Jak piją polskie nastolatki? "Po prostu chlanie do nieprzytomności"
"Moi rodzice niczego nie widzieli. Nawet jak matka znajdowała puste butelki, które kitrałam w pokoju, wierzyła, że to nie moje. Myślę, że ona chciała wierzyć, że to faktycznie jakieś pozostałości po jej domowych melanżach. Byle nie mieć problemu" - mówi Ola, jedna z bohaterek książki "Dorastanie w dużych dawkach. Jak uzależniają się nasze dzieci i jak im pomóc" Katarzyny Andrusikiewicz.
Poniższe fragmenty pochodzą z książki 'Dorastanie w dużych dawkach. Jak uzależniają się nasze dzieci i jak im pomóc" autorstwa Katarzyny Andrusikiewicz, wydanej 1 września 2025 roku nakładem wydawnictwa newhomers.
Ola
Ola trafiła do mnie, gdy była już pełnoletnia. Mimo bardzo młodego wieku od kilku lat tkwiła w uzależnieniu od alkoholu. Zaczęła pić, kiedy miała czternaście lat, a jej problem alkoholowy bardzo szybko się rozkręcił.
Co ciekawe, jej rodzice długo nie mieli pojęcia o uzależnieniu dziewczyny. Początki jej picia były "niewinne" i raczej typowe dla młodzieży: na imprezach ze znajomymi.
Pierwsze upicie się Ola wspomina jako "żenujące i wstydliwe" dla niej. Domówka, urodziny koleżanki z klasy, kilka piw przyniesionych przez starszych kolegów plus barek rodziców solenizantki. Jak to często bywa, młodzież próbowała wszystkiego, łącząc różne rodzaje alkoholi. Ola piła wtedy po raz pierwszy.
Dziewczyna wspomina, że początkowo towarzyszyła jej euforia - śmiechy, tańce na stole w jadalni… Później upadła ze stołu na podłogę. Z rozciętym łukiem brwiowym wzbudziła u kolegów i koleżanek śmiech. Oli już wówczas do śmiechu nie było. Zwłaszcza wtedy, gdy zaczęła wymiotować. Po tym wydarzeniu zapowiedziała, że nigdy więcej się już nie napije.
Ale czas minął, emocje opadły, łuk brwiowy się zagoił i całe zdarzenie zginęło w otchłani wspomnień. A imprez towarzyskich tylko przybywało. Zdarzały się tygodnie, w ciągu których okazji do picia było kilka. Chciałoby się zadać pytanie, jak to możliwe, że czternastolatki imprezują nawet kilka razy w tygodniu?! Możliwe, szczególnie gdy ma się bardzo zajętych, zapracowanych, robiących karierę i do tego dość zamożnych rodziców. Kiedy rodzice nie są obecni w życiu swojego dziecka, zazwyczaj łatwiej jest mu znaleźć okazję do napicia się alkoholu. Wówczas wyznacznikiem tego, czy z dzieckiem jest wszystko w porządku, są jego stopnie w szkole i wyniki na zajęciach dodatkowych.
Rodzice obdarzali Olę na co dzień dużą swobodą. Nawet jeśli akurat nie wyjeżdżali bądź nie zostawali do późna w biurach, z reguły nie przebywali też w domu, a już na pewno nie z córką. Jak na nastolatkę Ola miała dość spory budżet. Rodzice nie kontrolowali jej wydatków. Korzystała z karty kredytowej mamy, a w domu zawsze leżała gotówka. Dziewczyna początkowo czuła się szczęśliwa: brak kontrolujących starych, dużo pieniędzy i pełen luz. Miała też spore grono znajomych. Mimo to bardzo często czuła się samotna. Fizyczny i emocjonalny brak rodziców powodował u niej zagubienie i poczucie bycia dla nich po prostu nieważną. Rozmowy z rodzicami, o ile w ogóle się odbywały, kręciły się wokół wyników dziewczyny w nauce i w grze w tenisa.
W trakcie naszej pracy terapeutycznej okazało się również, że rodzice Oli regularnie pili alkohol. Kiedy wracali z pracy, zazwyczaj tata pił whisky, a mama wino. Im bardziej wkurzeni i zestresowani byli, tym więcej alkoholu wypijali. Ola bardzo szybko przyswoiła wzór picia z powodu stresu. Picie kojarzyło jej się z ulgą i ze spokojem i szybko zaczęła traktować alkohol w podobny sposób jak jej rodzice.
