,
Obserwuj
Polska

"Bez okularów i z wadą minus sześć dioptrii" chciał zostać kierowcą. Co z badaniami lekarskimi na prawo jazdy?

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
6 min. czytania
24.01.2026 20:16

"Młody, niedoświadczony człowiek zazwyczaj nie będzie się spierał z lekarzem i nie będzie nalegał na to, by zostać przebadanym - nawet z czystej ciekawości, skoro i tak za to zapłacił. Zazwyczaj im większym realistą jest kursant, tym bardziej zdeterminowany jest, by odebrać papier bez wchodzenia w zbędne szczegóły. Takie badanie jeszcze by coś wykryło, a jemu przecież zależy na byciu kierowcą" - pisze Agnieszka Gałuszka w książce pt. "Nie zabij nikogo. Z notatnika instruktora jazdy".

Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl
Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl
fot. Kurs nauki jazdy (zdjęcie ilustracyjne)

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Agnieszki Gałuszki pt. "Nie zabij nikogo. Z notatnika instruktora jazdy" wydanej 10 września 2025 roku nakładem Wydawnictwa RM.

Miejska legenda głosi, że nie ma na świecie nic prostszego niż przejście badań lekarskich "na kierowcę". Warunkiem koniecznym jest wyłącznie bycie obecnym i uiszczenie odpowiedniej opłaty. Nie ma konieczności posiadania wszystkich kończyn ani, broń Boże, odpowiedniego stanu zdrowia. Całość wizyty można by streścić do:

- Widzisz mnie?

- Widzę.

- Dwieście złotych.

Młody, niedoświadczony człowiek zazwyczaj nie będzie się spierał z lekarzem i nie będzie nalegał na to, by zostać przebadanym - nawet z czystej ciekawości, skoro i tak za to zapłacił. Zazwyczaj im większym realistą jest kursant, tym bardziej zdeterminowany jest, by odebrać papier bez wchodzenia w zbędne szczegóły. Takie badanie jeszcze by coś wykryło, a jemu przecież zależy na byciu kierowcą.

Prowadzi to do sytuacji, gdy w trakcie kursu instruktor często musi bawić się w doktora House’a.

"Nie zabij nikogo. Z notatnika instruktora jazdy", Agnieszka Gałuszka
fot.

Wydawnictwo RM

Upalny dzień lata. Damian i jego kursant dzielnie przemierzają miasto w poszukiwaniu tzw. pułapek egzaminacyjnych. Mężczyzna nazywał tak każde miejsce, które mu odpowiadało. Jego kursanci szybko się przekonywali, że nie są to prawdziwe pułapki, a ich instruktor robi ich w konia. Dzięki temu skupiali się tak naprawdę na wszystkim, na co zwracał uwagę Damian, bo nie wiedzieli, co w końcu będzie na egzaminie. W ten sprytny sposób Damian często wpajał im informacje i umiejętności, dzięki którym mogli przetrwać na drodze po zdaniu egzaminu.

- Tu wepnij już dwójkę, puść sprzęgło… No puść. Zbyt długo zwlekałeś, wciśnij i redukcja na jedynkę, bo ci zgaśnie. - Damian mimowolnie spojrzał w kierunku dźwigni zmiany biegów, by się upewnić, że kursant wbije jedynkę, a nie trójkę, co skutkowałoby bezsensownym wjazdem na skrzyżowanie autem, które zgaśnie chwilę później i zablokuje cały ruch. W oczy rzucił mu się interesujący szczegół, który wystawał chłopakowi spod koszulki. - A co ty tu właściwie masz?

Kursant wyraźnie się speszył.

- Glukometr.

- Wszczepiony glukometr?

- Yhym.

- Chorujesz na cukrzycę? - Damian zadał najbardziej oczywiste pytanie na świecie.

- Tak.

Damian przyjrzał się urządzeniu. To nie była pierwsza wspólna jazda tej dwójki, jednak poprzednio nie widział tego ustrojstwa ze względu na pochmurną pogodę i więcej warstw ubrań, jakie kursant miał na sobie.

Historia ta jest zatrważająca pod kilkoma względami. Kursant ten wyrobił profil PKK, a lekarz, przed którym siedział, gdy ten wypisywał mu papiery i podbijał swoją pieczątkę, nie przebadał go. Nie powiedział lekarzowi o swoim stanie zdrowia, który przecież w istotny sposób wpływa na kondycję psychofizyczną człowieka prowadzącego pojazd mechaniczny. Następnie zataił tę informację przed swoim instruktorem. Powiedział o tym, co mu dolega, dopiero gdy został o to zapytany. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że gdyby zdecydował się na podejście do kursu prawa jazdy zimą, urządzenie to nigdy nie zostałoby zauważone przez instruktora, a kursant sam nie pochwaliłby się tym, z czym się nieustannie boryka. W sytuacji ataku choroby instruktor nie byłby przygotowany. Być może zauważyłby spadek koncentracji swojego kursanta, podczas gdy ten walczyłby o przetrwanie i potrzebował pilnej pomocy medycznej.

W końcu pora na najmroczniejszy fakt: kursant miał prawo odmówić odpowiedzi na pytanie zadane mu przez instruktora. Instruktor nie miał prawa go zadawać, choć być może kilkukrotnie ocaliłoby im to życie. Tak, kursantowi zdarzały się zasłabnięcia, a Damian wiedział, jak zareagować.

Innym razem kursant o szczególnych predyspozycjach do zrobienia sobie krzywdy trafił się Klemensowi. Podczas pierwszej jazdy trząsł się, jak zapewniał, ze stresu. Stary wyjadacz zdefiniował go sobie jednym słowem: neurotyczny.

Jednak nawet ktoś taki jak Klemens zauważył, że coś jest nie tak - i to nie oderwawszy wzroku od gazety. Kurs podstawowy zmierzał ku końcowi, a chłopak trząsł się jak na początku, choć widocznie stresował się już znacznie mniej. Klemens postanowił dokonać krótkiego dochodzenia.

Pod naciskiem ze strony znacznie starszego i nieustępliwego instruktora chłopak przyznał się, że choruje na parkinsona. Skłamał podczas badania lekarskiego, a następnie zaprzestał brania leków. Twierdził, że źle na niego działały.

Redakcja poleca

Klemens z ogromną niechęcią oddał mu pieniądze za kurs i zakończył współpracę.

Raz Damian trafił na kursanta, który był pozbawiony koordynacji ruchowej. Nie umiał kręcić kierownicą. Zamiast robić przeplatankę uderzał rękami w kierownicę, kilkukrotnie nawet uruchamiając klakson. Nie potrafił również zmieniać biegów. Miał bardzo wykrzywione dłonie, którymi nie mógł chwycić dźwigni. Często zdarzało się mu się hamowanie lewą stopą z ogromną siłą, czyli taką, która potrafi wyrzucić człowieka przez przednią szybę. Po kilkunastu godzinach jazdy, gdy już było widać, że brakuje dawno oczekiwanych postępów, Damian postanowił przeprowadzić pełną wyczucia, delikatną rozmowę. Powiedział kursantowi, że widzi jego starania, ale dostrzega, że coś uniemożliwia poprawne wykonywanie manewrów. Użył całej swojej empatii i taktu, by spytać, jak może pomóc, by przyczynić się do poprawy wyników kursanta.

To, co się wydarzyło, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Kursant wydarł się, że go oskarży o znieważenie. Wyszedł, trzaskając niezdarnie drzwiami. Damian oddał mu pieniądze, nim ten zdążył poprosić o ich zwrot.

Raz na jakiś czas instruktor staje się świadkiem ataku padaczki u kursanta - niekiedy dochodzi do niego pod wpływem stresu, podczas gdy choroba została zatajona podczas rozmowy z lekarzem. Tego rodzaju dolegliwości są niebezpieczne nie tylko dla osoby chorej, ale również dla otoczenia - w tym instruktora. Chcemy wiedzieć, co może nas z wami czekać oprócz niekończącej się passy gasnącego silnika i mówienia "drugie lewo". Musimy umieć przeciwdziałać temu, co może się wydarzyć. Bez niezbędnej wiedzy nie zdążymy nawet się pomodlić o wyjście cało z opresji.

Klemens nie lubił odzywać się podczas kursu więcej, niż powinien. Niestety, jego kursant sprawiał, że czytanie gazety nie odbywało się w komfortowych warunkach. Instruktor ciągle musiał mu przypominać o ograniczeniach, o skrzyżowaniach - bez upomnienia kursant nawet nie zwalniał. Często reagował w ostatniej chwili, hamował z piskiem. Klemens uważał, że trafił na kolejnego trudnego kursanta, od którego szybko się nie uwolni.

Redakcja poleca

Pewnego dnia oznajmił kursantowi, że będą musieli skończyć zajęcia 10 minut wcześniej, bo wybiera się do okulisty.

- O, ja też mam dzisiaj wizytę.

Klemens spojrzał na niego i uniósł brwi. Kursant zrozumiał, że chodzi mu o brak okularów.

- Noszę takie soczewki, które zakłada się na noc - dodał pospiesznie. - Dzięki nim nie muszę nosić okularów w ciągu dnia.

Klemens połączył kropki, czego znakiem było mocniej zmarszczone czoło.

- Masz jakiś kod ograniczeń?

- Kot? Jaki kot?

Instruktor westchnął. Znów musiał się odzywać.

- Czy lekarz wypisał ci jakiś kod ograniczeń? Czy wpisał, że musisz jeździć w okularach?

- Nie… Nic mi o tym nie wiadomo.

Klemens wiedział już, że natychmiast po powrocie do domu będzie musiał spojrzeć w papiery.

Kursant jednak nie odpuszczał.

- A przepraszam, ale… O co chodziło z tym kotem?

W domu znalazł to, czego szukał. Kursant miał obowiązek jeżdżenia w okularach, czego nie robił. Zupełnie nieświadomie narażał się na duże konsekwencje.

W normalnych okolicznościach instruktor zaleciłby kursantowi założenie okularów zerówek i dokończenie kursu, jednak jego uczeń ewidentnie miał problem z dostrzeganiem tego, co się znajduje na drodze. Te jego soczewki zwyczajnie nie działały.

Ale właściwie jakie miał kompetencje, by kwestionować pracę lekarza?

Redakcja poleca

Klemens nie lubił tak zawiłych sytuacji. Chodził do pracy, odwalał swoje i wracał do domu. Nienawidził gasić pożarów za innych. W końcu za to mu nie płacili.

Zaczął od poinformowania kursanta o tym, że nie mogą kontynuować kursu, jeśli nie będzie miał na nosie okularów. Ma gdzieś, czy będą to zerówki, czy prawdziwe szkła korekcyjne - on nie chce mieć problemów w razie kontroli. Kursant się zgodził.

Na kolejną jazdę kursant przyszedł bez okularów. Klemens miał minę z rodzaju "czyżby moje słowa były dla ciebie kpiną?". Szybko jednak okazało się, że niesłusznie.

Kursant wybrał się do lekarza, który badał go przed kursem. Załatwił, by ten wymazał zapis o wadzie wzroku. Dzięki temu kursant mógł poruszać się tak, jak do tej pory. Czyli bez okularów i z wadą minus sześć dioptrii, stosując nocą mało skuteczne soczewki.

Klemens był bardzo zadowolony.

Kursant dokończył kurs u niego, oblał trzy egzaminy państwowe, po czym przeszedł do konkurencyjnej szkoły. Klemens miał nareszcie święty spokój. (...)

Posłuchaj: