Kamil z Częstochowy uciekał z domu już jako 4-latek. "Nikt nie drążył"
"Niska temperatura prędko dała się Kamilkowi we znaki, ale go nie zatrzymała. Przystanął dopiero wtedy, gdy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. - Zgubiłeś się, chłopczyku? - zapytała go starsza kobieta, opatulona od stóp do głów. Odpowiedział jej milczeniem. Takim samym milczeniem, jakim obdarowywał każdego, kto pytał o jego sytuację rodzinną i o to, co się dzieje w domu" - pisze Bartosz Wojsa w książce Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy" .
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy" autorstwa Bartosza Wojsy, która ukaże się 10 września 2025 roku nakładem Wydawnictwa Harde.
Zimny wiatr smagał chłopca po policzkach, kiedy w osamotnieniu stawiał kolejne kroki. Nawet nie pomyślał o tym, by narzucić na siebie coś więcej niż lekką piżamę. Chciał tylko wyrwać się z domu, w którym źle się działo.
Niska temperatura prędko dała się Kamilkowi we znaki, ale go nie zatrzymała. Przystanął dopiero wtedy, gdy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.
- Zgubiłeś się, chłopczyku? - zapytała go starsza kobieta, opatulona od stóp do głów.
Odpowiedział jej milczeniem. Takim samym milczeniem, jakim obdarowywał każdego, kto pytał o jego sytuację rodzinną i o to, co się dzieje w domu.
*
"Kamil jest trudnym dzieckiem" - twierdzili jego opiekunowie. W taki sposób tłumaczyli zachowania chłopca, które powinny w głowie każdego funkcjonariusza zapalić czerwoną lampkę. Dlaczego wymiar sprawiedliwości nie uratował dziecka w porę?
Dokumenty wskazują, że pierwszą ucieczkę Kamila z domu odnotowano w listopadzie 2019 roku. Miał wtedy zaledwie cztery lata. Nieoficjalnie mówiono, że stało się to wtedy, gdy Magdalena, matka chłopca, zaczynała się spotykać z Dawidem. Mężczyzna niedużo wcześniej wyszedł z więzienia, do którego trafił za kradzieże, rozboje, groźby karalne i naruszenie nietykalności fizycznej.
Chłopca, błąkającego się po mieście, znaleźli policjanci. Natychmiast zabrali go do szpitala. Placówka zawiadomiła o sprawie sąd rodzinny, który wszczął postępowanie o wydanie zarządzenia opiekuńczego wobec małoletniego. Kamilek jednak od razu wrócił do matki, a w czerwcu 2020 roku sąd uznał, że nie ma podstaw do zmiany tego zarządzenia. Jednocześnie nie odnotowano w domu sytuacji związanych z przemocą, choć mundurowi bywali u rodziny regularnie. W papierach też niczego o przemocy nie zapisano, są jedynie fragmenty o "nieporadności życiowej i wychowawczej rodziców".
Sebastian Gleń, rzecznik małopolskiej policji, tłumaczył wtedy, że interwencje dotyczyły zgłaszanych przez opiekunów problemów z chłopcem, który samowolnie opuszczał mieszkanie i przebywał na terenie miasta bez opieki. Powiadamiano sąd i ośrodek pomocy społecznej, rodzinę miał też często odwiedzać dzielnicowy. Rozmawiał z dziećmi oraz z bliskimi Kamilka, przeprowadzał tak zwany wywiad sąsiedzki, i nic. "Nie było uwag co do rodziny i nic nie wskazywało, aby dochodziło w niej do przemocy czy znęcania się nad dziećmi" - zapewniano.
Dwudziestego piątego sierpnia 2022 roku, już po przeprowadzce z Częstochowy do Olkusza, Kamilek ponownie uciekł z domu. Zgłoszenie na policję wpłynęło kilka minut po godzinie czternastej. Chłopca zatrzymał w pobliskim sklepie ochroniarz, który zauważył, że dziecko, bez opieki osoby dorosłej, samotnie błąka się między półkami. Policja twierdziła, że również matka Kamila wraz z partnerem zgłosili zaginięcie dziecka, a wcześniej sami próbowali je odnaleźć. Gdy im się to nie udało, zawiadomili służby. Tuż przed piętnastą Magdalena B. pojawiła się na miejscu interwencji i odebrała chłopca. Nikt nie drążył, dlaczego Kamilek znowu uciekł z domu.