W jej domu często się awanturowano, przez co dziewczyna czuła się zestresowana i samotna. Ucieczką od krzyku rodziców był jej pokój, a później spędzanie czasu poza domem i picie alkoholu.
"Jak piłam, to się czułam wyluzowana, po prostu odczuwałam taki spokój, podobało mi się to. Zdarzało mi się, że ze znajomymi mieliśmy takie typowe najebki i wtedy było po prostu chlanie do nieprzytomności. Tak było, jak czyiś starzy wyjeżdżali na weekend. Ja mówiłam moim, że idę na noc do koleżanki - no i balanga. Ale mi się to aż tak bardzo wcale nie podobało. Jak ludzie są nawaleni, to się drą, chcą robić jakieś głupie rzeczy i im po prostu odwala. A ja lubiłam spokój, taki lekki rauszyk, taki buzzy mood. No to zaczęłam pić sama. W domu zazwyczaj byłam sama, nikt mnie nie sprawdzał. Dość dobrze się uczyłam, więc najpierw lekcje, a potem Uber Eats i drineczki. Było mi fajnie, oglądałam sobie Netflixa i chillowałam. Moi rodzice niczego nie widzieli. Nawet jak matka znajdowała puste butelki, które kitrałam w pokoju, wierzyła, że to nie moje. Myślę, że ona chciała wierzyć, że to faktycznie jakieś pozostałości po jej domowych melanżach. Byle nie mieć problemu. Nawet kiedy odebrali mnie od znajomej w niedzielę wieczór, a ja byłam jeszcze trochę pijana, nic nie powiedzieli".
Na moje pytanie, skąd miała alkohol, odpowiedziała:
- No to akurat żaden problem, w domu zawsze było mnóstwo alkoholu. A jak nie chciałam podkradać, to dawałam dychę komuś pod Żabką i mi kupował. Mówiłam, że to na osiemnastkę koleżanki, na weekend albo coś takiego. Albo nawet się nie tłumaczyłam.
- I zgadzali się?
- No raz na dziesięć może ktoś tam odmówił, a tak to bez problemu.
- Kiedy rodzice zorientowali się, że coś jest nie tak?
- Ojciec kiedyś wrócił z delegacji trochę wcześniej. Ja byłam kompletnie pijana, w dodatku zarzygałam kanapę i nie zdążyłam się ogarnąć.
- Co było później?
- Ojciec zamówił mi odtrucie, takie prywatne do domu. Przyjechał gość z kroplówką. Rodzice nie odzywali się do mnie przez kilka dni. To była katorga. Już bym wolała, żeby się na mnie wydarli, dali szlaban czy coś. Żeby się w końcu ogarnęli. Swoją drogą to niewiarygodne, że tak późno się zorientowali, że piję. No i na końcu przyprowadzili mnie do pani.
Choć ta historia może się wydawać odrealniona, nie jest wyjątkowa. Dzieciaki bardzo szybko się uzależniają. Nie oczekujmy, że będą potrafiły same się kontrolować. Ola uzależniła się od alkoholu, ale mogłaby to być dowolna inna substancja dająca jej ulgę w cierpieniu. Alkohol był dla niej po prostu łatwo dostępny i szybko zaczął spełniać funkcję regulatora nastroju.
Alkohol
Najbardziej znaną, najdostępniejszą, najbardziej akceptowalną społecznie, najtańszą i jednocześnie jedną z najbardziej uzależniających używek na świecie jest… alkohol. Trunek towarzyszący nam przy dosłownie każdej możliwej okazji jest zarazem jednym z największych zagrożeń dla człowieka. Tym bardziej że daje iluzję zupełnie nieszkodliwego napoju, który można kupić na każdym rogu.
Dostępność alkoholu w Polsce dobrze obrazują dane: na jeden punkt, w którym można kupić alkohol, przypada jedynie trzystu mieszkańców. Dla zobrazowania skali: w Norwegii na punkt sprzedaży alkoholu przypada osiemnaście tysięcy mieszkańców. Warto dodać, że ta przepaść jest efektem bardzo skutecznej polityki antyalkoholowej i sprzyjających temu rozwiązań systemowych aplikowanych od dłuższego czasu w krajach skandynawskich.
