advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Kultura

"Mówił chłopakom, gdzie mają go dotykać. W tle grało Radio Maryja" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

7 min. czytania
11.08.2024 06:58
"Przydzielił mnie do domu emerytów. (...) Tam było sporo starych schorowanych księży. Wyjątkiem był jeden młody, miał trzydzieści lat, zniszczony przez narkotyki. Spotkałem też tam przełożonego z małego seminarium. Był pedofilem i wykorzystywał tych wszystkich młodych chłopców" - wspomina jeden z bohaterów reportażu "Plebania" Artura Nowaka.
|
|
fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Wyborcza.pl

Poniższy fragment pochodzi z reportażu pt. "Plebania" autorstwa Artura Nowaka. Książka została wydana 30 lipca 2024 roku nakładem wydawnictwa Prószyński Media.

- Rano wyjeżdżam. W zasadzie to zbieram ostatnie rzeczy do auta - oznajmia mi wikary ze Śląska, z którym rozmawiam od jakiegoś czasu o Kościele. Na żywo widzieliśmy się dwa razy. Te najbardziej wartościowe z punktu widzenia książki rozmowy odbyliśmy przez telefon. - Odchodzę - wyjaśnia mi, zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, zapytać, co się właściwie stało. - Wczoraj rozmawiałem z biskupem. Popchnie papiery, żeby papież szybko przeniósł mnie do stanu świeckiego. Chcę odejść w zgodzie z procedurami.

Kiedy dopytuję się o przyczyny, wzdycha i pyta, czy naprawdę chcę tego posłuchać. No oczywiście, że chcę. Nie tylko dlatego, że mówi pięknym aksamitnym głosem, ale też dlatego, że na tle moich rozmówców wydaje się bardzo dojrzały. Ale rozumiem, że przychodzi taki moment, kiedy trzeba odłożyć na bok różaniec oraz brewiarz i umówić się do psychologa.

Ma niespełna czterdzieści lat, a już tak dużo wie o sobie. To rzadkość. Słyszę przejmującą historię o powołaniu, które sobie wmówił i o kilkunastu ofiarach proboszcza z pewnej bogobojnej parafii. Kreśli mi przerażającą historię chłopaków stojących w kolejce do sypialni piekielnika, który przywoływał ich po kolei. Kiedy dochodziło do nadużyć, w tle grało Radio Maryja. Ksiądz mówił chłopakom, gdzie mają go dotykać. Niedawno dowiedziałem się, że duchowny postępował tak przez dziesięciolecia i skrzywdził kilka pokoleń chłopców, zazwyczaj ministrantów. Najtrudniejszą do zrozumienia i zaakceptowania częścią tej historii jest informacja, że po latach prawie wszyscy oni ruszyli do seminarium i niektórzy zostali księżmi. Mijały dekady. Wielu z nich udawało, że tego potwornego zdarzenia nie było. Ale niektórzy porozmawiali ze sobą na ten temat po latach i postanowili poszukać pomocy u terapeutów.

- Wyparli ze świadomości informację, że kapłan może być kimś złym. Sam szukałem potwierdzenia, że kapłaństwo jest nieskalane. Dlatego właśnie zostałem księdzem.

Czy ja też chciałem to sobie udowodnić, rozważając wstąpienie do zakonu? - pytam siebie. Też przecież byłem wykorzystany przez księży. A jednak na przekór i wbrew logice kompletnie nie potrafiłem dostrzec siebie jako kogoś, komu zrobiono krzywdę. Czekałem tyle lat, by o tym opowiedzieć. Wcześniej przez wiele lat udawałem, że nic się nie stało, że to nie było nic takiego. No, ale jakoś to uruchomiłem i wyszło spod powierzchni i dość mocno wstrząsnęło moim życiem. Mój rozmówca zobaczył to wcześniej, kilka lat przed czterdziestką.

Nycz czuje się lepszy od Jędraszewskiego? 'Muszę go rozczarować'

Wmówione powołanie. Warto się nad tym zatrzymać. Czy może być coś gorszego niż zbyt późne uświadomienie sobie, że wybrało się źle? Co począć z żalem albo rozgoryczeniem z powodu tego, że jakaś wielka miłość albo kariera już się nie zdarzy? Czy łzy rodziców w trakcie prymicji, ich duma z syna, wydatki i wyrzeczenia nie były nic warte? Co można im powiedzieć? "Pomyliłem się"?

Ksiądz, z którym rozmawiam, był bardzo bliski samobójstwa. Zaplanował swoją śmierć perfekcyjnie. Kupił już nawet cyjanek. Jakiś czas po wyznaniu pytam go, skąd on w ogóle ten cyjanek wziął. Na odpowiedź nie muszę długo czekać. Pisze mi: "Ciekawostką jest, że cyjanek łatwiej dostać niż syrop na receptę bez recepty". Trudno mi w to uwierzyć. Ale pytam, co go powstrzymało. Tym razem na odpowiedź każe mi czekać dłużej: "Wystraszyłem się, że to zrobię. Po prostu. Po kilku dniach życia obok czegoś tak śmiercionośnego zrozumiałem, że to nie ja zaplanowałem tę swoją śmierć, że ten prawdziwy ja przecież uwielbia życie. I trzeba w takim razie na nowo się znaleźć i naprawić". Został więc i dalej był księdzem.

- Czekam, aż przejdą wszystkie procedury. Nie sprawuję żadnych sakramentów, poczekam, aż mnie papież zwolni do cywila.

Ale przypadków prób przekroczenia granicy życia i śmierci było wiele. Mam na myśli nie tylko głośne samobójstwa księży z tarnowskiej diecezji, ale też ostatnie wyprawy w góry księży, którzy objeżdżali bliskich, po czym z tych gór nie wracali. Oficjalnie zdarzenia te kwalifikowano jako wypadki - utrata równowagi, lot w przepaść, osunięcie się z urwiska. Ale jak było naprawdę? Bliski końca był też Lesław Juszczyszyn. Niby żyjesz na plebanii, we wspólnocie zakonnej, ale tak naprawdę jesteś sam jak palec. No i nie radzisz sobie. Zanim stanął ze śmiercią twarzą w twarz, zobaczył to wokół siebie: "Nagle zobaczyłem, że wielu moich kolegów wpadło w depresję, popełniło samobójstwo, dostrzegłem zniszczone życiorysy. Wysoko postawiony zakonnik w moim zgromadzeniu utopił się w beczce na deszczówkę. Dowiedziałem się, że był bardzo pijany. Chciał ze sobą skończyć. W jednym z domów zakonnik wypadł przez okno. Ktoś go ponoć wypchnął, ale udało się to jakoś zatuszować. Jestem przekonany, że wielu duchownych szło po śmierć w góry, ci ludzie jej szukali i czasem znaleźli. Najważniejsze było jednak to, że uświadomiłem sobie wreszcie, że jeżeli drzewo wydaje takie owoce, to w korzeniu coś jest nie tak. Nie chciałem firmować dalej tej instytucji, bo ona miała niewiele wspólnego z Bogiem".

Jędraszewski 'o tej sprawie nie mówi nigdy'. 'To go złamało' [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Najbardziej poruszającym momentem tej naszej rozmowy sprzed wielu lat było wspomnienie momentu, kiedy i on był bardzo bliski zrobienia czegoś nieodwracalnego.