Trzynastego listopada 2022 roku o godzinie ósmej dwadzieścia funkcjonariusze odnotowali kolejną ucieczkę Kamila. Przypadkowy przechodzień dostrzegł dziecko na przystanku autobusowym. Maluch trząsł się z zimna, pocierał dłońmi zmarznięte ramiona, a jego policzki były czerwone i spuchnięte od mrozu. Siedział w samej piżamce. Na miejsce wysłano karetkę pogotowia, ponieważ się obawiano, że mogło dojść do wyziębienia organizmu. Ratownicy przeprowadzili na miejscu wstępne badania, potem dziecko trafiło na obserwację do szpitala w Olkuszu. Placówka znowu powiadomiła o sprawie sąd, ale chłopiec wrócił do domu rodzinnego, jak gdyby nigdy nic.
Piątego lutego 2023 roku o godzinie szesnastej trzydzieści osiem Kamilek znowu uciekł. Tym razem jego zniknięcie zauważyła matka. To ona zadzwoniła na policję i poinformowała, że syn "samowolnie opuścił mieszkanie". Na ulicy znalazł go ktoś przypadkowy. Maluch tułał się po mieście. Ponownie trafił pod opiekę matki.
Mundurowi tłumaczyli, że po każdej uciecze Kamila ustalano jej okoliczności i powód. W komunikacie policji zaznaczono, że sytuacje były związane z problemami wychowawczymi w rodzinie, a ponadto dziecko miało "problemy natury psychicznej". W ten sposób określano fakt, że Kamil uczęszczał do szkoły specjalnej i miał problemy z mówieniem. Chłopiec rzekomo wykorzystywał chwilę, w której domownicy byli zajęci czymś innym, na przykład kiedy jego matka karmiła lub usypiała niemowlę.
Policjanci zapewniali, że za każdym razem próbowali rozmawiać z Kamilkiem, lecz było to trudne, a chłopiec nie odpowiadał na pytania. Zresztą szczegółowe rozpytanie dziecka może się odbywać tylko w obecności opiekunów prawnych, poza tym konieczne jest spełnienie wielu obowiązujących procedur.
Co więc mogła zrobić policja? Zawiadomić sąd i wnieść o wgląd w sytuację opiekuńczo-wychowawczą w tej rodzinie oraz powiadomić ośrodek pomocy społecznej. Takie działania według mundurowych wykonała między innymi Komenda Powiatowa Policji w Olkuszu.
Dlaczego jednak policja "oddawała" dziecko Magdalenie B.? Czy można było zrobić coś więcej? - takie pytania, w tamtym czasie krążące w mediach społecznościowych, można liczyć w setkach. Służby tłumaczyły, że nie było podstaw do umieszczenia dziecka w placówce opiekuńczo- wychowawczej bądź w rodzinie zastępczej. Matka zawsze odbierała Kamilka, nigdy nie była pod wypływem alkoholu, co każdorazowo sprawdzano. "Dziecko nie miało też widocznych obrażeń, wskazujących na stosowanie wobec niego przemocy fizycznej" - podkreślano. Ten komunikat jest sprzeczny z relacją biologicznego ojca, który zarzeka się, że na nogach i rękach syna widział ślady poparzeń. Zapewnia, że wszystko zgłaszał - zarówno w Częstochowie, jak i w Olkuszu. "Nikt mi nie uwierzył" - twierdzi pan Artur.
Policjanci uchybień nie dostrzegli, więc po ich licznych interwencjach Kamilek za każdym razem wracał pod "opiekę" matki, czyli swojego opiekuna prawnego.
