,
Obserwuj
Polska

"Cel osiągnięty, bez jednego wystrzału". Co Rosja ma z protestu rolników?

8 min. czytania
27.02.2024 12:00

Rolnicy znów protestują. Tym razem na Marszu Gwiaździstym, który we wtorek przechodzi przez Warszawę. Czy obejdzie się bez "prezentów dla Putina"? Tak prof. Piotr Osęka nazywa antyukraińskie wybryki części rolników podczas wcześniejszych manifestacji. - Dla Rosji to gratka niebywała - podkreśla w tokfm.pl ekspert z Polskiej Akademii Nauk.

fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

Rolnicy protestują podczas Gwiaździstego Marszu, który we wtorek ruszył spod Pałacu Kultury i Nauki pod Sejm, a następnie przed kancelarię premiera. To kolejna odsłona  strajku, który trwa w całej Polsce od 9 lutego. W jego trakcie rolnicy blokują: drogi, przejścia graniczne z Ukrainą, a także wysypują zboże, pochodzące od naszego wschodniego sąsiada. Protestują przeciwko wprowadzeniu Zielonego Ładu, czyli unijnej polityki klimatycznej, którą postrzegają jako zagrożenie dla swoich gospodarstw. Domagają się również zablokowania napływu towarów z Ukrainy, który - jak twierdzą - zaniża ceny ich produktów.

Na manifestacjach rolników padają antyukraińskie hasła, co natychmiast podchwytuje propaganda Kremla. Z satysfakcją pokazuje bannery:  "Putin, zrób porządek z Ukrainą i Brukselą, i z naszymi rządzącymi", "Koniec gościny niewdzięczne skurwys...ny", "Stop ukrainizacji Europy". Media Putina emitują też nagrania, na których widać oblewanie czerwoną farbą płachty z napisem "Solidarni z Ukrainą".

- Dla Rosji to gratka niebywała. Kreml od dawna prowadzi grę ze swoim społeczeństwem, przekonując, że koniec wojny w Ukrainie jest już blisko. A teraz propaganda Putina dostała prezent z nieba. Pokazując protesty naszych rolników, mówi: "Zobaczcie, polska solidarność z Kijowem się sypie. Za chwilę transfer broni z Zachodu zostanie zablokowany na granicy polsko-ukraińskiej, przez co nastąpi przełamanie na froncie i nasz wróg padnie" - tłumaczy prof. Piotr Osęka z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk.

Jak dodaje, Rosjanie od dawna marzyli o zablokowaniu naszej granicy z Ukrainą, jednak bali się ją ostrzelać, bo to mogłoby wywołać wojnę z Zachodem. A dzięki protestom rolników osiągnęli swój cel i to bez jednego wystrzału. - Pomoc dla Ukrainy, również ta militarna, została częściowo zablokowana. Bo - jak donosili Ukraińcy - na granicy utknęły np. części do dronów, które kupiono w zachodniej Europie za pieniądze ze społecznych zbiórek. A to są rzeczy, na które czeka front - tłumaczy.

W czwartek na te blokady zareagował  Donald Tusk, który ogłosił, że przejścia graniczne, niektóre odcinki dróg i torów kolejowych trafią na listę infrastruktury krytycznej. Oznacza to, że polskie służby będą mogły siłowo usuwać protestujących, jeśli ci zagrożą bezpieczeństwu państwa. - Nie możemy pozwolić na to, aby przy granicy polsko-ukraińskiej - korzystając z protestów rolników - aktywni byli ci, którzy jawnie i bezwstydnie wspierają Putina, służą propagandzie rosyjskiej - podkreślił premier.

Zdaniem prof. Osęki decyzja Tuska jest słuszna, choć oznacza de facto "militaryzację granicy" i rodzi ryzyko starcia służb z protestującymi. - Mam nadzieję, że rolnicy zostawią w spokoju granicę i wybiorą pikiety w miastach albo na drogach wewnątrz kraju. Inaczej sytuacja może eskalować, co oczywiście też byłoby na rękę Rosjanom - stwierdza mój rozmówca.

