Patoterapeuci. "Nie jestem już pacjentką, ale jego szpiegiem"
"Po raz pierwszy zobaczyłam swojego terapeutę w normalnym życiu. Przestał być spokojnym mężczyzną, a okazał się flirtującym, kłótliwym, zaczepnym facetem. Zderzenie tych dwóch obrazów było dla mnie nie do zniesienia. Czułam wstyd, lęk, a jednocześnie nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Chyba bałam się, że jeśli wyznam prawdę, to przestanę być dla niego wyjątkową pacjentką (...)" - opowiada Marta, jedna z bohaterek książki "Patoterapie. Historie pacjentów skrzywdzonych podczas psychoterapii" Marianny Fijewskiej-Kalinowskiej.
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Marianny Fijewskiej-Kalinowskiej pt. "Patoterapie. Historie pacjentów skrzywdzonych podczas psychoterapii", która ukaże się 30 września 2026 roku nakładem wydawnictwa Muza.
Historia Ani, 43-letniej mediaworkerki, mieszkanki Warszawy
Miałam trzydzieści lat i jak to często w tym wieku bywa, poszukiwałam siebie. Koleżanka z pracy powiedziała mi o bardzo ciekawej psychoterapeutce, która jednocześnie prowadzi grupy medytacyjne. To była kobieta o wielkim autorytecie w środowisku terapeutycznym. Można powiedzieć: sława. Zapisałam się do niej na sesję. Pracowało się w porządku. Może psychoterapia z tą panią nie była niesamowicie pomocna, ale na pewno nie szkodziła. Po kilku tygodniach podczas jednej z sesji usłyszałam czyjś głos. Bardzo mi się spodobał, więc zapytałam: "Czyj to głos?". Ona się rozpromieniła. "Mojego syna!" - odpowiedziała i zapytała, czy może podać mu mój numer. To było tak zaskakujące, że się zgodziłam. Syn napisał i się spotkaliśmy. Straszny był z niego kobieciarz. Już wtedy miał kilkoro dzieci z różnymi kobietami. Czułam, że jego mama chce, by się ustatkował u boku "porządnej dziewczyny", takiej jak ja. To był świetny facet! Fajny, zabawny, ciekawy, zdolny i bardzo namiętny, ale między nami do niczego nie doszło. Postawiłam jasno granicę. Nie zwierzałam się terapeutce z naszych randek, ale kiedyś temat wypłynął i terapeutka pozwoliła sobie na komentarz: "Mój syn ma różne wady, ale jest świetny w łóżku!". Zatkało mnie. Poczułam dezorientację - w jakiej właściwie relacji jestem z tą kobietą? Ona jest teraz bardziej terapeutką czy matką faceta, z którym się spotykam? Ale jaka matka mówi takie rzeczy obcej kobiecie na tym etapie znajomości? Wkrótce zrezygnowałam i z faceta, i z terapii. Dziś myślę, w jak niekomfortowej sytuacji postawiła mnie ta kobieta. Przyszłam do niej z własnym pomieszaniem, a ona dołożyła mi swoje. Brak zasad, brak granic, nieklarowna relacja. Nadużyła swojej władzy. Bo nie byłam wtedy dojrzałą, silną i określoną kobietą, tylko zagubioną młodą dziewczyną w kryzysie, która spotkała się z uznanym autorytetem.
Quiz: Ile wiesz o wydarzeniach mijającego tygodnia? Sprawdź się w quizie TOK FM
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Początkowo historia Ani wydaje mi się zabawna. Zupełnie jak z filmu Serce nie sługa z Umą Thurman i Meryl Streep. Grana przez Umę dziewczyna uczęszcza na terapię do uznanej psychoterapeutki, jednocześnie angażuje się w poważny związek z nowo poznanym chłopakiem. Z niewybrednymi szczegółami opisuje swoją relację w gabinecie, gdy nagle się okazuje, że chłopak, o którym opowiada, jest synem terapeutki. Ale zaraz, zaraz… w filmie nikt nikogo nie swatał i w gruncie rzeczy nikt nie przekraczał niczyich granic. Niezręczna sytuacja była wynikiem przypadku, a nie świadomego nacisku. Im dłużej zastanawiam się nad opowieścią Ani, tym mniej zabawna się wydaje, aż w końcu nie śmieszy mnie wcale. Myślę, że doszło tu do nadużycia władzy, rozmycia granic i pomieszania ról. "W jakiej relacji jestem z tą kobietą?" - zastanawiała się Ania, bo jednoznaczność relacji terapeutycznej została już dawno zniekształcona.
