Pizza jako warzywo i "zdrowy" bekon. Co jedzą Amerykanie?
"Koncerny żywnościowe wydały zaledwie 5,6 miliona dolarów na lobbing zapewniający dostęp do rynku wartego wiele miliardów. Sama firma Schwan ma 70 procent udziałów w kategorii pizzy w ramach branży szkolnych usług gastronomicznych, której wartość sięga 9,5 miliarda dolarów. (...) Jak powiadają Amerykanie: ogon zaczął machać psem". Publikujemy fragment książki Alka Koraba "Chory (k)raj. Jak naprawdę żyje się w Ameryce".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Alka Koraba "Chory (k)raj. Jak naprawdę żyje się w Ameryce", która ukazała się 28 września 2026 roku nakładem wydawnictwa Znak Literanova.
Kraj jaj
Amerykanie są strasznymi jajcarzami. Statystyczny mieszkaniec USA, wliczając dzieci i wegan, je trzy czwarte jaja dziennie! Kochają je tu wszyscy i we wszelkiej formie, w tym wkładane do kanapek oraz bajgli.
Poranna jajecznica z bekonem to narodowy rytuał i jedzenie przypominające lata dzieciństwa. Ale nie zawsze tak było. Na początku XX wieku w efekcie gwałtownej industrializacji Amerykanie niemal przestali jeść obfite śniadania. Dopóki pracowali głównie na farmach, potrzebowali rano dużo kalorii - w miastach było inaczej. Mieszkańcy wsi w dodatku mieli niewielu czasu na przygotowanie posiłku. Do lat 20. XX wieku typowe amerykańskie śniadanie było bardzo lekkie: bułka, kawa i czasami sok pomarańczowy. Często nie jedzono nic więcej aż do wieczora.
Kolejna zmiana nastąpiła za sprawą Edwarda Bernaysa, "bratanko‑siostrzeńca" słynnego Zygmunta Freuda, twórcy psychoanalizy. Matka Edwarda była siostrą Freuda, a ojciec - bratem jego żony. Bliżej skoligacić się nie dało. Gdy firma Beech‑Nut Packing Company, duży producent żywności, którego bekon nie był zbyt chodliwy, dała Bernaysowi zadanie zwiększenia sprzedaży, zrobił z psychologii wujka biznes. Co było dalej, wiemy głównie z jednego źródła: jego własnych wspomnień. Mógł wykupić standardową kampanię reklamową w prasie, ale wpadł na lepszy pomysł. Zapytał lekarza współpracującego z jego agencją, czy obfitsze śniadanie byłoby korzystne dla zdrowia, a ten odpowiedział twierdząco: skoro organizm traci energię w nocy, większy posiłek z rana pomoże ją odbudować. Bernays zlecił następnie wysłanie listów do 5 tysięcy medyków z tym samym pytaniem - około 4,5 tysiąca z nich przyznało temu pierwszemu rację. Wyniki, jak to ujął sam Bernays, "zostały rozpowszechnione w gazetach". Tytuły w całym kraju głosiły: "4500 lekarzy zaleca obfite śniadanie dla poprawy zdrowia Amerykanów". Wiele z nich dodawało, że nie ma obfitszego posiłku niż jajka na bekonie. I w ten sposób bekon z jajkami został wypromowany w Stanach jako wzorcowy przykład "zdrowego pożywnego śniadania". Sprzedaż bekonu wystrzeliła, co dramatycznie wpłynęło na życie amerykańskich świń.
Przyjrzyjmy się manipulacjom, które popchnęły setki milionów Amerykanów na zdradliwą drogę konsumpcji wysoko przetworzonego mięsa z dużą zawartością tłuszczów nasyconych. Po pierwsze, lekarz który przeprowadził sondę, nie był niezależnym badaczem, jako że pracował dla agencji Bernaysa. Po drugie, nie było to badanie naukowe, tylko proste, i to bardzo mylące, pytanie. Nie drążono, czy ludzie powinni jeść bekon albo nawet jaja, chodziło tylko o obfite śniadania. Pytać lekarzy, czy ludzie mają jeść zdrowo, to jak pytać swojego psa, czy chce kolejnego smaczka: odpowiedź za każdym razem będzie brzmiała: "Tak! Absolutnie!".
Żadna gazeta nie zamieści jednak korespondencji od psa twierdzącego, że 4,5 tysiąca innych psów zgodziło się co do wpływu smaczków na zdrowie. Redakcje myślały, że publikują list od naukowca, kiedy tak naprawdę publikowały reklamę. Dziennikarze z natury nie zgadzają się w niczym. Zapytaj dwóch o cokolwiek, a dostaniesz trzy opinie. To, że setki redakcji spontanicznie zasugerowały akurat jaja na bekonie, powinno wzbudzić podejrzenia. Być może nawet redakcje dostały gotowy artykuł i wystarczyło wrzucić tekst do gazety. W latach 20. XX wieku (a nawet wieku XXI) bezrefleksyjnie drukowano materiały przysłane przez agencje PR‑owe jako artykuły redakcyjne. Bernays to wiedział, bo sam wcześniej pracował w magazynie. Nie dość, że bliski krewny Freuda nie wydawał pieniędzy na reklamę, to jeszcze tworzył fałszywe przekonanie. Wielu rodziców uwierzyło, że podając dzieciom jajecznicę na bekonie, dbają o ich zdrowie, choć de facto drastycznie zwiększali niebezpieczeństwo zachorowania na raka jelita grubego. Światowa Organizacja Zdrowia zaklasyfikowała przetworzone mięso, w tym bekon, jako kancerogen grupy pierwszej. Znalazł się w tej samej lidze co papierosy i azbest. I to jest fakt potwierdzony naukowo, a nie na podstawie sondy Reksia wśród kolegów na wybiegu. (...)
Czy pizza to warzywo?
Moj kolega był świadkiem pewnej rozmowy rodzica z dyrektorką szkoły podstawowej. Matka była zszokowana, że szkolny lunch w ogóle nie zawiera warzyw. "Jak to nie ma warzyw?" - krzyknęła z oburzeniem dyrektorka. "Przecież dzieci codziennie dostają frytki!"
Żeby wydawać mniej na szkolne obiady, administracja Reagana próbowała w 1981 roku zaklasyfikować jako warzywo… ketchup. Pomysł był na tyle absurdalny, że nawet Kongres się zawstydził. Ale 30 lat później było już inaczej.
W 2009 roku do Białego Domu wprowadzili się Obamowie. Michelle promowała jedzenie zdrowych lunchów w szkołach, a administracja prezydenta zaproponowała, by porcję warzyw stanowiło co najmniej pół szklanki koncentratu pomidorowego, a nie - jak dotychczas - dwie łyżki dodawane do pizzy. Sprytny ruch: formalnie nikt nie zabraniał podawania dzieciom pizzy, ale na jednym kawałku nie da się zmieścić aż tyle przecieru. Włoski przysmak miał zostać zdyskwalifikowany przez fizykę. Kongres się jednak sprzeciwił i utrzymał obowiązującą zasadę: dwie łyżki koncentratu na kawałku pizzy to porcja warzyw. A skoro dwie łyżki koncentratu to warzywo, cała pizza spełnia federalne wymogi: ciasto liczy się jako produkt zbożowy, sos - jako warzywo, ser i pepperoni dostarczają białka. Szkoła może więc podać dzieciom pizzę i odzyskać za nią pieniądze z rządowego programu dożywiania.
Dlaczego Kongres tak zagłosował? Bo Amerykański Instytut Żywności Mrożonej (American Frozen Food Institute) lobbował w imieniu sprzedawców gotowej pizzy, takich jak ConAgra Foods i Schwan Food Co., oraz producentów frytek McCain Foods i J.R. Simplot Co. Ostatnia z firm to stały dostawca McDonaldów. "Oczywiście, że więcej pizzy i frytek w szkołach nie jest dobre dla dzieci, ale jest dobre dla firm, które je produkują" - powiedziała Margo Wootan, dyrektorka do spraw polityki żywieniowej w Centrum Nauki na rzecz Interesu Publicznego (Center for Science in the Public Interest). A kongresmen Jared Polis pytał: "Co dalej? Czy ciasteczka Twinkies też będą uważane za warzywo?". Nikt mu nie odpowiedział. Rządowy program był przy tym bardzo ważny, bo zapewniał wyżywienie ponad 30 milionom dzieci. Około 40 procent ich dziennego zapotrzebowania kalorycznego pochodziło właśnie ze szkolnego lunchu.
W 2011 roku za ustawą zagłosowało 298 kongresmenów. 121 było przeciw. Kongres nie ogłosił wprost, że pizza jest warzywem, bo to wciąż brzmiałoby zbyt absurdalnie nawet dla niego, ale zablokował planowane przez ministerstwo rolnictwa zmiany dotyczące ilości koncentratu pomidorowego. Efekt był ten sam, tylko zapis w protokole wyglądał lepiej. Obama ustawę podpisał.
Koncerny żywnościowe wydały zaledwie 5,6 miliona dolarów na lobbing zapewniający dostęp do rynku wartego wiele miliardów. Sama firma Schwan ma 70 procent udziałów w kategorii pizzy w ramach branży szkolnych usług gastronomicznych, której wartość sięga 9,5 miliarda dolarów. Na Wall Street powiedzieliby, że to najlepsza stopa zwrotu w historii. Ale też kolejny przykład tego, jak branża regulowana przejęła kontrolę nad instytucjami, które ją regulują. Jak powiadają Amerykanie: ogon zaczął machać psem.
Jedno na pięcioro amerykańskich dzieci jest dziś otyłe. To najwyższy wynik w historii pomiarów. Tyle mówi średnia. Pod nią kryje się prostsza zależność: im uboższy dom, tym cięższe dziecko. Wśród najbiedniejszych otyłe jest niemal co czwarte, wśród najbogatszych - co dziesiąte. Szkoły w bogatych okręgach dokupują do federalnego programu obiadowego warzywa, świeże owoce i produkty od lokalnych dostawców. Szkoły w ubogich dzielnicach serwują to, co zapewnia rząd: pizzę, która zaliczana jest do warzyw, oraz frytki opisane jako źródło skrobi. Obiad dotowany przez państwo jest zaskakująco często jedynym ciepłym posiłkiem, jaki niektóre dzieci spożywają w ciągu dnia.
Quiz: Ile wiesz o wydarzeniach mijającego tygodnia? Sprawdź się w quizie TOK FM
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Pustynie jedzeniowe
Kilka lat temu wynajęliśmy ze znajomymi dom w małej miejscowości na północy stanu Nowy Jork. Jako że nikt z nas nie miał samochodu, pojechaliśmy pociągiem najdalej, jak się dało, a na stacji wzięliśmy taksówki, by dotrzeć do samego lasu. Mieliśmy tam być ledwie kilka dni, ale i tak mieliśmy ze sobą tonę jedzenia. Gdy po dwóch dniach dzieciom znudził się las, pomaszerowaliśmy kilka kilometrów do najbliższej wioski. Był tam diner, w którym zjadły pizzę, a potem zajrzeliśmy z ciekawości do lokalnego sklepu z żywnością. Zamurowało nas. Oczywiście jesteśmy rozpuszczonymi mieszkańcami wielkiego miasta, ale w środku naprawdę nie było nic, dosłownie nic, świeżego. Zero warzyw - nie mówię już o sałacie, ale o takich podstawach jak cebula czy ziemniak - czy kawałka mięsa, z których można by coś samemu ugotować. Wszystko było przetworzone do punktu rozkoszy i zapakowane w plastik oraz puszki, żeby czasem nie uciekło. Jak nam wyjaśnili amerykańscy znajomi, trafiliśmy do pustyni jedzeniowej.
Ponad 50 milionów Amerykanów, czyli więcej niż cała populacja Polski, mieszka na obszarach oddalonych o prawie kilometr w miastach oraz ponad 16 kilometrów na wsi od najbliższego supermarketu. Fast foody są zwykle dużo bliżej. W samym Chicago ponad pół miliona osób, głównie Afroamerykanów, żyje w dzielnicach, w których nie ma ani jednego sklepu ze świeżą żywnością. Śmiertelność z powodu cukrzycy jest tam drastycznie wyższa niż w miejscach, gdzie można znaleźć sklepy z warzywami. Komu chce się przejść 2 kilometry, żeby dostać cebulę, czy przejechać 20 w poszukiwaniu ziemniaków, kiedy można je kupić za rogiem, osolone, posłodzone i obsmażone w głębokim tłuszczu? Jedzenie w Ameryce nie jest demokratyczne. Zależy od kodu pocztowego.
Posłuchaj: