Na świecie wyrosła wielka diamentowa góra. W tle niebagatelny prezent dla Trumpa
Może i diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiet, jak mawiała Marylin Monroe, ale na pewno nie są teraz przyjaciółmi inwestorów. Ceny tych kamieni szlachetnych pięć lat temu były na szczycie, teraz spadły o połowę. Na rynku urosła wielka góra diamentów, z którą nie bardzo wiadomo co zrobić.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego światowe ceny diamentów spadają z hukiem;
- Jakie światełko nadziei diamentom niesie sztuczna inteligencja;
- Dlaczego diamenty są już nie tylko najlepszymi przyjaciółmi kobiet, ale i Donalda Trumpa.
Na początek mała wycieczka - do belgijskiej Antwerpii, na kilka uliczek wokół jednego z najpiękniejszych dworców kolejowych w Europie. O ile budynek dworca robi wrażenie, o tyle uliczki wokół niego są mówiąc oględnie - mniej reprezentacyjne. Ale to tylko pozory, bo przez tę okolicę przechodzą grube miliardy dolarów zaklęte w diamentach. To właśnie tu jest centrum światowego obrotu diamentami, przez które - jak szacuje branża - przechodzi 95 procent karatów świata. To tu swoją siedzibę ma Światowe Centrum Diamentów, duże biuro ma angielsko-amerykańska spółka De Beers - czyli światowy diamentowy potentat, który przez lata dyktował warunki i ceny na światowych rynkach. To właśnie on wykreował hasło "diamenty są wieczne".
Diamentowy skandal a ceny w sklepach
Teraz tamtejsze firmy mają poważny problem: cena diamentów leci na łeb, na szyję. Ale jest dla nich nadzieja - w sztucznej inteligencji. I jest też związany z antwerpskim środowiskiem diamentowym skandal. Najpierw - ceny. Od szczytu pięć lat temu hurtowe ceny naturalnych kamieni spadły o 40, a nawet 50 procent: standardowy jednokaratowy diament naturalny kosztuje niespełna 4 tysiące dolarów, a w szczycie kosztował 8 tysięcy. Po dnie szoruje też Diamond Standard Index, pokazujący ceny tzw. diamentów o ratingu inwestycyjnym. A wszystko przez nadmiar diamentów. Po pandemii rynek został zasypany kamieniami i z tą nadwyżką zmaga się do teraz. A skoro podaż przewyższa popyt - to cena spada. I teraz o tym dlaczego tak się stało.
Przede wszystkim - globalna produkcja. Po pandemii świat ruszył na zakupy, także dóbr luksusowych, więc producenci diamentów chcieli za tym nadążyć i masowo zwiększali wydobycie. Ale - po pierwsze zainteresowanie nie okazało się aż tak duże, zwłaszcza w Chinach, więc na rynku została masa towaru, a po drugie rynek zalały diamenty laboratoryjne. To kamienie o takich samych właściwościach chemicznych i fizycznych jak diamenty naturalne, wytwarzane w laboratoriach, wyglądające identycznie jak te naturalne. Ale mające jedną kluczową przewagę: cenę. Prawie bezbarwny diament laboratoryjny o doskonałym szlifie może kosztować 450 dolarów, a kamień naturalny o tych samych parametrach kosztuje około 3000 dolarów, czyli niemal siedmiokrotnie więcej. Bo diament naturalny trzeba wydobyć, a to kosztuje czas i pieniądze.
Tańsze laboratoryjne kamienie szturmem zdobywają więc rynek - szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych są już w dwóch trzecich sprzedawanych pierścionków zaręczynowych, a to w kilka lat 2,5-krotny wzrost. Naturalne kamienie są w odwrocie tak dużym, że wspomniany już potentat rynku - De Beers latem na dwa lata wstrzymał produkcję w swojej flagowej kopalni w Republice Południowej Afryki. Nadwyżka na rynku diamentów powstała nawet po wykluczeniu z europejskiego rynku kamieni z Rosji. Długo to trwało, bo sankcjom na Rosję okoniem stawała Belgia - właśnie z powodu jej zagłębia w Antwerpii, ale w końcu, od tego roku, importerzy nie mogą sprowadzać "krwawych diamentów" z Rosji - "krwawych", bo z ich sprzedaży reżim w Moskwie finansował też wojnę w Ukrainie.
Skąd diament trafia do sklepu?
Mimo całego łańcuszka globalnych powiązań, bo diament - zanim z kopalni trafi do oczka w pierścionku zaręczynowym na palcu - przechodzi z rąk do rąk przez pół świata. Najczęściej z Rosji trafia do Indii - tam potężnie rozwinął się rynek szlifierzy diamentów, później trafia na inne rynki, najczęściej w workach, w których znajdują się mieszanki diamentów z różnych zakątków świata, w których łatwo przemycić te pochodzące z Rosji. Ale unijni importerzy muszą teraz udowadniać, że sprowadzane kamienie nie są pochodzenia rosyjskiego. Ale diamenty, to nie tylko biżuteria. Od lat są używane w przemyśle, w narzędziach do cięcia, wiercenia i szlifowania twardych materiałów.
A teraz patrzą z nadzieją na sztuczną inteligencję. Jak boom na AI może pomóc temu rynkowi? Diamenty mogą pomagać w odprowadzaniu ciepła z procesorów obsługujących AI. Są wydajniejsze niż miedź, a coraz mocniejsze procesory wytwarzają coraz więcej ciepła, które trzeba odprowadzić. Tu właśnie mogą pomóc diamenty, choć badania nad takim ich zastosowaniem trwają, a przyszłość ich wykorzystania jest jeszcze niepewna, tym bardziej że to może okazać się kosztowna technologia. Na razie wokół diamentów wybuchł transatlantycki skandal.
Wspomniane już w tym odcinku Światowe Centrum Diamentów z Antwerpii latem tego roku szarpnęło się na niebagatelny prezent dla nie byle kogo: prezydent USA Donald Trump dostał w prezencie 18-karatowy złoty pierścień z 321 naturalnymi diamentami, 56 szafirami, 13 szmaragdami i sześcioma rubinami. Branża mówi, że to kosztowny drobiazg z okazji 250-cio-lecia Stanów Zjednoczonych. Ale przypadek, zupełny przypadek sprawił, że zbiegło się to ze zniesieniem amerykańskich ceł na europejskie diamenty naturalne, bo te cła były kolejnym lewym sierpowym dla diamentowej branży. Amerykańska opozycja grzmi o "karykaturalnej łapówce", diamentowe środowisko z Antwerpii odpowiada, że to dar przyjaźni. Bo, jak wiadomo, diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiet, a teraz i Donalda Trumpa.
Źródło: TOK FM