Podobne pytanie o charakter relacji zadawała sobie również Marta. Gdy zaczęłam czytać maila, w którym opisywała swoją historię, czułam, jakbym zagłębiała się w fabułę zagmatwanego kryminału, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje.
Historia Marty, 36-letniej psycholog z Małopolski
Mam syndrom DDA. Tata pijący, mama narcystyczna. Nerwica lękowa zaczęła się u mnie w momencie wprowadzki do toksycznego partnera. Pierwsza psychoterapia była nieudana, czułam lęk przed swoim terapeutą i trudno było mi go zrozumieć. Przerwałam terapię. Nerwica odeszła po to, by po kilku latach wrócić ze zdwojoną siłą. Udałam się do ośrodka psychoterapeutycznego i tam znalazłam certyfikowanego specjalistę po czteroletniej szkole psychoterapii. Sama jestem psychologiem, więc sądziłam, że łatwo uporam się z problemem. Przecież wiem, co mi jest, i potrafię pracować terapeutycznie. Jednak mój psychoterapeuta nie potwierdzał moich tez, doszukiwał się nowych znaczeń, nie odpuszczał trudnych tematów, drążył i drążył. Był bardzo zaangażowany. Trzy razy wysyłał mnie na wizyty kontrolne do psychiatry, by się upewnić, czy na pewno nie powinnam zostać wsparta farmakologią. Oczywiście, że miałam opory przed tak głęboką pracą. Choć bardzo chciałam doszukać się jakichś wad w moim terapeucie, nie udało mi się ich znaleźć oprócz tego, że czasem - gdy mówiłam o czymś ważnym - poprawiał skarpetki albo przyglądał się swoim butom. Wreszcie poczułam się w tej relacji bezpiecznie i byłam szczęśliwa, że naprawdę pracujemy. Aż któregoś dnia wydarzyło się coś, co wywróciło wszystko do góry nogami. Terapeuta załatwił mi pracę w ośrodku, w którym sam pracował. Wiedział, jak długo bezskutecznie szukałam zatrudnienia w zawodzie, i mnie polecił. Czułam się wtedy, jakbym wygrała życie. Byłam w siódmym niebie. Ktoś we mnie uwierzył! Terapeuta twierdził, że jestem spostrzegawcza, inteligentna, że mam potencjał. Nigdy wcześniej nikt tak o mnie nie mówił. Po raz pierwszy poczułam się doceniona. Ale początki mojej pracy w ośrodku były dziwne. Wyczułam, że jest tam jakaś tajemnica, o której tylko ja nie wiem. Zobaczyłam, że jedna z terapeutek, choć zamężna, zaleca się do mojego terapeuty w jawny, a czasem wręcz niesmaczny sposób. Z kolei mój terapeuta ostrzegł mnie przed kilkoma osobami, które plotkują o mnie, że dostałam pracę po znajomości, choć nikt nie wiedział, o jaką znajomość chodzi, i że właściwie nie była to żadna znajomość, tylko relacja psychoterapeutyczna. Spotykanie się z terapeutą w ośrodku, w zupełnie innym kontekście niż w jego gabinecie, było dla mnie dramatycznym doświadczeniem. Niby powtarzał, że nasza relacja się nie zmieni, ale ja nagle zaczęłam się bać. Bałam się, że wszyscy dowiedzą się prawdy o mnie, że moje tajemnice, które tak starannie chowałam, nagle ujrzą światło dzienne.
To był koszmar emocjonalny. Po raz pierwszy zobaczyłam swojego terapeutę w normalnym życiu. Przestał być spokojnym mężczyzną, a okazał się flirtującym, kłótliwym, zaczepnym facetem. Zderzenie tych dwóch obrazów było dla mnie nie do zniesienia. Czułam wstyd, lęk, a jednocześnie nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Chyba bałam się, że jeśli wyznam prawdę, to przestanę być dla niego wyjątkową pacjentką, w którą tak bardzo wierzył i której nieustannie powtarzał: "Jest pani moim sukcesem terapeutycznym!".
Pewnego dnia wziął mnie na bok i zaproponował przejście na "ty", bo ciężko było utrzymać dystans w ośrodku, gdzie wszyscy znali się od lat i mówili sobie po imieniu.