Przydzielił mnie do domu emerytów. Plus był taki, że mogłem przynajmniej prowadzić wykłady. Tam było sporo starych schorowanych księży. Wyjątkiem był jeden młody, miał trzydzieści lat, zniszczony przez narkotyki. Spotkałem też tam przełożonego z małego seminarium. Był pedofilem i wykorzystywał tych wszystkich młodych chłopców. Poza tym jakiś stary gej, kilku alkoholików, no i ja. Razem jedliśmy posiłki. Nie można było się spóźnić, bo obiad był wydawany o określonej porze. Siedziałem tam z nimi, słuchając jakiegoś bełkotu, w powietrzu czuć było mocz. Kiedyś, jak tam coś jedliśmy, usłyszałem taki głos: "I ty tak wkrótce będziesz wyglądał". To we mnie wybrzmiało. Byłem przerażony. Wróciłem zdruzgotany do pokoju z poczuciem bezradności, tego, że nic ode mnie już nie zależy, a los nie ma prawa się odmienić, że tak to właśnie się zakończy, że zostanę tu już na zawsze i będę wiądł. Najgorsze było to, że nawet jeśliby ktoś mi uwierzył w to, co przeżywam, to przecież nie umiałby mi pomóc. Niby jak? Pewnej nocy obudziłem się na podłodze w łazience. Nie wiedziałem, co się dzieje. W lustrze zobaczyłem, że mam twarz zdartą do krwi. Pewnie jak zemdlałem, to moja głowa przejechała się po chropowatej ścianie. Jak rano poszedłem odprawiać mszę, żeby zarobić na obiad, zakonnica miała radochę, że zapiłem pałę. Nie odezwałem się. Byłem przerażony. Coś we mnie pękło, straciłem nadzieję. Nie spałem, nie jadłem, a jednocześnie miałem permanentną biegunkę.

Tę rozmowę prowadzimy przez telefon. Mój rozmówca nie mieszka już od dawna w Polsce, ale Polskę uwielbia wspominać.

- Kiedyś wikary, z którym byłem na parafii, pojechał do biskupa i powiedział, że ma depresję. Zanim zdecydował się na ten krok, tłumaczyłem, że z biskupem na ten temat nie ma sensu rozmawiać. No, ale on się uparł. Wiesz, co mu powiedział biskup?

- A skąd mam niby wiedzieć?

- Zaśmiał mu się w twarz i powiedział, żeby nie gadał bzdur, bo on ma już prawie siedemdziesiąt lat depresję.

- I co na to twój znajomy?

- Nic. Depresja się pogłębiła. Poczuł się jeszcze beznadziejniej.

W Kościele jest całkiem spora grupa księży, którzy przeżywają wszystkie emocje na żywca. Stara twarda szkoła. Nie chodzą na terapie, nie biorą żadnych leków, które modyfikowałyby ich samopoczucie. I te kryzysy, które przeżywają, traktują jako dopust, by znów uwierzyć, że jest jakaś siła, w którą na chwilę zwątpili, która pozwoli im się podnieść i ogarnąć. No i nabierają sami dla siebie szacunku i doceniają to, że pomimo upadków związanych z romansami czy alkoholowymi ciągami dali radę, że zostali przy Bogu.

Parafianie zbuntowali się przeciwko decyzji biskupa. 'To kpina z nas wszystkich'

- A wiesz, że zacząłem się nad tym zastanawiać? - dzieli się ze mną swoimi refleksami znajomy psychiatra. - I rzeczywiście wychodzi na to, że księża to jedyny niereprezentowany w naszym gabinecie zawód. (...)

Jeśli znalazłaś/znalazłeś się w kryzysowej sytuacji lub wiesz o kimś, kto może potrzebować wsparcia i pomocy, możesz zadzwonić pod numer alarmowy 112, pod numer Kryzysowego Telefonu Zaufania 116 123 lub pod numer Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym 800 70 22 22. Do dyspozycji są również Młodzieżowy Telefon Zaufania pod numerem 116 111, a także Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka pod numerem 800 121 212. Pomocne informacje można znaleźć także na stronie "Życie warte jest rozmowy": www.zwjr.pl.

Osoby w kryzysie emocjonalnym potrzebujące pomocy mogą ją uzyskać pod całodobowym numerem telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży: 116 111 lub w całodobowym Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym: 800 702 222.

Osoby dorosłe potrzebujące pomocy po stracie bliskich mogą uzyskać wsparcie pod numerem telefonu: 800 108 108, czynnym od poniedziałku do piątku od godz. 14 do 20.

Dzieci i młodzież w żałobie mogą uzyskać wsparcie pod numerem telefonu: 800 111 123, czynnym od poniedziałku do piątku od godz. 12 do 18.

W razie zagrożenia życia należy dzwonić pod numer 112.

Posłuchaj:

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>