,
Obserwuj
Ludzie

W taksówkach na aplikacje kuszą pensją 14 tys. zł. "Po kursie zostaje mi na browar"

7 min. czytania
25.08.2025 06:33

Taksówka na aplikację to eldorado dla kierowców? Tak przedstawiają to pośrednicy, którzy werbują chętnych do pracy dla Ubera czy Bolta. Oferują nawet 14 tys. zł miesięcznie. Jaka jest prawda? - Przeciętny kurs to drobnica za kilkanaście złotych. Po prowizjach zostaje mi na browar z Żabki - mówi w tokfm.pl kierowca Jan.

fot. Agencja Wyborcza

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak wygląda praca w taksówce na aplikacje? "Najpierw żyłuję Bolta, a gdy po 12 godzinach jazdy włącza się tam blokada, to czasem jeszcze przez dwie godziny jeżdżę dla Ubera" - mówi w tokfm 24-letni Oleg;
  • "Zazwyczaj wpada drobnica za kilkanaście złotych. Jak jest mały ruch w interesie, to aplikacje jeszcze zaniżają ceny o 20-30 proc. Robią się uprzejmi na mój koszt" - dodaje Jan;
  • Taksówki na aplikacje coraz częściej prowadzą migranci, bo - jak mówi Jan - Polak na taką robotę nieprędko się skusi. "Musi być wybrakowany jak ja albo młody i naiwny" - stwierdza kierowca.

"Zarabiaj ponad 8 tys. zł miesięcznie!", "Zacznij pracę już dziś i ciesz się wynagrodzeniem nawet 12 tys. zł", "Dostaniesz samochód na wyłączność i do 14 tys. zł co miesiąc" - tak kierowców kuszą właściciele taksówek na aplikacje. Z każdym czytanym przeze mnie ogłoszeniem wysokość pensji wzrasta. Odruchowo otrzepuję z kurzu swoje prawo jazdy.

- Polecam tę pracę - mówi 24-letni Oleg. Robi jednak zastrzeżenie, po którym rzednie mi mina: "Ale żeby zarobić 14 tys. zł, musiałbyś żyłować taksówkę jakieś 28 godzin na dobę".

Oleg często używa słowa "żyłować", choć niepoprawnie je wymawia. Nauczył się go zaraz po przyjeździe z Ukrainy do Polski. Zrobił to tuż przed wybuchem pełnoskalowej wojny. Z początku żyłował na budowach, ale wysiadło mu kolano i nie może już biegać po rusztowaniach. Od dwóch lat żyłuje więc taksówkę na aplikacje.

- Najpierw Bolta, a gdy po 12 godzinach jazdy włącza się tam blokada, to czasem jeszcze dwie godziny żyłuję Ubera. Więcej nie dam rady, bo padam. Zdarza się, że podjeżdżam na stację benzynową i zasypiam w aucie. Raczej nie mam weekendów, bo wtedy można złapać najwięcej kursów. Wiem, tak długie siedzenie za kółkiem jest niebezpieczne, ale nie mam wyboru. Na aplikacjach przy normalnej ośmiogodzinnej pracy zarobisz najwyżej na czynsz, może jeszcze na jakąś bułkę. A tak, gdy dobrze pójdzie, to mam zazwyczaj ok. 6-7 tys. zł na miesiąc - opowiada Ukrainiec.

Gdy czytam te ogłoszenia, 57-letni Jan krzywi się i prycha. Mówi, że od ponad roku jeździ taksówką na aplikację, a jeszcze nie widział takiej kasy. - Powariowali, że tak piszą. Przeciętny kurs to drobnica za kilkanaście złotych. Po prowizjach zostaje mi na browar, powiedzmy, z Żabki - twierdzi mój rozmówca.

Tanie przejazdy na aplikacje. "Jak chcesz jechać za 60 zł, toś jest pan"

Jan męczy się w tej robocie, bo innej nie mógł znaleźć. Przez 16 lat był zatrudniany jako zaopatrzeniowiec i lubił to zajęcie, ale przerwał to wypadek. W samochód, który prowadziła jego żona, wjechał na skrzyżowaniu młody kierowca. Jej nic się nie stało, a on wylądował na chirurgii. Lekarze uratowali mu nogę, jednak Jan przeszedł półroczną rehabilitację.

- Po powrocie do pracy szef mnie "zredukował" i zatrudnił na moje miejsce młodą kobietę. Zacząłem rozsyłać CV, ale mimo że miałem zawodowe doświadczenie, nie docierałem nawet do etapu rozmów kwalifikacyjnych. Widzieli w papierach, ile mam lat i nie chcieli takiego starucha. W końcu się poddałem i zacząłem jeździć na taksie. Z pensji żony byśmy nie przeżyli. Zresztą co to za facet, który jest na utrzymaniu kobiety - kręci głową 57-latek.

Przeczytał w internecie, że aby jeździć taksówką na aplikację, wystarczy wynająć auto od specjalnych firm albo w nich się zatrudnić. - To pośrednicy między kierowcami a aplikacjami. Z jednym z nich się dogadałem: daje mi auto i benzynę, a potem rozlicza mnie z Boltem czy Uberem. Tym ostatnim oddaję ok. 30 proc. od każdego kursu. Z tego, co zostanie, połowę odpalam pośrednikowi. Jakaś jedna trzecia jest dla mnie - wylicza.

- Czyli jeśli zamówię kurs za 60 zł, to de facto płacę panu tylko dwie dychy? - upewniam się, a Jan odpowiada śmiechem.

- Jak chcesz jechać za 60 zł, toś jest pan i mogę z tobą nawet pogadać. Ale już mówiłem, że zazwyczaj wpada drobnica za kilkanaście złotych. Jak jest mały ruch w interesie, to aplikacje jeszcze zaniżają ceny o 20-30 proc. Robią się uprzejmi na mój koszt. Wiadomo, mogę nie wziąć takiego przejazdu, ale bywa, że nie mam wyboru. Jeśli oleję, złapie go inny kierowca, a ja zostanę z niczym - tłumaczy.

Dodaje, że musi "natrzaskać" kursów i jeździć nawet 10 godzin na dobę, żeby po miesiącu zobaczyć na koncie ok. 4,5-6 tys. zł brutto. Czasem więcej, innym razem mniej - w zależności od tego, na ile zdrowia mu starcza. - Kręgosłup mam powypadkowy i niekiedy nie pozwala mi lepiej zarobić - przyznaje kierowca.

Taksówka na aplikacje. O czym chcą rozmawiać klienci?

Bywa, że Jan rozmawia z klientami, ale zawsze robi to z najwyższą niechęcią. Chciałby tylko skupiać się na drodze i zderzakach aut, za którymi jeździ. Gdy jednak ktoś na tylnym siedzeniu go zagaduje, to "służbowo" odpowiada. - Jestem, k...wa, miły, bo muszę. Zaraz by mi zaniżyli opinię w aplikacji i miałbym mniej kursów. Na szczęście zazwyczaj wolą jeździć w ciszy - tłumaczy.

Niekiedy jednak czują się w obowiązku zagadać, bo milczenie wydaje im się niegrzeczne. Albo są nabuzowani i emocje im się ulewają. - Kogoś zwolnili z roboty i chce pobiadolić. Innemu struł się kotek i przestraszony wiezie go do lekarza, więc musi wszystko opowiedzieć. Albo jak ostatnio: komuś wybrali Nawrockiego na prezydenta i musi się oburzyć - opisuje.

Jak dodaje, kiedyś kobieta zagaiła z nim rozmowę o haluksie, z którym jechała do lekarza. - Musiałem w to wejść. Odpowiedziałem, że "moja miała to samo". Nie no, bez uśmiechu, jeszcze czego! Nie jestem od prowadzenia terapii w taksówce. W takich sytuacjach mówię cokolwiek, żeby przetrwać kurs - wspomina z niesmakiem.

Migranci w taksówkach na aplikację. "Co się nasłuchają, to ich"

Taksówki na aplikacje coraz częściej prowadzą migranci, bo - jak mówi Jan - Polak na taką robotę nieprędko się skusi. - Musi być wybrakowany jak ja albo młody i naiwny. Tyle że ten ostatni też siada za kółkiem tylko na chwilę. Gdy już zobaczy, ile zostaje mu z tych 16 tys. zł, które podają w ogłoszeniach, to zaraz szuka lepszego zajęcia. Facet z Ukrainy, Gruzji czy Kirgistanu często nie umie tego zrobić. Dlatego pośrednicy przebierają w nich jak w ulęgałkach - mówi 57-latek.

Zastrzega, że nie chce czepiać się obcokrajowców, bo na taksówkach "klepie z nimi tę samą biedę". - Przy czym oni mają jeszcze gorzej, bo nie są stąd i niektórzy klienci ich gnębią. Znam dobrego kierowcę z Gruzji, któremu ciągle powtarzają, że zabiera pracę Polakom i by wracał do siebie. Co nasłucha się w dzisiejszej Polsce, to jego. W ogóle ludzkość wchodzi w taką fazę, w której się pozabija. Moim zdaniem nie warto niczego ratować - mówi z charakterystycznym dla siebie "optymizmem".

Jednak po wybuchu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę ratował uchodźców. Najpierw zanosił jedzenie do tzw. punktu recepcyjnego, a w końcu wziął pod swój dach rodzinę z wojny. - Przepłakali swoje, odkarmili się, znaleźli roboty i poszli gdzieś indziej żyć uczciwie. Ogarnęli się sami, ja tylko im nie przeszkadzałem. Dlatego gdy teraz słyszę od klienta w taksówce, że Ukraińcy są pazerni i okradają nas z zasiłków, to mam go ochotę wykopać i jeszcze ręką poprawić. Ale jak mówiłem, w tym fachu trzeba być, k...wa, miłym - wzdycha ciężko.

Wypadki kierowców taksówek na aplikacje. "Mamy w branży wolną amerykankę"

Jan zna te nagłówki, które raz po raz serwują polskie media: "Rowerzysta potrącony przez kierowcę taksówki na aplikację", "Taksówka na aplikację uderzyła w ambulans", "Kierowca taksówki na aplikację wjechał pod autobus".

- Wszystko dlatego, że mamy w branży wolną amerykankę. Możemy jeździć po 12-16 godzin na dobę i nikt tego nie sprawdza. Niby Uber i Bolt po połowie doby każą nam zrobić 6 godzin przerwy, ale wystarczy przełączyć się między aplikacjami, żeby dalej prowadzić taksówkę. Stawki za kursy wręcz wymuszają takie kombinowanie. Mnie na to zdrowie nie pozwala - mówi.

Wskazuje też drugą "dziurę w systemie", przez którą wina za wypadki spada na obcokrajowców. - Polscy taryfiarze i internauci zawsze wołają, że Ukraińcy czy Gruzini nie znają polskich przepisów, dlatego rozbijają się o karetki i autobusy. Jakby robili to tylko migranci. Ale faktycznie, w systemie jest dziura jak stąd do Warszawy. Bo cudzoziemiec nie musi w Polsce zdawać egzaminu na prawo jazdy. Wystarczy, że wyrobił je w swoim kraju, a potem w naszym urzędzie wymienił na polskie. W zasadzie tylko je przetłumaczy, a już może wsiąść za kółko i wozić ludzi. Pośrednicy pomagają to załatwiać, żeby było szybciej. To trzeba załatać - podkreśla mój rozmówca.

Żart dla Ukraińca się kończą. "Dzięki za kurs, a teraz wracaj do swojego kraju"

Wracam do Olega z Ukrainy, który od dwóch lat „żyłuje" na przemian Ubera i Bolta. Jest wesołkiem, który lubi pożartować z klientami, by ratować się przed nudą w pracy. Aby przełamać lody z pasażerem, najczęściej śmieje się z siebie. Jego dziewczyna mu tego zakazuje, bo boi się, że Oleg wyjdzie na ofiarę losu.

- A mnie to nie przeszkadza. Jeśli klient opowiada, że zamiast do mnie, wsiadł do innej taksówki, to mówię: "A to jeszcze nic". I wspominam, jak kiedyś wsiadłem do złego autobusu i dopiero na drugim końcu miasta zorientowałem, że coś jest nie tak. Po prostu czasem tak mam. Moja dziewczyna zakazała mi opłacania rachunków, bo zdarzało się, że pomyliłem numery kont. Klienci, gdy to słyszą, śmieją się, że z takim taksówkarzem na pewno nie dojadą na czas, bo pewnie pomylę adresy. Albo żartują: "Dobrze, że nie walczysz w Ukrainie, bo jeszcze byś postrzelił swoich" - opowiada 24-latek.

Ten ostatni żart wydaje się złośliwy, ale Oleg tak go nie odebrał. Przyznaje jednak, że ostatnio zmienia się podejście Polaków do niego i żarty powoli się kończą. - Rok po wybuchu wojny prawie każdy, gdy widział w aplikacji moje imię, a później słyszał ukraiński akcent, trochę się nade mną litował. Nie za bardzo to lubiłem, dlatego zaczynałem żartować. A teraz coraz częściej słyszę złośliwości: "O, tutaj też Ukrainiec, wszędzie was pełno jak szarańczy", "Na Wołyń z tobą nie pojadę, bo straszno. Zawieź mnie na Dworzec Główny", "Dzięki za kurs, a teraz wracaj do swojego kraju". Po takich słowach już tylko milczę - przyznaje.

Zaraz jednak macha ręką i mówi, że mu to nie szkodzi. Dalej lubi Polaków i chce tutaj z dziewczyną otworzyć knajpkę z ukraińską kuchnią. - Na to odkładam i dlatego jeżdżę nawet po 14 godzin na dobę - puentuje mój rozmówca.

Chcesz zgłosić temat, opowiedzieć swoją historię? Napisz do autora: konrad.oprzedek@tok.fm