Tydzień później oznajmił, że od znajomych nie bierze pieniędzy, więc moja terapia będzie prowadzona za darmo. W tamtym momencie granice runęły. Nasze sesje ustawiał popołudniami, po pracy, gdy wszyscy wychodzili z ośrodka. Mieliśmy też ustaloną wersję na wypadek, gdyby ktoś niespodziewanie wrócił do budynku i nas zobaczył. Zaczęłam się w nim podkochiwać. Wiedziałam, że w terapii tak się zdarza i że powinnam mu o tym powiedzieć, ale głupie poczucie winy nie pozwalało mi się odezwać. Pamiętam, jak inni terapeuci wyjechali na tygodniową wycieczkę i zostaliśmy sami w ośrodku. Spędzał w moim gabinecie każdą wolną chwilę. Ciągle rozmawialiśmy, zaczepiał mnie, sypał aluzjami i komplementami. Dopytywałam o nasz proces terapeutyczny, chciałam się upewnić, że to, co jest między nami, wciąż można nazwać terapią. Byłam ciekawa, czy superwizuje mój przypadek, ale odpowiedział, że jemu superwizja niepotrzebna, bo to za drogie. Mówił też o innych pacjentkach - żonach alkoholików - jak się do niego zalecają, jak go adorują. Zdarzało się również, że opowiadał mi o koleżance z ośrodka, która przez chwilę do niego chodziła. Nie zdradzał szczegółów, ale powtarzał, że kobieta ma duże problemy ze sobą. Jednocześnie coraz wyraźniej widziałam, że coś łączy go z kierowniczką. W końcu zrozumiałam, że to była ta tajemnica, która od początku unosiła się w powietrzu. Na mojej trzydziestce terapeuta i kierowniczka zniknęli na pół wieczoru, a potem wrócili w takim stanie, że każdy wiedział, co robili. Wkrótce się okazało, że kierowniczka jest szantażowana przez kogoś z zespołu, że jej romans wyjdzie na jaw, ale nie wiadomo było, kto stoi za tymi wiadomościami. Wtedy moje sesje już całkowicie zmieniły się w rozmowy o tym, co dzieje się w pracy. A wręcz w przesłuchania, by się dowiedzieć, kto stoi za szantażami. Terapeuta wypytywał, z kim utrzymuję kontakt po godzinach, i wyrażał dezaprobatę, że zaczęłam przyjaźnić się z jedną z terapeutek. Pewnego dnia zapytał wprost: "Czy zauważyłaś, co dzieje się w ośrodku?". Nie chciałam rozmawiać o jego romansie, więc udałam, że nie wiem, o co chodzi, a on odparł: "Czyli jednak nie jesteś tak spostrzegawcza, jak myślałem".
To zabolało. Czułam się pomijana i nieważna, zwłaszcza że podczas sesji terapeuta coraz częściej siedział w telefonie albo zajmował się czymś innym. Wcześniej zawarliśmy umowę, że pomoże mi przejść przez rozstanie z moim ówczesnym toksycznym partnerem, a gdy tylko się od niego wyprowadzę, zakończymy sesje. Ale on przerwał terapię na dwa tygodnie przed moją wyprowadzką. Nagle. Na jednym spotkaniu oznajmił, że dziś kończymy. Poczułam się porzucona. Zostawiona sama sobie w jednym z najtrudniejszych momentów. Efekt? Pół roku później wróciła moja nerwica. I znów zaczęłam chodzić na sesje do dawnego terapeuty. Wtedy już zmieniłam miejsce zamieszkania i miałam znacznie bliżej do drugiego ośrodka, w którym pracował. Ale tam też robił z naszych sesji tajemnice. Przyjmował mnie po cichu, między pacjentami alkoholowymi, a sesje zamiast pięćdziesięciu trwały przez dwadzieścia, czasem trzydzieści minut. Wtedy brał już ode mnie pieniądze, choć były to pieniądze symboliczne. Jednak coraz mocniej czułam, że go nudzę, że nie jestem już pacjentką, ale jego szpiegiem w ośrodku - a tego nie chciałam. Gdy romans jego i kierowniczki był już całkowicie jawny, często opowiadał mi, jakim jest dobrym partnerem. Jak ją wspiera i ciągnie w górę, "żeby jakoś sobie dziewczyna poradziła". Kiedy, mimo regularnych spotkań, moja nerwica wróciła z wielkim hukiem, przerwałam tę terapię. To był moment, gdy mój ówczesny partner, a dziś mąż, podał mi rękę i pomógł znaleźć terapeutkę, która naprawdę mnie wysłuchała. To właśnie ona wyprowadziła mnie z zaburzenia raz na zawsze.
Chaos w relacji terapeutycznej to problem nie tylko Marty. Historia, którą opowiedziała mi J., doskonale pokazuje, czym może skutkować rozmycie granic w gabinecie terapeutycznym. (...)
Posłuchaj: