K-popowe łowczynie demonów rządzą na Netfliksie. Czy w kinach będzie podobnie?
To najpopularniejszy firm w historii Netfliksa. "K-Pop Demon Hunters" osiągnął coś, czego nie udało się niemal nikomu w historii światowego kina. Animacja o koreańskim K-Popowym girlsbandzie, walczącym z wcielonymi w K-Popowy boysband demonami, zawładnęła sercami i umysłami Pokolenia Zet - obejrzano ją już 270 milionów razy. Sukces filmu zadziwił nawet jego twórców, którzy stworzyli go bez większej wiary w powodzenie.
Z tego artykułu dowiesz się:
- O czym opowiada film?
- Jak na jego sukces wpłynęły media społecznościowe?
- Czy jego popularność spowoduje, że odżyją produkcje kinowe?
To miał być film jak wszystkie, czy może raczej jak większość innych. Animacja o trzech dziewczynach, które tworzą girls-band Huntr-X, a śpiewające w nim nastolatki prowadzą podwójne życie. Huntr-X jest zespołem K-Popowym, dziewczyny są Koreankami i bohaterkami masowej pop-kulturowej wyobraźni. To za dnia. Bo w nocy stają się łowczyniami demonów, które swoje nadzwyczajne moce czerpią z muzyki. Ich śmiertelni wrogowie to Saja-Boys, popowy band złożony z sił zła, które odbierają dusze fanom muzyki. Dziewczyny jako globalne supergwiazdy chronią publiczność przed nadprzyrodzonymi zagrożeniami, na scenie konkurują z mrocznymi rywalami przebranymi za chłopców jak z K-Popowego żurnala. Film łączy akcję z historią o przyjaźni i wierze we własne siły. Krytycy wskazują, że za jego oszałamiającym sukcesem stoją też uniwersalne przesłania jak prawo do odkrywania siebie i swoich pasji - wbrew całemu światu.
Zwycięstwo niszowych dźwięków
Ścieżka dźwiękowa powstała przy udziale czołowych twórców hitów K-popowych, którzy mieli konkretną koncepcję. Chcieli, by w DNA filmu znalazła się prawdziwa koreańska muzyka rozrywkowa w wersji koncertowej. I dlatego wszyscy zaangażowani w jej tworzenie - od producentów, przez autorów muzyki, po tekściarzy i twórców aranżacji - związani są z K-Popem. Także dzięki temu ścieżka dźwiękowa do Łowczyń Demonów stała się światowym fenomenem. Aż siedem piosenek z filmu znalazło się jednocześnie na światowej liście magazynu "Billboard". Cztery z nich okupowały miejsca w pierwszej dziesiątce. Soundtrack osiągnął coś, co nie udało się wcześniej nigdy żadnej ścieżce filmowej w historii kina, z przebojem "Golden" na czele, bijącym wszelkie rekordy popularności. W wiralowym świecie mediów społecznościowych stał się czymś więcej niż piosenką z animacji dla nastolatków. Doczekał się tysięcy przeróbek i wykonań, a świat jak długi i szeroki śpiewa piosenkę trzech animowanych dziewczyn, jako hymn o byciu sobą. I sile dziewczyn. Okazało się, że postawienie na muzykę, która jeszcze do niedawna zajmowała na Zachodzie jedynie rozrywkową niszę, to trafienie szóstki w rozrywkowego totka. K-Popowa ścieżka dźwiękowa trafiła nawet do tych, którzy z tym gatunkiem nigdy wcześniej nie mieli do czynienia. Na przykład do rodziców, za którymi piosenki z filmu zaczęły uparcie chodzić po tym jak ich dzieci wielokrotnie odtwarzały je na telefonach i komputerach.
Ale największy sukces "Łowczynie" przyniosły producentom. Którzy po siedmiu latach pracy nad filmem, z którym nie wiązano zresztą wielkich nadziei, myślą teraz nad kolejnymi historiami z tej serii oraz stworzeniem wersji aktorskiej. Będzie o księżniczkach z pokolenia Zet, które wzięły w dłonie magiczne różdżki popularności i dotknęły nimi koreańskiej opowieści o walce dobra ze złem. Produkcja z koreańską muzyką rozrywkową w roli głównej stała się najczęściej oglądanym filmem Netflixa. W ciągu trzech miesięcy został odtworzona prawie 270 milionów razy. Rekordy biła już w pierwszych dniach wyświetlania w czerwcu, ale koniec wakacji przyniósł jej galaktyczny sukces, którego nikt się nie spodziewał. Z kierownictwem Netflixa i pomysłodawcami produkcji na czele.
Oryginalny pomysł był prosty: stworzyć film, który pokaże koreańską kulturę taką jaka jest. I dlatego ekipa produkująca "Łowczynie" pojechała na wiele miesięcy do Korei. Tam obejrzała na własne oczy czym jest K-Pop i jego globalna publiczność, co jada się w koreańskich barach i jak ubiera się koreańska ulica, jak sprzedają się dzisiaj koreańskie legendy i architektura. Twórcy scenografii pojechali nawet na koreańską wieś, a wszystko co zobaczyli detalicznie umieścili w animowanej scenografii. Powstał film, w którym demony przepędza się muzyką, a chłopięcy boysband złych duchów występuje w strojach złowieszczego żniwiarza rodem z koreańskich baśni. Wszystko to zgromadziło wokół "Demon Hunters" oddanych fanów, którzy w mediach społecznościowych - najskuteczniejszej na świecie machinie marketingowej - nie tylko podają dalej treści, ale ja własnoręcznie tworzą. Jeszcze mocniej napędzając sukces produkcji.
Sukces odniesiony na kanapie
Czym dla największej na świecie platformy streamingowej może być niespodziewane globalne powodzenie "Łowczyń"? Może być zwrotem w strategii, w której Netflix produkuje filmy do dystrybucji on-line, uznając, że doświadczenie wyprawy do kina jest doświadczeniem z poprzedniej epoki. Bo - jak twierdzi prezes firmy - trzy czwarte Amerykanów nie ma kina pod nosem, ma za to komputer i kanapę. I dlatego produkcja, nawet po super sukcesie streamingowym, do kina trafiła tylko na tydzień w specjalnej wersji "sing-along" czyli zachęcającej do śpiewania, z tekstami piosenek wyświetlanymi na ekranie oraz wskazówkami kiedy i w jakim tempie śpiewać. Film wyświetlono na ograniczonej licznie ekranów, bilety zostały wyprzedane na pniu. I to pomimo, że "Łowczynie" były do obejrzenia online już wiele tygodni wcześniej. Czyli znów wiktoria. Czy to znaczy, że Netflix zmieni kurs i swoje wielkie produkcje wyśle do kin?
Niekoniecznie. Tak przynajmniej twierdzą eksperci. "K-Pop Demon Hunters" powstał we współpracy z wytwórnią Sony, która nie miała przekonania do tej produkcji. Netflix, też bez przekonania, dołożył do niej swoje pieniądze. Premiera odbyła się bez fanfar, bez krzyczących billboardów i bez reklamy w mediach. Firma dopiero teraz nadrabia te zaległości na gwałt produkując gadżety. Ale rynek już ją wyprzedził. Firmy odzieżowe bazują na trendach z filmu, koreańskie sieci fast-foodowe puchną od ciekawej smaków klienteli, a firmy turystyczne wysyłają ludzi na wycieczki do Korei śladami Łowczyń. W lipcu Seul odwiedziło o ponad 20 procent więcej turystów niż rok wcześniej. W chwilę po premierze K-Pop Hunters liczba wyszukiwań w Google dla "koreańskie potrawy" wzrosła o 75 procent. Kto nie wie czym jest kimbap, teraz nie ucieknie przed tą wiedzą. Gdyby jednak się udało: zajadają się nim bohaterki filmu, to koreańska wersja sushi czyli ryż z nadzieniem owinięty w prasowane wodorosty.
Ale dla przemysłu filmowego animowany hit, to potwierdzenie strategii z kanapą zamiast kinowego fotela. I jednocześnie perspektywa promowania oryginalnych produkcji, z nadzieją, że poniosą się w świat same. Tak jak w przypadku K-popowej animacji Netflixa, za sukcesem której stoi generacja Zet i jej magiczne różdżki soszialowej popularności.