Strajk rolników. "Zielone ludziki Putina już mogą tutaj być"

W ostatnich dniach propaganda Kremla ma używanie również dlatego, że - jak wskazuje prof. Osęka - Polska kompromituje się w oczach świata. - Rosjanom zależy, by Zachód pomyślał, że Warszawa i Kijów to jakieś dzikusy, które nie potrafią się dogadać, tylko ciągle skaczą sobie do gardeł. To może niech już lepiej Rosja tam zaprowadzi porządek. To jest dla Putina prezent, którego wartości nie jesteśmy w stanie przeszacować - podkreśla.

W jego ocenie Kreml czerpie z tej sytuacji same korzyści, nie ponosząc żadnych kosztów ani niczego nie ryzykując. Dlatego Rosjanie "dorzucają do pieca", ile mogą. - W czasie protestów nagle w polskich mediach społecznościowych zaroiło się od opowieści o "niewdzięcznych Ukraińcach", których Polska ratowała i którzy teraz niszczą jej rolnictwo. Te wpisy wyglądają jak wymyślane na Kremlu. Nakręcają emocje i są podawane dalej przez strajkujących rolników. Taka akcja nie wymaga od Rosji korzystania ze swoich zasobów agenturalnych w Polsce, co zawsze wiązałoby się z ryzykiem dekonspiracji. Można ją przeprowadzić z ośrodka dezinformacji w Moskwie - ocenia.

Naukowiec jednak nie wyklucza, że Kreml aktywował swoją agenturę podczas rolniczych blokad granicy. Zwraca uwagę, że przez lata Polska przygotowywała się na wojnę hybrydową - podobną do tej, jaką w 2014 roku rozpętały tzw. zielone ludziki Putina na Krymie. By jej zapobiec, rząd PiS powołał Wojska Obrony Terytorialnej. - Wyobrażaliśmy sobie, że ludziki nagle pojawią się np. na Suwalszczyźnie i będą domagały się przyłączenia tego regionu do Kaliningradu. Na wypadek takiego zagrożenia przygotowaliśmy plan: terytorialsi natychmiast zrywają się do obrony, na każdej krzyżówce dróg tworzą posterunki i wyłapują ludzików. Tylko że to plan na wojnę, która już była. Tymczasem wydaje się prawdopodobne, że te ludziki już tutaj są. To znaczy: Rosjanie mogą mieć w Polsce swoich ludzi, którzy stanęli na czele rolniczych protestów, by dolewać oliwy do antyukraińskiego ognia i eskalować sytuację w Polsce - stwierdza mój rozmówca.

Jak dodaje, na miejscu polskich służb przyjrzałby się np. rolnikowi, który zawiesił na swoim ciągniku transparent "Putin, zrób porządek z Ukrainą, i Brukselą i naszymi rządzącymi". Czy zbadano jego ewentualne powiązania z Rosją? Nie wiadomo.  Rolnik jednak usłyszał zarzuty: nawoływania do wojny napastniczej przeciwko Polsce, pochwalania agresji Rosji na Ukrainę i propagowania ideologii komunistycznej. Grozi mu za to do pięciu lat więzienia.

Protest rolników. "Źródła podsuwane przez Konfederację"

Rolnicy alarmują, że pszenica zalega w magazynach albo sprzedawana jest za głodowe stawki. Jeszcze dwa lata temu kosztowała bowiem 400 euro za tonę, a teraz jest o połowę tańsza. Winą za to obarczają Ukrainę, która ma "zalewać Polskę" tanim zbożem. - To nieprawda - twierdzi prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz, wykładowczyni Politechniki Warszawskiej i była wiceministra rolnictwa. - To Rosja zalewa świat ziarnem, które sprzedaje po zaniżonych cenach. Stosuje dumping, bo wie, jak wrażliwym produktem na rynku jest zboże i jak wrażliwą gałęzią światowej gospodarki jest rolnictwo. Ingerując w te rynki, destabilizuje sytuację. Poza tym potrzebuje pieniędzy na wojnę i czerpie je również z eksportu swoich produktów - dodaje ekspertka.

