taki dyżur w Prokuraturze Rejonowej Warszawa- Żoliborz pełnił prokurator Paweł Pietrzak. To nie był jego przydział, zamienił się z koleżanka z działu, która mocno się rozchorowała i nie była dyspozycyjna. Ani dyżuru, ani nawet pierwszej połowy trzeciego dnia lutego prokurator Pietrzak nie zapamiętał jakoś szczególnie. Po godzinie piętnastej myślami był już w drodze do domu, miał odebrać córkę z przedszkola, zrobić jakieś zakupy. Wtedy zadzwonił służbowy telefon.
Tajemnicza śmierć Magdaleny Żuk w Egipcie. 'Ja już stąd nie wrócę'
"Policjant poinformował mnie, ze w bloku przy ulicy Potockiej jest pożar, a podczas dogaszania straż pożarna ujawniła zwłoki kobiety. Na początku miałem cząstkowe informacje, nie wiedziałem jeszcze, co się wydarzyło. Gdy jechałem na miejsce, policja znów zadzwoniła. Dowiedziałem się wtedy, że ta kobieta, którą znaleziono, nie ma głowy i nie wiadomo, gdzie ta głowa jest. Już czułem, ze to będzie coś poważniejszego, bo samobójstwo i wypadek ze zrozumiałych względów wykluczyłem, nie będąc jeszcze na miejscu" - powiedział mi prokurator Pietrzak. Po ośmiu latach od zdarzenia wciąż dokładnie pamiętał szczegóły tej interwencji. Przed blokiem stał wóz straży pożarnej, była policja i sporo gapiów. Prokurator wraz z grupa oględzinową wszedł na górę.
"Weszliśmy do skromnie umeblowanego pokoju, w którym leżały zwłoki szczupłej kobiety w pozycji embrionalnej. Ciało było nadpalone, owinięte w czarny worek i chyba jakąś torbę. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, kim jest pokrzywdzona. O sprawcy też nie mieliśmy żadnego pojęcia. W tym lokalu w momencie pożaru nikogo nie było" - usłyszałam. Do momentu pojawienia się prokuratora nikt nie dotykał przedmiotów znajdujących się w mieszkaniu. Dopiero gdy formalnie rozpoczęły się oględziny pomieszczeń, jeden z techników znalazł w rogu pokoju dużą torbę, przypominająca pokrowiec na pościel. W środku schowany był ciemny plecak z okularami pływackimi, czepkiem i ręcznikiem, były tam spakowane również damskie kapcie, zakrwawione różowe rękawice i coś, czego technicy nie spodziewali się znaleźć. "Panie prokuratorze, jest głowa" - powiedział technik policyjny. Widzieli już niejedne zwłoki, ale ten widok trudno było wymazać później z pamięci. Kobieta wyglądała jak lalka, a jasne długie włosy miała posklejane krwią, którą w protokole opisano później jako "substancja koloru brunatnego". Zrobili zdjęcia.
Tajemnica ostatniej drogi Ewy Tylman. 'Ta sprawa pokazuje, jak ważna jest niezawisłość sądiów'
*
Wezwano biegłą z zakresu medycyny sądowej i biegłego z zakresu pożarnictwa, przyjechali też funkcjonariusze z Wydziału do spraw Zwalczania Terroru Kryminalnego i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji. W trakcie oględzin do zniszczonych przez straż pożarną drzwi zaczął dobijać się jakiś chłopak. Twierdził, że wynajmuje tam pokój, i chciał wiedzieć, co się stało. Wpadł w histerię, gdy usłyszał, że w jego mieszkaniu najprawdopodobniej doszło do zabójstwa i musi chwilowo zatrzymać się gdzie indziej. Damian przekazał funkcjonariuszom, że pokój, w którym znaleziono zwłoki, zamieszkuje Kajetan Poznański. Wiedział, że mężczyzna pracuje w bibliotece, a jego mama jest prokuratorem. Współlokator twierdził, że Poznański jest dziwny, konfliktowy, pasował na mordercę. Rozpoczęły się poszukiwania człowieka, który wkrótce miał się stać najpilniej ściganym przestępcą w Europie. (...)
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>