Zmiany w podatkach. Tusk zrezygnował z narracji PiS? "Pierwsza pozytywna rzecz"
Porządki zrobione "trochę ad hoc", ale potrzebne - tak Konrad Sadurski z magazynu "Forbes" ocenia zaproponowane przez rząd zmiany w podatkach. - To traktowanie społeczeństwa w sposób poważny, bo do tej pory stawaliśmy się trochę społeczeństwem szczególnej troski z dziecięcą wiarą, że pieniądze wyciąga się z bankomatu, a nie że rodzice je zarabiają - zauważył gość Karoliny Lewickiej w "Poranku TOK FM".
Z tego artykułu dowiesz się:
- jakie zmiany w podatkach zaproponował rząd;
- jak Konrad Sadurski ocenia propozycje podatkowe rządu;
- ile kosztowałoby podniesienie kwoty wolnej od podatku;
Nawet 3,5 miliona podatników ma skorzystać na podniesieniu progu podatkowego, które ogłosili podczas środowej konferencji prasowej premier Donald Tusk oraz minister finansów i gospodarki Andrzej Domański. Propozycje to ukłon w stronę tych, którzy zarabiają miedzy 130 a 150 tys. złotych. 12 proc. podatku zapłacą ci, którzy rocznie zarabiają do 130 tys. złotych, dalej - do 150 tys. - pojawi się nowa stawka 24 proc. 32 proc. zapłacą ci, których dochody przekroczą 150 tys. złotych.
W zamian rząd proponuje podwyżki trzech podatków. Pierwszy to podatek CIT dla firm, których roczne dochody przekraczają 200 mln złotych - ma on wzrosnąć z 19 proc. do 22 proc. Drugi to tzw. danina solidarnościowa, specjalny podatek płacony przez zarabiających powyżej 1 mln złotych rocznie - ma on wzrosnąć z 4 do 5 proc. Trzecia zmiana dotyczy ryczałtu - limit przychodów dla ryczałtu spadnie ponownie do 250 tys. euro rocznie, czyli około 1 mln złotych.
Podwyżki kwoty wolnej nie będzie. "To byłby gigantyczny problem"
Konrad Sadurski z magazynu "Forbes" ocenił ofertę rządu jako "intrygującą" i "pozytywną". - Pamiętajmy, że nasz obecny system podatkowy to wynik Polskiego Ładu, czyli właściwie przypadku. Jeśli więc ktoś po raz pierwszy od 2022 roku postanawia zrobić w tym jakieś porządki, to już jest pierwsza pozytywna rzecz. Druga jest taka, że zrezygnowano z obowiązującej od 2015 roku narracji "pieniądze na wszystko się znajdą", i - jak to mówiła premier Beata Szydło - "wystarczy nie kraść". Po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu powiedziano: "Dobrze, mamy pieniądze dla podatników, ale muszą za to zapłacić inni podatnicy po to, żeby dla budżetu to była to operacja zbilansowana". To traktowanie społeczeństwa w sposób poważny, bo do tej pory stawaliśmy się trochę społeczeństwem szczególnej troski z dziecięcą wiarą, że pieniądze wyciąga się z bankomatu, a nie że rodzice je zarabiają - komentował gość "Poranka TOK FM".
Na najbliższe dwa lata premier wykluczył obiecaną przed wyborami podwyżkę kwoty wolnej, co tłumaczył potężnymi wydatkami na zbrojenia. I to - zdaniem Sadurskiego - kolejny pozytyw. - Taka operacja kosztowałaby blisko 60 mld złotych i przy takim deficycie, jaki mamy teraz, jednym z najwyższych w Europie, to byłby dla nas, podatników, gigantyczny problem - wskazał rozmówca Karoliny Lewickiej.
Nie znaczy to, że pomysł rząd jest bez wad. Według Sadurskiego zaproponowane "schodki" progresji podatkowej są rozłożone nierówno i dość przypadkowo. - Widać, że one zostały ułożone jak gdyby pod budżetowym przymusem. Ktoś policzył, ile podatników może płacić te 24 proc. po to, żeby to się spinało do tych 10 mld złotych kosztów dla budżetu, o których mówili premier i minister finansów. Więc to jest robienie porządku, ale trochę ad hoc, trochę pod przymusem zbliżających się wyborów - powiedział gość TOK FM.
Źródło: TOK FM