Dlatego nawet gdyby na polskiej granicy zatrzymano zboże z Ukrainy, to ceny w tutejszych skupach by nie wzrosły. Tym bardziej, że import tego ziarna do Polski oficjalnie jest zablokowany - można je jedynie przewozić przez nasz kraj. Oczywiście, jego część wbrew prawu prawdopodobnie trafia na polski rynek, dlatego - jak podkreśla prof. Duczkowska-Małysz - należy uszczelnić kontrole i przypilnować, by embargo nie było łamane. Tyle że to niewiele zmieni w sytuacji polskich rolników, bo nie załatwia sprawy zboża z Rosji, które rozlewa się po świecie i zaniża ceny. Dlaczego więc protestujący powtarzają nieprawdę o "ukraińskiej winie"? - pytam prof. Piotra Osękę.

- Serwisy gospodarcze pokazują na twardych danych, że to Rosja zbija ceny zboża, ale te informacje są dostępne dla ludzi, którzy dużo czytają. Nie chcę popadać w stereotyp rolnika, który nic nie wie o świecie, bo w tej grupie na pewno są ludzie światli. Jednak podczas protestów liderami opinii są osoby, które czerpią wiedzę ze źródeł podsuwanych przez Konfederację. A te mówią, że wszystkiemu winni są Ukraińcy. Widać, że uczestnicy pikiet są podatni na taką dezinformację i teorie spiskowe - stwierdza badacz z Polskiej Akademii Nauk.

"Nie mówmy, że rolnicy są biedni"

O co właściwie chodzi rolnikom? Moi rozmówcy zadają sobie to pytanie i przyznają, że mają kłopot z odpowiedzią. - Jak mam być szczera, to muszę powiedzieć: "Nie wiem" - rozkłada ręce prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz.

- Zazwyczaj takie masowe protesty mają jednoznaczne hasła, a tutaj one są mało czytelne. Bo "Nie" dla sprowadzania towarów z Ukrainy miesza się ze sprzeciwem wobec polityki klimatycznej Europy, a jeszcze do tego dochodzą antyunijne hasła. Zwłaszcza te ostatnie mnie dziwią, bo przecież akcesja Polski do UE przeobraziła polską wieś. To widać w badaniach i gołym okiem. Postulat wychodzenia Polski z Unii, który wybrzmiewa na protestach, jest absolutnie nieracjonalny - ocenia prof. Piotr Osęka.

Gdy prof. Duczkowska-Małysz słyszy od rolników o polexicie, łapie się za głowę. Przypomina, że odkąd Polska wstąpiła do Unii, na polską wieś popłynęło ponad 74 mld euro. - Dostaliśmy też ok. 153 mld euro w ramach polityki spójności, z czego znaczna część trafiła na obszary wiejskie w Polsce. Poprawiły się warunki życia i pracy rolników. Proszę wspomnieć, jak one wyglądały 20 lat temu. A teraz proszę spojrzeć, jakimi ciągnikami wyjeżdżają protestujący na drogi. Nie mówmy, że rolnicy są biedni - stwierdza wykładowczyni Politechniki Warszawskiej.

By na drogich ciągnikach nie poprzestać, przytacza dane Głównego Urzędu Statystycznego z 2022 roku. A według nich dochody rolników były niemal najwyższe we wszystkich grup społecznych - wyprzedzili ich tylko pracujący na własny rachunek. - W dodatku wydatki rolników pozostawały najniższe. Jeżeli więc obecnie strajkujący tak potwornie narzekają na swój los, to co reszta ma powiedzieć? Oczywiście, zaraz zaczną się oburzać, że przecież dochody w rolnictwie są zróżnicowane. A poza nim wszyscy zarabiają tyle, co prezes Obajtek? - pyta retorycznie.

Bierze poprawkę na to, że w ostatnich dwóch latach pszenica staniała o połowę i sytuacja rolników się pogorszyła. Prof. Duczkowską-Małysz dziwi jednak, że winą za to protestujący obarczają Unię Europejską i Ukrainę. - To pomieszanie z poplątaniem. Ale jak im się nie podoba Zielony Ład i otwarcie granic dla ukraińskiego zboża, to trzeba dogadywać się z Unią, a nie wypisywać się z niej - podkreśla i dodaje, że gdyby dalej była wiceministrem rolnictwa, natychmiast zaprosiłaby rolników na spotkanie i wspólnie z nimi przygotowała stanowisko Polski dla Komisji Europejskiej. - Ona już  wycofała się między innymi z nakazu ograniczenia o 50 proc. stosowania pestycydów i przeznaczenia części gruntów pod ugory. Więc widać, że jest pole do negocjacji. Dlatego trzeba wypracować żądania, położyć je na stole w Brukseli i dyskutować. Inaczej tego nie da się zrobić - podkreśla.

Rolnicy spotkali się już z obecnym ministrem rolnictwa. Czesław Siekierski zaznaczył, że "zamknięcie" całego Zielonego Ładu nie będzie już możliwe. Zapewnił jednak, że Warszawa negocjuje z Kijowem porozumienie, które ma regulować ilość towarów przyjeżdżających do Polski z Ukrainy. Z kolei w piątek  szefowa Komisji Europejskiej obiecała polskim rolnikom 1,4 mld euro, które mają im pomóc "w modernizacji ich produkcji i wejściu na nowe rynki".

Protest rolników. "Niech nie naciągają struny"

Prof. Duczkowska-Małysz jest zdumiona również krótkowzrocznością polskich rolników. Domagają się bowiem zablokowania napływu towarów z Ukrainy, a sami wysyłają tam swoje produkty rolne. Polska ma nadwyżkę w handlu ze wschodnim sąsiadem - w 2023 roku eksportowała tam towary za 11,3 mld euro, a importowała za 4,4 mld euro. - Do Ukrainy trafiają np. warzywa i owoce od polskich rolników. Ale jeżeli ci dalej będą żądać embarga, to je dostaną. Także to, które uniemożliwi im wysyłanie swoich produktów – ostrzega moja rozmówczyni.

Najbardziej jednak bolą ją antyukraińskie nastroje, które towarzyszą protestom rolników. - To już nie tyle mnie zasmuca, co doprowadza do rozpaczy. Jak można sięgać po podłe hasła typu: "Putin, zrób porządek z Ukrainą". Przecież to wstyd i hańba dla Polski! Czy rolnicy nie wiedzą, co to jest wojna? Czy nie potrafią wczuć się w sytuację Ukraińców, którzy stracili bliskich, cały dobytek i którym zdestabilizowano gospodarkę? Musimy być z nimi solidarni. To sąsiedzki, ludzki obowiązek. Również katolicki, a przecież polska wieś jest wierząca - mówi.

Gdy wsłuchuje się w głosy protestujących rolników, zauważa, że mają poczucie siły, sprawczości i przekonanie, że stoi za nimi reszta społeczeństwa. Ale ekspertka w to powątpiewa. W jej ocenie przegrywają tymi strajkami w oczach Polek i Polaków. - Nie sądzę, że ludzie są szczęśliwi, gdy nie mogą dojechać przez rolników do pracy, dowieźć dziecka do lekarza czy dotrzeć na spotkanie biznesowe. Nie wydaje mi się, żeby ten strajk ich uszczęśliwił. Niech więc rolnicy nie naciągają struny, bo pęknie - podsumowuje moja rozmówczyni.

Źródło: TOK FM