"Kręcenie wora", mobbing i alkoholizm w teatrze. "Wiedzieli wszyscy" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Poniższy fragment pochodzi z reportażu pt. "Teatr. Rodzina patologiczna" autorstwa Igi Dzieciuchowicz, wydanej 23 kwietnia nakładem Wydawnictwa Agora. Książkę możesz kupić tutaj:
Osoby przeżywające trudności i myślące o odebraniu sobie życia lub chcące pomóc osobie zagrożonej samobójstwem mogą skorzystać z całodobowych, bezpłatnych telefonów pomocowych: 800 70 2222 - centrum wsparcia dla osób dorosłych w kryzysie psychicznym; 800 12 12 12 - dziecięcy telefon zaufania Rzecznika Praw Dziecka; 116 111 - telefon zaufania dla dzieci i młodzieży; 116 123 - ogólnopolska poradnia telefoniczna dla osób przeżywających kryzys emocjonalny; 112 - numer alarmowy w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia.
- Środowisko teatralne jest, proszę pani, po prostu pop********e - mówi Paweł.
W polskich teatrach w działach technicznych przepracował prawie ćwierć wieku.
- W ostatnim teatrze mój szef, który był zastępcą kierownika technicznego, był alkoholikiem i stosował wobec ludzi mobbing. Po prostu się na nas wyżywał, nie tylko psychicznie, ale też fizycznie. Zmieniłem pracę, bo miałem depresję, chciałem się zabić. Już nie mogłem tego wytrzymać. Metodą tego pana było kręcenie wora, mieliśmy po tym spuchnięte genitalia - mówi Paweł.
Jeśli Putin zaatakuje Polskę, spuści na nas deszcz tych maszyn. 'Zostań kupy gruzu'
- Proszę powtórzyć, co? - nie dowierzam.
- Kręcenie wora, wykręcanie jąder, jak w wojsku. Jak mu ktoś podpadł, to kazał dwóm innym go trzymać i robił kręcenie wora. Mnie też to robił. Nikt tego nie zgłosił, w teatrze jest zmowa milczenia, wszyscy się boją. Długo milczałem, wstydzę się tego. O tym, że zastępca kierownika pije, wiedzieli wszyscy, bo dostał zapaści alkoholowej. Przyjechała karetka, sprawę zamieciono pod dywan. I potem takiemu człowiekowi wydaje się, że mu wszystko wolno. Facet był przez lata bezkarny, a teraz poszedł do innej instytucji. Pani mi nie wierzy? Mam świadków i przed sądem nawet mogę stanąć - mówi.
Tak Polacy w Batumi zostają na lodzie. 'Nie chcę mieć już z nimi w ogóle do czynienia'
Rozmawiam ze świadkiem, pracownikiem tego samego teatru. Arek jest technicznym estradowym od prawie dziesięciu lat. Potwierdza: strasznie tam wszystkich dojeżdżają, a na przemoc nikt nie reaguje.
- Dyrektor? Odwraca oczy. Jest taki jeden reżyser, znany, ale paskudny dla aktorów na próbach. Do jednej z aktorek powiedział, że sponiewiera ją jak szmatę, to wtedy dopiero będzie autentyczna. Przykro było na to patrzeć, chciałem tę kobietę po tej próbie po prostu przytulić, tak było mi jej żal. Z powodu wypalenia zawodowego odeszła z teatru. Gościu wrzeszczy na wszystkich. My nazywamy go, ja panią przepraszam za słowo, "po**b". On już dawno powinien się leczyć, a potem zająć się w życiu czymś innym. Proceder z nim trwał ponad piętnaście lat, zanim ktoś zareagował. Inny reżyser, wie pani, co on nam powiedział? Że nie może znieść, że on, osoba wykształcona, artysta, musi pracować z "robolami". Dyrektor nic z tym nie zrobił. Tak nas właśnie traktują. Była taka Tośka, artystyczna dusza, florystka. W teatrze była rekwizytorką i dużo od siebie dawała, wychodziła poza schemat. Nie radziła sobie z natłokiem pracy, poszła w alkohol. Zwolnili ją i po dwóch miesiącach popełniła samobójstwo. Potem przyszła nowa rekwizytorka, i podobna historia. W jej dziale jest taki przemiał, że ledwo żyła. Wyszła na prostą dzięki pomocy psychiatrów. Innego rekwizytora zwolnili, bo w jakiejś sprzeczce powołał się na kodeks pracy - opowiada.
Arek dodaje, że w bardzo krzywdzący sposób traktuje się kobiety.
