Wojsko uruchamia szkolenia obronne. Ekspert ma mieszane uczucia: To jest PR
- Nie trzeba wojska do tego, żeby tłumaczyć, jak rozpalić ognisko w lesie czy opatrzyć ranę. Wojsko niech się zajmie tym, czym powinno: przygotowaniem na najczarniejsze scenariusze - mówił tokfm.pl ekspert ds. wojskowości z miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa" Mariusz Cielma. W ten skomentował szkolenia "wGotowości", które organizuje Ministerstwo Obrony Narodowej we współpracy ze Sztabem Generalnym WP.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie dwie ścieżki są przewidziane w szkoleniach obronnych "wGotowości"?
- Czy według eksperta ds. wojskowości takie działania mają sens?
- Dlaczego - zdaniem Cielmy - to nie żołnierze powinni organizować tego typu szkolenia?
W sobotę 22 listopada rozpocznie się pilotaż programu powszechnych dobrowolnych szkoleń obronnych "wGotowości". Potrwa pięć tygodni, składa się z dwóch ścieżek. Pierwsza to "Odporność" - skierowana do obywateli bez przeszkolenia wojskowego. Obejmuje cztery jednodniowe moduły szkoleniowe, po osiem godzin każdy. Są to:
- bezpieczeństwo (jak przygotować siebie i dom na sytuacje zagrożenia, reagować na sygnały alarmowe i przeprowadzić ewakuację);
- pierwsza pomoc (podstawy ratownictwa przedmedycznego, elementy medycyny pola walki, obsługa defibrylatora AED);
- przetrwanie (przygotowanie plecaka ewakuacyjnego, planowanie ukrycia, terenoznawstwo i elementy survivalu);
- cyberbezpieczeństwo (jak chronić dane, rozpoznawać phishing, fake newsy i ataki socjotechniczne, jak bezpiecznie korzystać z AI i mediów społecznościowych).
Druga ścieżka szkoleń to "Rezerwa". Ma rozwinąć system szkoleń wojskowych i obejmuje: dobrowolne przeszkolenie podstawowe; doskonalenie żołnierzy rezerwy w formie ćwiczeń wojskowych, ochotnicze szkolenia studentów, kandydatów na oficerów rezerwy.
Pierwszy etap szkoleń - jak podaje MON - ma potrwać do końca grudnia 2025 roku. Wdrażanie "Rezerwy" rozpocznie się drugiej połowie 2026 r.
"Wojsko zrobiło się wujkiem dobrą radą"
Czy takie akcje mają sens? Mariusz Cielma, ekspert ds. wojskowości z miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa", ma "mieszane uczucia". - To PR, choć - co istotne - będący odpowiedzią na oczekiwania społeczne. A że nikt nie miał zasobów, żeby coś takiego zorganizować na szybko, to padło na wojsko - skomentował w rozmowie z tokfm.pl.
Szczególnie krytycznie ekspert podchodzi do pierwszej części programu, czyli modułów jednodniowych. Jak przypomniał, MON realizował już podobne programy. - Była tego cała masa, bo wojsko zrobiło się trochę takim "wujkiem dobrą radą". Nawet Rafał Trzaskowski w czasie kampanii prezydenckiej był na jednej z takich akcji - przypomniał Cielma. W jego ocenie szkolenia te są mieszanką "survivalu i biegania po lesie". - Do tego dochodzi próba poznania, jak wygląda broń i jaką ma masę. A na koniec robi się ognisko z kiełbaską - mówił dalej rozmówca tokfm.pl.
Cielma przyznał, że tego typu akcje traktuje jako "formę zabawy i pocieszania ludzi poprzez budowanie w nich poczucia, że coś zrobili". - Przecież po takim szkoleniu nie będzie z nikogo żołnierza albo osoby przygotowanej na nietypowe sytuacje. Co najwyżej coś kogoś zainteresuje. To taki piknik z wojskiem - podkreślił specjalista ds. wojskowości.
"Nie trzeba wojska, żeby tłumaczyć, jak rozpalić ognisko"
Zwrócił uwagę też na inny wątek - dużego zaangażowania żołnierzy przy jednoczesnym organizowaniu innych dużych akcji. - Po aktach dywersji na kolei ogłoszono operację "Horyzont", która mówi, że 10 tys. ludzi będzie pilnować infrastruktury krytycznej, w tym torów. Nie daj Boże, nie chcę wykrakać, za miesiąc ktoś znajdzie niewybuch pod wiaduktem drogowym i wyślemy kolejne tysiące żołnierzy do pilnowania? - pytał retorycznie. - Przecież w tym czasie pilnujemy też granicy z Białorusią, a nawet Niemcami i Litwą - podnosił.
W jego ocenie żołnierze w ogóle nie powinni być w tego typu szkolenia zaangażowani. Jak przekonywał, to "typowe przedsięwzięcia, które mógłby prowadzić nawet cywil". - Nie trzeba wojska do tego, żeby tłumaczyć, jak rozpalić ognisko w lesie czy opatrzyć ranę, szczególnie że są to szkolenia bardzo krótkie i pobieżne. Nie ma tutaj specjalistycznej wiedzy - zwrócił uwagę nasz rozmówca.
Wskazał przy tym, że za tego typu szkolenie powinno odpowiadać MSWiA i wykorzystać np. emerytów wojskowych - tym bardziej, że emerytury wojskowe bierze ok. 150 tys. osób, ktoś zapewne byłby chętny zarobić coś więcej. - Wojsko niech się zajmie tym, czym powinno: przygotowaniem na najczarniejsze scenariusze - stwierdził ekspert "Nowej Techniki Wojskowej".
"Wojsko szuka różnych sposobów"
Jeśli chodzi o drugą ścieżkę szkoleń - "Rezerwa" - tu Mariusz Cielma jest bardziej przychylny. Choć też zwraca uwagę, że jest to w dużej mierze modyfikacja tego, co już istnieje. - I funkcjonuje pod nazwą: dobrowolna zasadnicza służba wojskowa. Można iść na 28 dni szkolenia, dostanie się za to ponad 6000 zł na rękę. A jeżeli komuś się spodoba, to może zostać dodatkowych 11 miesięcy, czyli razem rok. Za to też będzie dostawał, jak na warunki polskie, całkiem pokaźne pieniądze. Szczególnie, że ma zapewniony w tym czasie dach nad głową, jedzenie i ubranie - tłumaczył.
Zastrzegł, że istotna modyfikacja jest na pewno jedna. O ile, jak mówił, dotychczas na szkolenia szły osoby, które nie miały nic wspólnego z wojskiem i nigdy nie nosiły munduru, o tyle teraz (w tych nowych akcjach) wprowadzono możliwość wzięcia udziału też dla rezerwistów. Czego się będą uczyć? Jak wskazał ekspert, to podstawowe szkolenie: od podstaw musztry i zachowania się, podstawę taktyki, po obsługę broni i strzelanie. - Zasób podstawowy, żeby później można było pójść do wojska i wiedzieć - mówiąc kolokwialnie - którą nogą zaczyna się marsz, komu i gdzie salutować i w którą stronę leci pocisk z karabinu - żartował.
Co do zasady Mariusz Cielma uważa, iż to dobrze, że "wojsko szuka różnych sposobów, by przeszkolić jak najwięcej osób". Zwłaszcza, że - na co zwrócił uwagę - w Polsce opieramy się na dobrowolnej służbie wojskowej, a wiele krajów w Europie - szczególnie przy spadającej demografii i coraz większych wyzwaniach - wraca jednak do obowiązkowego szkolenia wojskowego.
- W Polsce jest kilka milionów mężczyzn, którzy odbyli zasadniczą służbę wojskową 15-20 czy 30 lat temu, a konflikt w Ukrainie pokazuje, że wojna nie jest tylko dla wojska. Walczy całe społeczeństwo. Po drugie wojsko nie jest tylko dla młodych, bo w Ukrainie widzimy w mundurze więcej osób w wieku 40-50 niż młodych - zastrzegł ekspert ds. wojskowości.
Stąd też całemu programowi "wGotowości" Cielma dał "ocenę dobrą".
Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Wiesław Kukuła zapewnił, że w przyszłym roku szkolenia "będą zwielokrotnione" i będzie w nich mogła wziąć udział praktycznie każda zainteresowana osoba. W tym roku, jak ujawnił, zgłosiło się 17 tys. chętnych.
Źródło: TOK FM, PAP