Skłócili Europę i nie przestają mieszać. Rosja znów knuje ws. zboża
Poważne problemy zaczęły się dwa lata temu, gdy Rosja napadła na Ukrainę, a polscy rolnicy zebrali z pól zboże. Zwieźli je do magazynów i silosów, by sprzedać je w dogodnym momencie. Zboże w produkcji było nietanie, bo rok wcześniej Rosja wypowiedziała Europie wojnę energetyczną. Wstrzymała dostawy gazu, cena surowca rosła w tempie geometrycznym, a wraz z nią ceny nawozów. Bo do wytworzenia chemii rolniczej potrzeba gigantycznej ilości energii. A do jej wytworzenia fabryki używają gazu.
Ceny zboża i niesprawdzone prognozy
Ceny nawozów szły więc w górę zaraz po cenach gazowego paliwa - w ciągu kilku miesięcy wzrosły prawie czterokrotnie. Mało kto w gospodarstwie zgromadził ich wystarczający zapas, by móc po niego sięgnąć, gdy chemia drożała. A używać jej trzeba, bez niej rośliny są słabsze a plony niższe. W ten sposób na pierwszej linii rosyjsko-europejskiej wojny gospodarczej, oprócz wielkiego przemysłu, znaleźli się rolnicy. Ale to był tylko początek. Po pierwszym starciu przyszła bowiem większa bitwa, i to taka z międzynarodowym rynkiem.
Z powodu wojny ceny zbóż na giełdach towarowych gwałtownie skoczyły. Tak bardzo, że rolnicy nie wierzyli własnym oczom. Bo okazało się, że wyprodukowany drogo towar można sprzedać z zasadniczym zyskiem - tym wyższym, im lepszy moment się wybierze. Tę formę rynkowego hazardu w 2022 roku wsparł swoją deklaracją ówczesny minister rolnictwa, który ogłosił, że i tak astronomicznie wysokie ceny zboża będą jeszcze rosnąć. Rolnicy wzięli tę prognozę za dobrą monetę - postanowili zatrzymać zboże w magazynach i czekać ze sprzedażą.
Rolnicy podzieleni jak nigdy wcześniej. Poszło o współpracę z rządem i Konfederacją
Rynek nie lubi próżni, więc w miejsce leżącego w rolniczych magazynach polskiego zboża wjechało zboże z Ukrainy. Zwłaszcza, że szlak przez Polskę był wtedy jedynym osiągalnym dla transportów ukraińskiego ziarna, a Unia Europejska zezwoliła na bezcłowe i nieograniczone przejazdy. Rosjanie zaminowali ukraińskie porty zbożowe na Morzu Czarnym, którymi Ukraina wcześniej eksportowała swoją produkcję. Bez tego zboża części świata groził głód, a reszcie rosnąca inflacja. W ten sposób agresywna Rosja doprowadziła do otwarcia kolejnego frontu w wojnie - tym razem frontu żywnościowego.
Jako pierwsi na tym froncie polegli polscy producenci zbóż. W kraju wybuchła wielka gospodarcza awantura, która zaraz potem stała się awanturą polityczną i na koniec międzynarodowym sporem o wartości. Okazało się, że nie sprawdziła się rządowa prognoza - cena zboża na międzynarodowych giełdach spadła, a polscy rolnicy zostali ze zbożem jak Himilsbach z angielskim. Zwłaszcza, że na rynku towaru nie brakowało.
Ceny zboża i wielka awantura
W ruch poszły publiczne pieniądze, do skupu dopłacaliśmy z państwowego budżetu, a Polska zamknęła szlaban dla transportów ukraińskich zbóż. Rząd Ukrainy oskarżał polski rząd o egoizm i działanie na szkodę tamtejszej gospodarki, sprawa oparła się o władze Unii Europejskiej. Zbożowa awantura trwa niemal dwa lata. I jej końca nie widać, bo kolejnym problemem stała się... klęska urodzaju.
W ubiegłym roku Rosja, która jest jednym z największych producentów zbóż na świecie, poszła na rekord i zebrała z pól drugi co do wielkości plon w historii swojego rolnictwa. Co znaczyło, że ziarna wystarczy na zaspokojenie własnych potrzeb i do pobicia kolejnego rekordu eksportowego.
Kupował zboże z Ukrainy i nie widzi problemu. 'Nie wstydź się'
Ceny zboża a kapryśna pogoda
A tymczasem w tym sezonie od Australii po Zachodnią Europę rolnicy mają z pogodą pod górkę. We Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii nieustający deszcz i chłód przeszkadzają zbożom dojrzewać. Analitycy zapowiadają zbiory słabej jakości, zwłaszcza gdy chodzi o zboża ozime. A to oznacza mniej zboża konsumpcyjnego, więcej paszowego i wzrost cen. W rejonie Morza Czarnego, najżyźniejszym miejscu na świecie, panuje dotkliwa susza, która odbije się na połowie zbóż ozimych. Nie pomogły też majowe przymrozki, które przetoczyły się na początku miesiąca przez cały region. Nie ominęły Ukrainy, dla której dodatkowym problemem jest zniszczona wojną infrastruktura, brak rąk do pracy i ograniczenie zasiewów zbóż. Bo wielkie ukraińskie gospodarstwa przestawiają się na rzepak, na którym da się zarobić więcej. Z tych wszystkich powodów Ukraina spodziewa się zebrać o 6 proc. mniej zboża niż rok temu.
W Australii upały wysuszyły ziemię na wiór. I to w czasie, gdy farmerzy powinni siać. Gospodarstwa mają opóźnienie w produkcji, a nawet najmniejszy australijski kłopot odczuwają rynki na całym świecie. Wszystko to sprawia, że ceny, które z rekordowego poziomu sprzed dwóch lat spadły o połowę, teraz znów rosną. Są obecnie najwyższe od dziesięciu miesięcy, a to prawdopodobnie nie koniec, bo kij w szprychy światowej gospodarki towarowej znów wkłada Rosja.
Fortel Rosji na mieszanie na rynku
Rosja po ubiegłym rekordowym sezonie wysłała w świat tyle zboża, że doprowadziło to do zjazdu cen i protestów rolników w całej Europie, a w centrum i na wchodzie do awantury z Ukrainą. Bo - jak wspominaliśmy wyżej - ceny ziarna spadły tak nisko, że jego sprzedaż europejskim farmerom przestała się opłacać. Europa nie hamowała importu towarów rolnych z Rosji, bo taki ruch mógłby doprowadzić do braków i znów przyspieszyć inflację.
Inflacja chciwości ma się dobrze. Rozgościła się w czekoladzie i biletach na koncerty
Unia dopiero teraz wprowadza zaporowe cła na rosyjskie ziarno, także z powodów etycznych. Po dwóch latach wojny nie chce wspierać gospodarki Rosji, która zarobione na zachodzie pieniądze przeznacza na zbrojenie swojej armii. Moskwa ma już jednak plan na zwrot o 180 stopni. Aparat państwowy przejął niemal całą kontrolę nad eksportem i wypchnął z rynku prywatne firmy. A przy okazji odciął zagranicznych kupujących od dostaw i informacji na temat sytuacji w produkcji.
Analitycy rynków rolnych nie są więc dobrej myśli. Po tym jak Rosja skłóciła niemal całą Europę zbożową akcją dumpingową, teraz nie spocznie, dopóki nie doprowadzi na giełdach towarowych do nowego kryzysu cenowego. W sytuacji, gdy świat w magazynach ma zapasy najmniejsze od dekady, każdy milion ton mniej eksportu ze Wschodu oznacza skok cen na rynkach. I tu wracamy do polskich magazynów wypełnionych zbożem, które było najpierw za drogie, a potem za tanie, by je sprzedać. I które może się teraz stać zbożem równoważącym. Byłaby to dobra wiadomość dla polskich rolników, ale zła dla miłośników chleba i kajzerek. Bo znów będzie drożej.