- Reżyser siada naprzeciwko pracowniczki i eksponuje swoje krocze. Jak? Ostentacyjnie rozchyla nogi i tak rozmawia. Czasem robi też tak wobec mężczyzn. Wiele razy padały obrzydliwe określenia względem kobiet, że ta gruba, a ta ma małe cycki.
Te słowa potwierdza Krzysztof, techniczny, który pracował przy wielu dużych produkcjach teatralnych z topowymi reżyserami. Poznał metody pracy tego samego reżysera.
- Siedzi dwóch świetlików, dwóch akustyków, a ten woła do aktorki, żeby pochodziła bez stanika, pokazała cycki. To i dla niej, i dla nas było niekomfortowe. Facet był po prostu obleśny.
W rozmowę włącza się przyjaciółka Arka. Aneta jest charakteryzatorką.
- Kiedyś jako młoda dziewczyna byłam przekonana, że to środowisko, skoro jest artystyczne, to ludzie w nim muszą być niesamowici. A jest największym gó**em, w które można wdepnąć. W jednym z teatrów, w których pracowałam, reżyser mówił mi: "Nie pal tyle, bo ci cycki nie urosną", do koleżanki rzucił: "Schowaj cyce, bo mi się chce". Jak zwróciłam mu uwagę, to powiedział, że to takie żarty. W środowisku artystycznym takie "droczenie się" jest normalne. A najgorsze jest to, że nie ma gdzie tego w teatrze zgłosić.
Nominacje kardynalskie dla Polaków i nowa praca kard. Rysia. 'Szkoda dla Kościoła'
Choroba zawodowa
Arek: - Od prześladowcy, który znęcał się nad Pawłem, słyszałem, że mam "małego ch**a", ciągle podważał moje kompetencje, wyśmiewał się ze mnie, jedynie to przemocy fizycznej nie było. Może się bał do mnie wyskoczyć z tym kręceniem wora. Co na to nasz kierownik? Udawał, że tego nie widzi. A krzyki tego dręczonego Pawła rozlegały się na cały teatr. I, proszę pani, to jest moja porażka, co ja teraz powiem, ale mnie to wtedy bawiło. Wstydzę się tego dzisiaj, to było ze strachu, że mnie też zadręczą. Mam straszne poczucie winy. Paweł znalazł pracę, gdzie jest szanowany. Wcześniej popijał, był na lekach, miał depresję, a teraz? To jest inny człowiek. Trzeźwy, uśmiechnięty, nie ma strachu w oczach.
Arek mówi, że alkohol w teatrze był na porządku dziennym.
- Mówią u nas na alkoholizm, że to "choroba zawodowa". Tam zawsze od kogoś śmierdziało alkoholem. Zacząłem pić razem z nimi, wtedy mówili o mnie "swój chłop". Tylko że po dwóch, trzech latach tego wszystkiego wpadłem w alkoholizm i musiałem się leczyć. Miałem takie załamanie nerwowe, że już poszedłem do lasu. Na szczęście ocknąłem się. Coś we mnie pękło i udałem się do psychiatry. Wiedziałem, że ja do tego miejsca nie wrócę. Do tej pory jestem na zwolnieniu z powodu depresji, mam też stany lękowe. Jak mnie w nocy dopadają koszmary, to śni mi się teatr.
Aneta: - Wszyscy chleją, wszyscy. Od aktorów, dramaturgów, charakteryzatorów, po panie sprzątające, techników i rekwizytorów. Jest to po prostu nagminne i absolutnie nic się z tym nie robi. A sprawy dotyczące mobbingu, przemocy psychicznej, fizycznej, seksualnej są zamiatane pod dywan.
Arek dodaje: głowa choruje i ciało też.
- My wszyscy jesteśmy schorowani, mamy chore kolana, stawy, kręgosłupy, zerwane ścięgna, bo żadne normy BHP nie są w teatrze zachowane - mówi Arek.
I tłumaczy: normy podnoszenia ciężarów dla mężczyzn przy pracy stałej to trzydzieści kilogramów, a przy dorywczej - pięćdziesiąt. Czy ktoś przestrzega tego w teatrze? Skąd.
- Scenografowie nie myślą o tym, że to będzie dla nas za ciężkie, że nie będziemy się z jakąś blachą mieścić w drzwiach. A każdy montażysta ma to robić, nieważne, że dekoracja waży dwieście kilogramów. Miałem raz wypadek, gdy wieźliśmy takie żelastwo z obiektów przemysłowych. Ważyło to chyba z pięćset kilo, a w wózku było uszkodzone koło. Już od dawna było wiadomo, że to koło należy wymienić. To koło oczywiście wypadło, żelastwo spadło mi na nogę. O coś się na szczęście zaklinowało, chłopacy szybko to podnieśli i nie stało mi się nic wielkiego. Miałem tylko taki trójkąt na nodze odciśnięty i podartą kurtkę, ale było to bardzo niebezpieczne. Nikt o to właściwie nie dbał. Chciałem nam ułatwić pracę na jednej z małych scen, prosiłem, żeby zrobić skośną rampę, by można było tam wjechać z dekoracjami wózkiem. Trzy lata o nią prosiłem. Był straszny opór, żeby nam cokolwiek ułatwić. Tu nie ma współczucia, jest, jak to ja mówię, stalinowska atmosfera. Ale chciałbym jedną rzecz podkreślić: ci ludzie od nas z działu to pojedynczo każdy jest fajnym człowiekiem - opowiada Arek.
Krzysztof za nadgodziny, które zrobił w jednym z teatrów, zażądał wypłaty w wysokości trzech pensji. I zgłosił się do komisji antymobbingowej, bo poniżał go jego kierownik.
- Nigdy nie dostałem wypłaty za nadgodziny, poza tym w teatrze był mechanizm fałszowania grafików. Wchodził mój kieras, którym był głupkiem i homofobem, i pokazywał palcem, co mam wpisać do karty pracy. A resztę tego nadmiaru musiałem wpisać w kolejne miesiące. W pracy zawsze byłem pierwszy, przychodziłem na dziewiątą. Drużyna techniczna schodziła się na dziesiątą. Zorientowałem się, że mnie robią w bambuko. Zbuntowałem się i powiedziałem, że nie będę fałszował żadnych grafików.
Czarny scenariusz dla polskich pacjentów. Już za siedem lat. 'Chaos'
Krzysztof opowiada, że inny dyrektor kupił z budżetu teatralnego służbowy samochód, ale sam nim jeździł jak prywatnym, wypisywał fikcyjne delegacje.
- Okradał teatr. A jak coś w teatrze reżyserował, to zatrudniał rzeszę fachowców, którzy za niego robili spektakl, a on się pod tym podpisywał. Na bankietach mówił, że to, co robią młodzi, to nie jest teatr, jechał po wszystkich chwalonych produkcjach, bo miał kompleksy. Teatr traktował jak swoją własność. W komisji antymobbingowej posadził grubego mecenasa z miasta, który na wszystko patrzył. Nie chciałem syfu, więc podpisałem, że zwalniam się za porozumieniem stron. W teatrze robiłem wszystko: byłem świetlikiem, stawiałem dekory, kładłem kable, byłem montażystą, uczyłem się różnych programów. Czy ktoś to docenił? Nie.
Ze strony dyrekcji teatrów nie ma czegoś takiego, dodaje Arek, jak wsparcie dla swoich pracowników.
- W naszym teatrze reżyserzy i śmietanka artystyczna jak czegoś chcą, to szast-prast i to mają. A my, część techniczna, jesteśmy gorsi, nie mamy nic do gadania, mamy robić dokładnie to, co tam sobie na przykład scenograf zażyczy, mimo że to jest często niebezpieczne - mówi.
I dodaje: - Oni, artyści, są crème de la crème. My, techniczni i ludzie z pracowni teatralnych, mamy spełniać ich najgłupsze zachcianki. Zdarzają się też różni odklejeńcy, co wiedzą wszystko najlepiej. Taka na przykład artystka scenografka. Chciała malowaną podłogę, nie mogła się zdecydować. Podłogę malowaliśmy z pięć razy i wie pani, kiedy się udało? Jak powiedzieliśmy jej, że ma iść na kawę, a my to sami zrobimy. Inna miała kaprysy, że nie może być widać jakiejś linki i nieważne, że to jest droższe trzy razy. Albo pani plastyczka: trzy dni pierdoliła się, za przeproszeniem, z malowaniem ławki. No ale ona sama pomaluje, bo my nie umiemy. Przychodzę i mówię: "Taki efekt tobym uzyskał w piętnaście minut. Najpierw maluję natryskowo na czarno, a potem złotym sprejem i jest tak samo". To była w niej wielka obraza "uczuć artystycznych".
Arek wzdycha.
- Nas, proszę pani, nikt nie szanuje.
We wtorek 20 maja o godz. 18.00 w Faktycznym Domu Kultury przy ulicy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego 12 odbędzie się spotkanie autorskie z Igą Dzieciuchowicz z okazji premiery książki "Teatr. Rodzina patologiczna". Rozmowę poprowadzi Aleksandra Zbroja. Zapraszamy!
Posłuchaj: