,
Obserwuj
Gospodarka

Amerykanie w fatalnych nastrojach. Tak źle było tylko raz w historii

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
26.05.2025 19:30
Amerykanie tylko raz w historii byli w gorszych nastrojach niż teraz. Przez decyzje Donalda Trumpa drożeje wszystko - od bananów z Kostaryki przez kultowe klapki z Niemiec - po foteliki samochodowe dla dzieci. I nie tylko Amerykanie mogą stracić. Wszyscy złożymy się na plan uczynienia Ameryki znów wielką.
|
|
fot. MANDEL NGAN/AFP/East News

W tym odcinku nową potyczkę na handlowym placu boju stoczą dwie potęgi: polityczna i detaliczna. Padnie też przypadkowa ofiara zbiorowa. Będzie o tym, kogo straszy prezydent Donald Trump, kto płaci za wszczętą przez USA wojnę handlową. Oraz o tym, kto przyznaje się do tego, że niekoniecznie był w zgodzie z prawdą. Przynajmniej, gdy chodzi o koszty uczynienia Ameryki znów wielką.

Na początek jedna konkretna podwyżka. A potem stan rzeczy, bo niełatwo się w nim połapać. Podwyżka obejmuje... klapki. Ale nie byle jakie, bo ceny podnosi niemiecki Birkenstock, producent najbrzydszych butów świata. Chodzi o światowy hit obuwniczy, czyli popularne birkisy. Nosiła je Margot Robbie w filmie o Barbie czy amerykańska celebrytka Kendall Jenner. Produkowane są w fabrykach w Niemczech, właściciele marki nie zamierzają przenosić ich produkcji za granicę. Produkcja podlega rygorystycznym normom, a każda para, która wyjeżdża z zakładów, jest drobiazgowo sprawdzana.

Od teraz klapki, sandały i chodaki będą kosztować więcej. Dlaczego? Bo Amerykanie liczą sobie za nie dodatkowe 10 proc. cła. Jak za wszystkie towary wjeżdżające do USA z Unii Europejskiej. Ale Birkenstock podnosi ceny wszędzie. Patrzy na sprawę globalnie, więc nie planuje skokowej podwyżki dla Amerykanów, ale znacznie mniejszą, za to dla wszystkich. I dlatego każdy kupujący parę nowych klapek dołoży się do amerykańskiego budżetu i swoim groszem sfinansuje prezydentowi Donaldowi Trumpowi plan uczynienia Ameryki znów wielką. Nawet jeśli nie chce.

To polityka marki, która na globalną podwyżkę może sobie pozwolić, bo w zasadzie w swojej niszy nie ma konkurencji. Nikt nie oferuje ortopedycznych klapek wykonanych z zegarmistrzowską precyzją, za które ich wyznawcy są gotowi zapłacić tyle, ile się od nich żąda. Birkenstock planuje w tym roku wpływy ze sprzedaży wyższe o jedną szóstą niż rok wcześniej. Średnio na każdej sprzedanej parze planuje zarobić... jedną trzecią! Swój najpopularniejszy model już sprzedaje w USA o kilka procent drożej. A popularność kultowych birkisów systematycznie rośnie.

Starcie gigantów. Będzie epicka katastrofa?

Odwrotnie sytuacja wygląda na innych polach. Na przykład na polu zakupów codziennych. Na których właśnie starły się wielkie armie: handlowców i polityków. A poszło o zapowiedź sieci Walmart - największej sieci detalicznej w Ameryce. Walmart zapowiedział, że podniesie ceny, bo wzrosły cła. Podrożeć ma wszystko od bananów po foteliki samochodowe dla dzieci. O ile miłośnicy owoców zapłacą niewiele więcej, to świeżo upieczeni rodzice mogą się złapać za głowy. Chińskie foteliki, które kosztują dzisiaj 350 dolarów, od czerwca będą droższe o 100 dolarów. Bo wszystko, co Walmart sprzedaje, jest sprowadzane z zagranicy. I objęte wyższymi niż wcześniej cłami, które firma musi zapłacić do budżetu federalnego. Choć Walmart - zgodnie z deklaracjami - robi wszystko, by udźwignąć część dodatkowych kosztów, to nie jest w stanie wziąć na siebie całości cła. Będą więc podwyżki, co dla biznesu opartego na obietnicy najniższych na rynku cen, może być epicką katastrofą. Bo prezydent Trump podniósł cła najmocniej od blisko 100 lat.

Trump znów grozi cłami. 'Nadchodzi gospodarczy test dla Unii' [COTYGODNIOWE PODSUMOWANIE ROKU]

Ceny na półkach sklepów Walmartu zaczęły rosnąć już w kwietniu, są systematycznie podnoszone w maju, ale największy podwyżki czekają klientów w czerwcu. Najgorzej będzie w lipcu, gdy amerykańskie rodziny ruszają na zakupy przed nowym rokiem szkolnym. Ile te zakupy będą ich kosztować? Na pewno więcej. O ile więcej? Handlowcy wciąż głowią się nad skalą podwyżek. Bo na początku lipca będą wchodzić w życie astronomicznie wysokie stawki celne, które Donald Trump wprowadził na import z kilkudziesięciu krajów na świecie, a potem zawiesił na trzy miesiące. O stawkach, zawieszeniu i rozczarowaniu Ameryki niedoszłymi na razie ustępstwami świata - powiemy później. A teraz o tym, kto powinien przełknąć koszty polityki.

Trump cłami wojuje. Zapłacą za to nie tylko giganci

Otóż powinny je przełknąć amerykańskie firmy, które handlują towarami sprowadzanymi z zagranicy. To zdanie prezydenta USA. Który w długim wpisie na swoim koncie w portalu Truth Social objechał Walmart, zarzucając firmie, że podnosi ceny dla Amerykanów, podczas gdy zarabia miliardy. Walmart miałby poświęcić swoje zyski dla dobra programu ekonomicznego ekipy Trumpa. Bo dzięki temu Ameryka zyska nowe wysokiej jakości miejsca pracy w przemyśle, który w strategii nowej ekipy politycznej, miałby się cudownie odrodzić.

Jakby to miało działać? Donald Trump uważa, że mechanizm jest prosty i niezawodny: Amerykanie potrzebują fotelików samochodowych, kupują więc chińskie foteliki sprowadzane z Chin, na których zarabiają Chińczycy. Po wprowadzeniu astronomicznie wysokich ceł, ceny fotelików rosną tak wysoko, że amerykańscy inwestorzy postanawiają uruchomić fabrykę fotelików w ojczyźnie. Dzięki czemu amerykański przemysł znów jest wielki. Co się dzieje w czasie, w którym chińskie foteliki kosztują fortunę, a amerykańskich na rynku wciąż nie ma? Pozostawiamy uprzejmym domysłom. Z uwagą, że fotelik samochodowy jest dla rodziców artykułem pierwszej potrzeby.

I teraz o tym, dlaczego amerykański prezydent poświęca swój bezcenny czas właścicielowi hipermarketów. Podobnie jak wcześniej poświęcił go na telefon do Jeffa Bezosa, czyli twórcy Amazona, największej platformy handlowej na świecie. Bezosowi dostało się za pomysł wyliczania w internetowych ofertach, jaką część cenę stanowią cła. Z pomysłu wycofał się rakiem, po telefonie z Białego Domu.

Następny pod polityczną kosiarkę wpadł zabawkarski Mattel. Światowy potentat, właściciel marki Barbie i Hot Wheels po swojej zapowiedzi podwyżek usłyszał, że jego oferta zostanie za karę obłożona 100-procentowymi cłami, żeby nie sprzedał ani jednej zabawki. Riposta była krótka: nie ma takiej możliwości, by produkować w Ameryce zabawki, które są tanie. I koniec.

O ile bez Hot Wheels - teoretycznie - można żyć, o tyle bez oferty Walmart w Ameryce przeżyć jest trudno. Po pierwsze Walmart to gigant. Zatrudniający ponad półtora miliona pracowników. Na jego ofercie mniej lub bardziej polega 90 proc. Amerykanów, zakupy każdego tygodnia robi w nim 150 milionów osób. I po drugie dlatego, że nie jest jedyny. Podniesienie cen planują setki biznesów: ci, którzy sprzedają bezpośrednio Amerykanom, i ci, którzy dostarczają sklepom swoje produkty. Czyli dokładnie odwrotnie niż w kampanii wyborczej obiecywał Donald Trump. I w co wątpili sceptycy, słysząc o zaporowych cłach nakładanych na przykład na Kostarykę i jej banany. Rzecz w tym, że amerykański rząd ani prośbą, ani groźbą nie nakłoni bananów, by rosły w Newadzie czy Kentucky.

Pierwsza Komunia Święta i przykra niespodzianka. Sprawdź, kiedy trzeba zapłacić podatek od prezentów

Tak złych nastrojów nie było w USA od lat

Na koniec o tym, kto miał płacić cła. Według Donalda Trumpa miały to być firmy zagraniczne, które żerują na amerykańskiej gospodarce. Amerykańscy konsumenci mieli się cieszyć spadającą inflacją, większym luzem w portfelach. Dzisiaj nic nie wskazuje na to, by ta kraina powszechnej ekonomicznej szczęśliwości miała przyjść dla Amerykanów szybko. Nie wiadomo nawet czy w ogóle przyjdzie. Amerykanie też to wiedzą: nastroje amerykańskich konsumentów pogorszyły się tak mocno, że gorsze były tylko raz w historii USA. Oczekiwania inflacyjne są najwyższe od 40 lat. A to właśnie od nich zależy skłonność do wydawania pieniędzy. Bo im bardziej spodziewamy się podwyżek, tym mocniej zaciskamy pasa, by mieć margines "wyrobienia się" z domowym budżetem.

Konsumenci spuścili nos na kwintę tak mocno, że zauważył to hurraoptymistyczny Biały Dom. I przyznał rację sceptykom: tak, to prawda, część kosztów wojny handlowej będą musieli wziąć na siebie Amerykanie na codziennych zakupach. Ale są też korzyści: potaniała benzyna. Wprawdzie mniej niż podrożeje cała reszta, co oznacza wzrost inflacji, kolejne potyczki polityczne rządu z bankiem centralnym. Oraz nowe przygody dolara na światowych rynkach. Ale to już zupełnie inna historia.