Według danych z 2014 roku co czwarty chłopiec (25 proc.) i co siódma dziewczynka (14 proc.) w wieku piętnastu lat mają już za sobą inicjacje alkoholowe. Z wiekiem te liczby rosną - aż 70 proc. nastolatków powyżej piętnastego roku życia potwierdza swoje doświadczenia z alkoholem, a 40 proc. z nich odpowiada, że minimum raz w życiu się upiło. Natomiast najnowsze badania opublikowane w marcu 2025 roku przez Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom w raporcie Używanie substancji psychoaktywnych przez młodzież szkolną pokazują, że niemal 73 proc. młodzieży w wieku od piętnastu do szesnastu lat i aż 91,3 proc. osób między siedemnastym a osiemnastym rokiem życia spożywało alkohol co najmniej raz w życiu. Co więcej, w czasie ostatnich trzydziestu dni przed badaniem piło 39,1 proc. piętnasto- i szesnastolatków oraz 73,3 proc. siedemnasto- i osiemnastolatków. Mimo że alkoholu nie wolno sprzedawać osobom niepełnoletnim, picie wśród młodzieży szkolnej jest częstym problemem. Aż 44 proc. uczniów w wieku piętnaście-szesnaście lat deklaruje, że choć nie są pełnoletni, piwo jest dla nich "bardzo łatwe do zdobycia".
Dlaczego piwo 0 proc. i "szampan" bezalkoholowy dla dzieci są złe?
Piwo bezalkoholowe (potocznie nazywane "piwem zero" czy "zerówką") lub napój bezalkoholowy dla dzieci potocznie nazywany "szampanem dla dzieci" budzą wiele kontrowersji. Mimo że są to napoje bezalkoholowe, do złudzenia przypominają te alkoholowe - zarówno w smaku, jak i w wyglądzie. Podawanie ich osobom niepełnoletnim, wręcz dzieciom, to normalizowanie konsumpcji alkoholu. Jeżeli podajemy dziecku napoje przypominające alkohol, uczymy je, że ich spożywanie jest czymś akceptowalnym i wkrótce picie stanie się dla niego naturalne. Nawet jeśli rodzice działają w dobrej wierze, to pijąc alkohol przy dzieciach, przekazują im niewłaściwe wzorce.
Podobnie rzecz ma się ze wznoszeniem toastów kieliszkiem szampana dla dzieci czy strzelanie korkiem od niego. Dziecko w naturalny sposób zaczyna łączyć świętowanie z alkoholem. Warto przy okazji zastanowić się, co mówimy, wznosząc toast. "Na zdrowie!" - cóż za oksymoron! Pijąc silnie uzależniającą, kancerogenną toksynę, życzymy sobie zdrowia…
A teraz coś - być może - kontrowersyjnego.
Sama mam zwyczaj stukania się szklanką lub kubkiem ze swoją pięcioletnią córką i bardzo to lubimy. Nigdy jednak nie używamy kieliszków. Kojarzą się one bowiem z alkoholem. Nigdy też nie wypełniamy kubków zawartością napojów typu piwo 0 proc. czy szampan lub wino bezalkoholowe. Zazwyczaj są to woda, sok, ewentualnie herbata czy kakao.
Moja córka uczy się w ten sposób, że toast nie musi być wcale związany z konsumpcją alkoholu, lecz naszym wspólnym rytuałem podczas dzielenia ze sobą posiłku.
Podawanie dzieciom napojów typu 0 proc. może prowadzić do zacierania granicy między tym, co jest dozwolone, a tym, co nie jest. W konsekwencji dziecko może mieć w przyszłości kłopot z rozróżnieniem, kiedy może pić, a kiedy nie może.
Kolejnym niebezpieczeństwem związanym z tego typu napojami jest ich fatalny skład, a przede wszystkim wysoka zawartość cukru. Pamiętajmy - cukier również działa na mózg jak substancja uzależniająca: pobudza wydzielanie dopaminy, czyli hormonu przyjemności. Dlatego dzieci tak chętnie sięgają po słodycze. Z czasem mózg przyzwyczaja się do tej przyjemności i domaga się coraz więcej, a odruch sięgania po coś słodkiego staje się trudny do zatrzymania. Cukier wpływa też na emocje - najpierw daje zastrzyk energii i dobrego nastroju, ale potem następuje spadek: pojawiają się rozdrażnienie, złość, smutek czy płacz bez powodu. Dziecko może być impulsywne, mieć trudności z koncentracją i huśtawki nastroju. Jeśli słodycze zaczynają być sposobem na poprawę humoru, to sygnał, że może rozwijać się uzależnienie.
Posłuchaj:
Źrodła: newhomers/Katarzyna Rogowska - tokfm.pl