Internauci obwiniali policję za to, że nie zrobiła nic więcej, ale czy w ogóle miała do tego prawo? Na tak zaawansowanym etapie śledztwa funkcjonariusze nie chcą komentować sprawy. Mocno nadszarpnęła ich wizerunek, więc odmawiają rozmowy nawet nieoficjalnie. Zapewniają jedynie, że zrobili wszystko, co mogli.
"Sprawę przejęła prokuratura, więc nie możemy tego komentować. Na początku szeroko udzielaliśmy informacji. Teraz nie możemy tego robić" - bronią się w rozmowach ze mną.
Próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie o słuszność ich działań, więc zwracam się do eksperta. Dariusz Loranty, były funkcjonariusz z wieloletnim doświadczeniem i czołowy negocjator policyjny, a później publicysta i nauczyciel akademicki, tonuje emocje: "Wstrzymałbym się z tak surową oceną samych policjantów".
O sprawie Kamilka po raz pierwszy - jak większość osób - usłyszał z mediów. Kiedy oglądał wiadomości w telewizji, na ekranie wyświetlono słynne zdjęcie chłopca siedzącego w karetce. Nie pomyślał o winie służb, zaczął kalkulować wszystko na chłodno.
"Przez prawie dwadzieścia lat pracy w policji wyrobiłem sobie nawyk racjonalnego podejścia do różnych spraw. Należę do niewielkiego grona ludzi, którzy na zbrodnie, nawet te przeciwko dzieciom, patrzą bez emocji. Emocje, często podsycane przez władzę, są złym doradcą" - mówi mi Dariusz Loranty. I dodaje: "Ten konkretny przypadek był bardzo nasycony emocjonalnie. Uważam jednak, że winy nie należy się doszukiwać w policjantach, oni działali w ramach ustanowionego prawa. Winny jest sprawca. Tutaj mamy ich dwóch: jeden jest bardziej winny, drugi mniej, chociaż ciężko w tej historii kategoryzować winę".
Ekspert zauważa, że zwiększenie kontroli społecznej jedynie w minimalnym stopniu pozwoli ograniczyć takie zjawiska przestępcze, bo żaden kraj nie jest ich w stanie całkowicie wyeliminować. "Za pomocą kontroli udało się to chyba tylko w Korei Północnej, ale raczej nie jest to dla kogokolwiek wzór do naśladowania" - mówi Loranty.
Środowisko, w którym żył Kamilek, nie spełniało ogólnie przyjętych norm społecznych. Loranty podkreśla, że do pewnego stopnia w warstwach o niskim statusie społecznym istnieje przyzwolenie na przemoc, ale dzieci są tutaj wyjątkiem. Nawet w tak zwanej patologii, choć stosowanie takiego nazewnictwa jest dużym uproszczeniem, dzieci są lubiane i nie ma zgody na ich złe traktowanie. Większa jest szansa na to, że od sąsiada "oberwie" matka lub ojciec, którzy niewłaściwie się zachowują względem dziecka, niż że agresja skupi się na maluchu. Tutaj pojawia się jednak zupełnie inny problem – wrogość do władz, zakorzeniona w takich środowiskach.
"Czy to będzie policja, czy organ administracji samorządowej, nieważne. Ci ludzie nie będą się zwierzać ze swoich problemów, a już tym bardziej donosić na sąsiadów. Wydaje mi się, że właśnie taki mechanizm zaważył w sprawie Kamilka. Absolutnie nie wierzę w to, że katowanie jakiegokolwiek dziecka spotkałoby się z brakiem reakcji w przestrzeni publicznej. To musiało się dziać wyłącznie za zamkniętymi drzwiami" - uważa ekspert.
Odsetek zgłoszeń w ramach społecznych interwencji jest w Polsce umiarkowany. Pijana kobieta prowadząca wózek, ojciec z dzieckiem na rękach zataczający się na chodniku - takie sytuacje, w których wina opiekuna jest widoczna gołym okiem, natychmiast są zgłaszane na policję. Nie oznacza to jednak, że problem znieczulicy zniknął. Jeśli przemoc nie jest jawna, łatwiej udawać, że się jej nie dostrzega. I wciąż często tak się dzieje. (...)
Posłuchaj: